W ostatnich dniach zdarzyły się dwie ważne rzeczy dotyczące polityki wschodniej. Najpierw okazało się, że można ot tak potępiać człowieka, którego KGB zdołało złamać w śledztwie. Następnie zaś doszło do czegoś, czego nie sądziłem, że doczekamy, gdy wicemarszałek Sejmu RP wysyłał szefową białoruskiej opozycji do Moskwy. Poparł go – a jakże – szef Kancelarii Premiera. Wydawałoby się, że to ważne, zasługujące na jakiś komentarz, wydarzenia.

Okazuje się, że jednak nie. Gdybyście bowiem Państwo wiedzę o świecie czerpali z tzw. „środowiska eksperckiego” zajmującego się wschodem to byście się o tym co powyższe w ogóle nie dowiedzieli. Tweetujący zazwyczaj bez ustanku i piszący co i rusz teksty na fejsuniu eksperci milczą. Zaprzyjaźnieni z nimi dziennikarze i szefowie dobrze opłacanych fundacji milczą. „Sza, cicho sza czas na ciszę” jak śpiewał kiedyś Krzysztof Cugowski.

Mógłbym wymieniać nazwiska, ale chyba nie warto, ale są wśród nich te „największe”. Milczą ci, którzy pryncypialnie reagują, gdy tylko pojawi się jakiś „niewłaściwy” tekst lub teza. Byleby tekstu nie napisał ani tezy nie wygłosił ktoś, komu lepiej nie podpaść. Od potępiania Protasewicza i wyskoku marszałka Terleckiego mija już sporo czasu. I nic. Żadnej kpinki, żadnego moralnego wzmożenia. Cisza.

Zdziwiony nie jestem. Mam tylko prośbę, by nigdy nie zaliczać mnie do polskiego środowiska eksperckiego. Jestem dziennikarzem. Specjalizuję się w polityce zagranicznej. Częścią środowiska eksperckiego nigdy się nie czułem. I nie chcę się czuć. Jak ktoś uważa, że się znam na tej problematyce to milo mi.

P.S. Tych, którzy są częścią owego środowiska, a których szanuję i lubię przepraszam za uogólnienie.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)