W kącie dworca kolejowego w Szerencs mieści się ekspozytura Wielkowęgierskiego Związku Pisarzy. Wygląda niepozornie, bo to tylko biurko, maszyna do pisania i mały człowieczek podobny z wyglądu do Franza Kafki. I wentylator obok biurka, który co jakiś czas unosił kartki z biurka i wtedy węgierski Franz Kafka podrywał się i chwytał je swoimi łapkami, klnąc przy tym po soczyście.

– Chciałbym się zapisać do związku – powiedziałem cicho i nieśmiało.

– A czy jest pan pisarzem? – zapytał Franz Kafka.

– Tak mi się wydaje, sporo piszę ostatnio, wydałem kilkanaście książek.

– To za mało, żeby być pisarzem. Pisarstwa nie liczy się liczbą wydanych książek, choćby najlepszych. Pisarstwo to stan umysłu, to całkowite oddanie się sprawie literatury. Bo wie pan, można napisać wiele książek niejako przy okazji, podczas gdy serce oddane jest innej sprawie niż pisarstwo.

– Moje serce jest coraz pełniej oddane sprawie pisarstwa – odpowiedziałem.

– Niech pan pokaże jakieś ostatnie teksty, muszę pana zweryfikować.

Trzęsącą się ręką oddałem panu Kafce kilka swoich ostatnich tekstów, w tym słynną książkę o Bałkanach. On zdjąwszy okulary zaczął je czytać lub raczej przeglądać. I w pewnym momencie powiedział – ale to nie jest po węgiersku.

– Ale ja dopiero aspiruję do węgierskości, a wiem, że potrzebujecie wielkich pisarzy. Dajcie mi trochę czasu, a zacznę pisać po węgiersku. Przecież Sándor Petőfi urodzony ze związku Serba i Słowaczki czy Lajos Kossuth zrodzony w słowackiej rodzinie na początku też nie byli prawdziwymi Węgrami – zaoponowałem.

– Faktycznie, ja też nie mam prawdziwie węgierskich korzeni i nawet nie znam nikogo, kto by je miał. W pewnym sensie stajemy się Węgrami, aby nie być Słowakami, Czechami, Chorwatami, Serbami, Rumunami i Słoweńcami. I to właśnie czyni nasz naród wielkim. Bo tak wielu nas ucieka przed słowiańsko-romańską tożsamością. A uciekają tylko najlepsi, uśmiechnął się Franz Kafka.

– Być może – powiedziałem – to jak mam szansę przyjęcia do związku? – zapytałem.
– Tego nie mogę panu teraz obiecać, o tym decyduje rada obradująca co tydzień w Nyíregyháza. Tam mają ZOO, baseny termalne, zjeżdżalnie, duże parki pełne starych ludzi – nie to co u nas, my jesteśmy tylko stacja przesiadkową. Ja tylko przyjmuje zgłoszenia i odsyłam dalej ze swoją opinią.

– A jaka jest pańska opinia o mnie jako pisarzu? – zapytałem.

– Na razie żadna, wyrobię ja sobie na podstawie tego co mi odpowiedzą z Nyíregyháza. Takie mam polecenia. Przyjmować dokumenty i nie opiniować pochopnie. Czekać na decyzję z centrali.

– To kiedy mogę spodziewać się decyzji i przyjęciu lub odmowie przyjęcia do Wielkowęgierskiego Związku Pisarzy? – zapytałem.

– Trafił pan na niewłaściwy czas. Bo właśnie zaczyna się u nas okres rytualnego uboju świń – mangalicy przede wszystkim. To wszystkim podnosi ciśnienie i tylko tym żyją przez dwa miesiące. Najwięksi literaci uwielbiają fotografować się siedząc okrakiem na mangalicy. To marzenie każdego z nas. Wasi polscy literaci nie mają w zwyczaju brania udziału w świniobiciach? – zapytał Franz Kafka.

– Nie, absolutnie, z tego co wiem, to większość naszych literatów protestuje przeciwko takim praktykom – odpowiedziałem rzeczowo.

– No i tu na pewno pojawi się problem, nie sądzę aby dyrekcja w Nyíregyháza pozytywnie zaopiniowała pański wniosek nawet jeśli zadeklaruje pan na piśmie, że w 10 lat zostanie pan Węgrem. Rozumie pan, u nas świniobicie jest przed pisarstwem i tego się trzymamy, to nas umacnia od ponad tysiąca lat. A jak chcemy mieć literatów, a nie mamy własnych, bo nie mamy, to kradniemy sąsiednim narodom. Taki już nasz los.

– Rozumiem, dziękuję za radę – odpowiedziałem lekko zasmucony.

– Niech pan próbuje aplikować do Rumuńskiego Związku Literatów. Oni tam dają fory Polakom. I nie trzeba u nich brać udziału w świniobiciach, wystarczy tylko tak się napchać mamałygą, że wyjdzie uszami.

– Raz jeszcze dziękuję – powiedziałem uznając swoją wyprawę na Węgry za niepotrzebną.