– Co tak krzywo siedzi? – burknęła pielęgniarka w okularach przeciwsłonecznych za 5 złotych.

– Bo się trochę pokrzywiłem, mięsień się mi zerwał, czterogłowy uda lewego – odpowiedziałem.

– Nie musimy wszyscy słuchać o pańskim pokrzywieniu i jego przyczynach – powiedziała starsza kobieta – dość już mamy swoich własnych zmartwień i chorób. Przychodzi taki ledwo zakrzywiony i zajmuje kolejkę, a ludzie umierają – zakończył swoją wypowiedź poszukując wzrokiem odpowiedniego audytorium.

– A ja mam dość starych bab co nie potrafią nawet umrzeć, tylko chodzą po szpitalach i zajmują miejsca tym, którzy potrafią z godnością się rozchorować i umrzeć. – odgryzłem się.

– Ty gruby łysy gnoju – usłyszałem w odpowiedzi, ale zanim zdążyłem zareagować, z czeluści gabinetu zawołano „numerek 105”. To ja byłem dziś się skrywałem pod takim numerkiem. – Niech wejdzie wreszcie!

– Już idę, tylko kule zabiorę, i plecak, bo w plecaku mam kanapki na wypadek gdyby oczekiwanie na wizytę lekarską się nieznośnie przeciągało – odpowiedziałem.

– Niech pokaże nogę – powiedział lekarz z taka jakby talibańską czapką na głowie. – Goi się jak na psie, masz pan silne geny. Nawet jakbyś pan chciał się rozchorować i umrzeć, to się nie uda. Organizm zarządzi ewakuację z takich chorych planów i przeżyjesz pan. Przodkom pan to zawdzięczasz. Nie każdy tak ma. Są ludzie, co złapią katar i od razu umierają.

– No i jak? Będę chodził wreszcie jak normalny biały człowiek? – zapytałem. Bo po schodach nie umiem jeszcze chodzić bez kul. – zamarudziłem lekko.

– A dokąd chce pan iść? Ma pan jakiś cel czy tylko tak chce pan sobie pochodzić. NFZ na chodzenie bez celu nie zwraca nam pieniędzy, nie refunduje znaczy. Chodzić trzeba po coś lub do kogoś. Tu jest ankieta, pan wyjdzie i wypełni, a potem wróci. Musimy mieć pewność, że będzie pan chodził z sensem. Trzeba napisać kiedy, gdzie i do kogo i uzasadnić.

– A spacery się nie liczą? – zapytałem nieśmiało.

– Spacery proszę pana, są jak kolarstwo, pozbawione sensu. Zresztą już dawno wyszły z mody. Niech pan wymyśla sobie wciąż nowe cele i do nich chodzi. Wtedy będzie to mieć sens.

– Panie doktorze, to którą nogę mamy operować w końcu, bo w dokumentacji jest chaos? – zapytała pielęgniarka.

– Jakąkolwiek, bez znaczenia – odpowiedział lekarz, wychyliwszy dla wzmocnienia szklaneczkę whisky i przypalając papierosa.

– Wie pan – zwrócił się do mnie – po tylu latach pracy z ludźmi pokrzywionymi, jak pan, trudno jest na trzeźwo zacząć pracę. Nie żebym był alkoholikiem, co to to nie, jak po prostu uśmierzam ty sposobem poczucie nicości, bezsensu i jałowości.

– Doskonale pana doktora rozumiem, sam jako profesor dawno się wypaliłem. Nic już mi się nie chce, a wygłaszanie wykładów mnie zwyczajnie morduje. Czasami staram się zainicjować w ramach swoich zajęć jakąś dyskusję, a wtedy słyszę ciszę. Taką dojmującą, głośną ciszę.

– Tę nogę da się naprawić jeszcze. – powiedział lekarz w czapce talibańskiej. Trzeba tylko wykonywać odpowiednie ćwiczenia. Takie o… i pokazał jak ćwiczyć. – Niemniej jednak ta noga już nigdy nie będzie taka wspaniała, jaką przez lata była. Nawet nie zdaje sobie pan sprawy jak wzmacnia mnie ta whisky wypijana o poranku. I to cygaro.

– To co mam teraz robić? – zapytałem.

– Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć – odpowiedział lekarz uchylając okno celem wywietrzenia dymu z cygara. – Ćwiczyć i nie poddawać się. – Numerek 106, zapraszam – powiedział lekarz żegnając się ze mną.