Kolej – wspaniały wynalazek, który od bardzo, bardzo dawna był siłą napędową całych sektorów gospodarki. Po dziś dzień pełni istotną rolę w funkcjonowaniu wielu gałęzi życia zarówno gospodarczego jak i społecznego, ale… Bo zawsze jest „ale”.

Koń jaki jest, każdy widzi.

Szeroko rozumiana „kolej” w Polsce, to dziś sektor, który woła o pomstę do nieba, a zarządzanie nim przypomina rzeczywiście zabawę na dywanie w dziecięcym pokoju. A może kolejka jest dobra, tylko dzieci nie umieją się bawić? Na to wygląda.

Panuje obecnie, od jakiegoś już czasu, wielka moda na przejmowanie dworców kolejowych przez samorządy, aby nadać im wspaniały blask i tchnąć w nie nowe życie. Nie zamierzam się rozpisywać długo na ten temat, bo trzeba by z 500 stron druku A4 strzelić i tego zapewne byłoby mało.

Nachodzi mnie jednak pewna myśl.

Czy kogoś, kto świeci oczami na myśl o przejęciu dworca, jak pies w nocy pociągnięty z Olight-a, nurtuje w ogóle pytanie, dlaczego PKP wyprzedaje i pozbywa się majątku, który w pewnym stopniu, pośrednio odpowiada za prawidłowe utrzymanie i funkcjonowanie ich własnej infrastruktury?

I drugie pytanie – czy zafundowanie sobie dworca kolejowego na własność, jest jakąkolwiek gwarancją światłego funkcjonowania kolei na danym obszarze? Trzeźwo myślącym, a co najważniejsze, krytycznie myślącym, chyba nie muszę odpowiadać.

Komu to było potrzebne?

Dworca w Katowicach nie przejęło miasto lecz kupiła spółka Maksimum, dawny Opal. Skoczów nie chce przejąć dworca, póki kolej nie zagwarantuje połączeń kolejowych na satysfakcjonującym poziomie. Gmina Jaworzno nie przejęła dworca od PKP w Szczakowej, ale zaproponowała partycypowanie w procesie rewitalizacji. Ale już np. taka Brzeźnica wyremontowała sobie za 3 mln zł. dworzec i co? I wio, jak mawiał mój kolega ze studiów.

Połączeń jak nie było, tak nie ma i założę się, że nie będzie. To samo wydarzyło się w Gminie Łapy. Kupili, wyremontowali i zostali z wyremontowanym dworcem, na którym nie zatrzymują się pociągi, bo połączenia zlikwidowano. Ot taki salon kosmetyczny dla nieboszczyków. Takich przykładów z kraju można by mnożyć i mnożyć.

O czym to świadczy?

Ni mniej ni więcej o tym, że ta szeroko rozumiana „kolej”, wyprzedaje po prostu majątek, który ich nie interesuje i nie jest im już potrzebny. Wystarczy czytać analizy Urzędu Transportu Kolejowego, aby wiedzieć kiedy, w jakich warunkach, przy jakich kosztach i obciążeniu przewozami, opłaca się podróż i transport koleją i to nie tyle z punktu widzenia pasażera, ale przewoźnika właśnie. Jaki jest cały wolumen towarów przewożonych koleją i jaki udział w transporcie ogółem, oraz znaczenie dla poszczególnych obszarów kraju mają połączenia kolejowe w zależności od struktury ekonomiczno-gospodarczej etc. Z polskiego na nasze – kolej już dawno olała małe pipidówy i nie ma się co czarować. Dużych nie olała, bo duże są zbyt znaczące, aby można je było całkowicie zaniedbać, zwłaszcza jak są pieniążki z Unii, jak są programiki na rozwój, jak ministerstwo naciska etc. etc. Ale kolej, trochę tak jak górnictwo. Ludzi kupa i dupa.

Można, ale trzeba chcieć…

Był pomysł na to, aby w takiej Kleczy zrobić jeden przystanek kolejowy, w cudzysłowie, w „centrum” wioski, ale kolejarze stwierdzili, że ze studium wykonalności im wynika, że to się w ogóle nie dodaje. Studium, którego nikt nie wiedział, nikt nie konsultował i nie ma po nim śladu, a nawet jeśli jest, to stawiam dolce przeciw orzechom, że protokołu z żadnych konsultacji niet.

Pozostaną więc dwa przystanki na opłotkach wsi, z których nikt nie korzysta. Ave jego mać. No bo po co się tykać czegokolwiek, skoro i tam nie zamierzmy w to inwestować. I byłoby to zupełnie może i do przełknięcia, z punktu widzenia kolei, która ma jakieś konkretne założenia i priorytety, a i sama nie zamierza robić nic więcej niż im rozporządzenia nakazują, byle kasa zeszła, gdyby nie fakt, że na spotkaniu z mieszkańcami, przedstawiciel gminy, a konkretnie burmistrz – oops, przepraszam, były burmistrz Wadowic, siedział sobie wraz z kolejarzami i robił za ich adwokata. Powinien siedzieć po stronie mieszkańców i cisnąć na kolej, aby jak najwięcej dla mieszkańców uzyskać. A ma ku temu instrumenty, bo przecież przy dużych, wspólnych inwestycjach w gminie trzeba przecież coś załatwiać. I można to załatwić szybko, a można wolno. Można iść kolei na ustępstwa, a można nie iść. To jest sztuka uprawiania polityki, a nie saneczkowanie w pampersie po łopatce z piaskiem.

Jaki będzie tego efekt?

Wadowice przejęły dworzec. Cudem – cudem dostały nagle to dofinansowanie na rewitalizację i co się potem stanie? Ano nic, bo idę w zakład, że żadnej rewolucji kolejowej tu nie będzie. NIE BĘDZIE! No, chyba, że rozumiemy rewolucję kolejową na takiej zasadzie, że pociąg z Wadowic do Krakowa pojedzie nie 1:30:00, tylko 1:20:00, zamiast 50 km/h pojedzie 52 km/h, a zamiast 3 pasażerów, łącznie z maszynistą, pojedzie 4. No to OK – wtedy tak.

Autor: Artur Świątek