Wrzesień 2018 r był niezwykle upalny nie tylko w Polsce ale i w całej Europie. Zazwyczaj jadąc w tym okresie na południe Europy miałam komfort klimatyczny. Przyjemne ciepło bez męczącego upału zawsze sprzyja zwiedzaniu. Tym razem było inaczej. Wyruszyliśmy 16 września z Warszawy bardzo wcześnie rano, aby wylądować po ok. 2 godzinnym locie na lotnisku Lamezia di Terme ok godz 9.30. Po wylądowaniu chaos, bo jak się okazało w samolocie podróżowały 3 grupy turystów z Polski, każda jadąca w innym kierunku. Autokary czekające były nieoznakowane, a na dodatek wprowadzenie interpretacji rozporządzenia Parlamentu Europejskiego z 2016 roku o ochronie danych osobowych wprowadziły chaos. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji gdy piloci sprawdzający stan osobowy czytali np. pani Anna, nie podając nazwiska, a w grupie było ich kilka. Na nasze uwagi, że imię z nazwiskiem bez podania peselu i adresu zamieszania, to nie jest złamanie ustawy, a znacząco usprawni sprawdzenie listy obecnych, odpowiadali, że takie mają wytyczne. Mieliśmy klasyczny przypadek wylania dziecka z kąpielą.

Upłynęło sporo czasu nim udało się opanować zamieszanie. Naszą przewodniczką była pani Monika, którą spotkaliśmy w kwietniu br, gdy prowadziła naszą grupę w Rzymie i Watykanie. Miała bogatą wiedzę historyczną i geograficzną z tym, że jej przekazywanie oraz organizacja były słabe, ale o tym później.

Po szczęśliwym załadowaniu się do właściwego autokaru udaliśmy się do miejscowości Campora San Giovanni gdzie mieliśmy nocleg. Hotel nie był zbyt komfortowy, położony bezpośrednio przy ruchliwej autostradzie. Najgorszy, był brak klimatyzacji który dał o sobie znać zwłaszcza nocą. Śniadanie było skromne. Wszystkie te niedogodności rekompensowała nam bliskość morza Tyrreńskiego. Czekając na pozostałych uczestników wycieczki z innych regionów Polski prawie cały dzień spędziliśmy na plaży, kąpiąc się w kryształowych, czystych wodach morskich w których będąc zanurzonym po szyję widoczne były ziarenka piasku i kamyki leżące na dnie. Kto raz miał możliwość zobaczenia morza Tyrreńskiego i zanurzenia się w jego ciepłych wodach, ten wie, że Bałtyk to ściek. Nie dziwi, iż każdy kto ma możliwość woli urlop spędzić daleko od polskiego wybrzeża.

Włochy o powierzchni 301 km2 zajmują piąte miejsce wśród państw, które odwiedza największa liczba turystów. Sam Rzym ma 80 tysięcy zabytków. Mieszkańcy kraju w którym panuje 30 procentowe bezrobocie, żyją na luzie. Nie spieszą się tak jak my. Nie są tak religijni jak się mówi, ale prawie każda miejscowość ma swojego lokalnego świętego patrona i obchodzi święta z nim związane.

Najważniejszym świętym dla mieszkańców południa, którego pokochali wszyscy jest św. Antoni z Padwy. Specyficzny święty patron zakonów: franciszkanów, antonianek oraz bractw i wielu miast, dzieci, górników, małżeństw i narzeczonych, położnic, ubogich, podróżnych, rzeczy zgubionych i zaginionych ludzi, dobrej śmierci, naprawy zmanierowanego świata.

Po powrocie z morskiej kąpieli i kolacji następnego dnia mieliśmy ponad 2 godzinną jazdę do Salerno wzdłuż wybrzeża morza Tyrreńskiego i przez Apeniny. Jadąc mijaliśmy plantacje oliwek, cytrusów i fig, duże skupiska drzew pinii i cedrowych. Te ostatnie kontraktują dla siebie Żydzi. Przewodniczka Monika opowiadała nam po drodze o czasach Etrusków, który przybyli tu w 474 r. p. Ch. O Alaryku, I (ur. ok. 370, zm. 410) – królu Wizygotów który przewodząc plemionom germańskim zdobył Rzym i który jadąc tą drogą którą my przemierzaliśmy, poczuł się źle i zmarł. Wspomniała o Grekach, szukających rynków zbytu i zakładających na tych ziemiach od XII w p.Ch. kolonie. Ciekawie opowiadała o dynastii Normańskiej, która pogodziła zwaśnione księstwa na terenie Włoch oraz o zjednoczeniu Włoch przez Garibaldiego na czym straciło zarówno południe jak i Watykan.

Zachwyca Park Narodowy w Apeninach. To w jego pobliżu organizacje mafijne zakopują niebezpieczne śmieci, nie przejmując się tym, że związki chemiczne przenikają do wód gruntowych powodując wzrost zachorowań miejscowej ludności na raka. Mijaliśmy małe miasteczka w których zatrzymał się czas. Pięknie opisał je Carlo Levi w książce „Chrystus zatrzymał się w Eboli”. Opowiada w niej o wrastaniu zesłańca z północy Włoch w społeczeństwo wioski Gagliano. Mieszkający w niej ludzie są niemal nie tknięci przez nowoczesną cywilizację. Życiem ich kierują prastare przesądy i zasady.

Jadąc wybrzeżem Amalfi urzekł nas ten najpiękniejszy zakątek Kampanii, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Narodowego UNESCO.

Mieliśmy możliwość podziwiać go od strony morza płynąc do Amalfi i potem wracając do Salerno, które w czasach starożytnych było kolonią rzymską. W 839 stało się stolicą księstwa Salerno, wtedy też założono słynną szkołę medyczną w Salerno, w której przetłumaczono wiele arabskich i żydowskich dzieł medycznych. Uczelnia uważana jest za jeden z pierwszych średniowiecznych uniwersytetów została zamknięta w 1811 roku. Tu w Salerno zmarł w 1085 r. papież Gregorz VII, a w czasie II wojny światowej w okolicy miasta wylądowały wojska alianckie.
Znajdujący się tu port przeładunkowy, przewyższa pod względem wyładowanego tonażu Neapol, ustępuje jednak największemu portowi w Genui.

Miasto znane jest z odbywających się wielu festiwali, między innymi wagnerowskiego czy świateł.

Niestety mieliśmy zbyt mało czasu aby zwiedzić to miasto ponieważ o wyznaczonej godzinie musieliśmy być w porcie skąd odpływał nasz stateczek na półwysep Amalfi. Zrobiliśmy więc kilka pamiątkowych zdjęć w pobliżu portu który mimo niewielkich rozmiarów wypełniało mnóstwo jachtów, oraz stateczków turystycznych.

Rejs wzdłuż brzegów do półwyspu Amalfi trwał ponad godzinę. Siedząc na górnym odkrytym pokładzie mieliśmy okazję dokładnie przyjrzeć się niewysokim (1200 m. n.p.m.) górom. Co jakiś czas widać było przyklejone do zboczy niczym pnącza miasteczka. Ich białe ściany w połączeniu z czerwonymi dachami na tle lekko żółtych skalistych gór z ich zębatymi szczytami i błękitnym niebem tworzyły piękne malownicze widoki. Panujący upał nie wydawał się tak przykry, bo chłodziła nas morska bryza i z przyjemnością patrzyło się na te cudowne krajobrazy.

Tak podziwiając widoki dopłynęliśmy do miasteczka Amalfi uważanego za jeden z najbardziej uroczych zakątków Włoch. Położone jest ono nad brzegiem morza Tyrreńskiego, na południe od Neapolu, na stokach gór zwanych Monti Lattari.

Legenda mówi, że Herkules był zakochany w nimfie o imieniu Amalfi, która niestety zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Heros przebył cały świat w poszukiwaniu miejsca odpowiedniego na wieczny spoczynek ukochanej i znalazł wybrzeże ukryte w rozpadlinie nadmorskich skał w rejonie Kampanii (35 km na południowy wschód od Neapolu).  Na cześć swej ukochanej nazwał je Amalfi. 

Wspaniała śródziemnomorska przyroda, ciepłe wody błękitnego morza, łagodny klimat i piękno architektury miasteczka przyciągają tu miliony turystów z całego świata. Patrząc z dołu, na znajdujące się powyżej domy ma się wrażenie, że stawiane są jeden na drugim.

Nie chce się wierzyć gdy przewodniczka mówi, iż Amalfi w czasach średniowiecza była jednym z najpotężniejszych ośrodków handlowych i politycznych Półwyspu Apenińskiego. Wpływ na to miały świetne stosunki handlowe z Bizancjum, Egiptem i Konstantynopolem. Wszystko to przyczyniało się do tego, że księstwo Amalfi było głównym ośrodkiem handlowym zaopatrującym zarówno księstwa Półwyspu jak i dwór papieski wszelakimi dobrami sprowadzanymi z Bliskiego Wschodu – przyprawami, perłami, biżuterią, tkaninami.

Do połowy XIX wieku do Amalfi, jak i pozostałych miejscowości wybrzeża amalfitańskiego można było się dostać jedynie drogą morską, dopiero wybudowanie drogi Amaliftany, umożliwiło dostęp także z lądu.

Przed przyjazdem byłam informowana przez znajomych bym uważała na rachunki, bowiem jakimś dziwnym trafem zawsze są wyższe od cen wystawowych, a gdy zwraca się im uwagę, to sprzedający nie rozumieją żadnego języka, nawet własnego.

Idąc wąskimi chroniącymi przed piekącym słońcem uliczkami i wspinając się po krętych i nierównych schodach podziwialiśmy architekturę, mijaliśmy sklepiki z biżuterią, obrazami i dziełami sztuki, bary z których unosił się zapach smakowitych włoskich dań i zapach kawy, którą uprawia się we Włoszech w ciepłych, ale zacienionych miejscach na wysokości powyżej 700 m. n.p.m. Im byliśmy wyżej, tym piękniejsza była panorama na leżące poniżej białe domki stojące przy ulicach pnących się po stromych zboczach wzgórz, zatokę i bezkresne lazurowe morze.

Mieliśmy okazję zobaczyć płaskorzeźbę twórcy kodeksu morskiego: tzw. Tablic Amalfitańskich, na jednym z placów Amalfi. Obowiązywał on wiele wieków jeszcze po upadku  Amalfi. Jednym z najważniejszych punktów który obowiązuje do dnia dzisiejszego jest zapis, że kapitan schodzi ostatni. Niestety nie wszyscy Włosi go przestrzegają. 13 stycznia 2012 roku kapitan statku „Costa Concordia” Francesco Schettino uciekł z niego przed ewakuacją wszystkich pasażerów.

Docierając do głównego placu Piazza Duomo uwagę z daleka przyciąga czarno-biała katedra p.w. św. apostoła Andrzeja, nad którą góruje dostojna wieża dzwonnicza, z XII–XIII wieku zbudowana w arabizującym stylu. Świątynia to arcydzieło sztuki. Wzniesiona w IX wieku w stylu romańskim, została w 1203 r. przebudowana w stylu normańsko-arabskim. Obecny wygląd wnętrza zawdzięcza barokowej przebudowie, której dokonano na początku XVIII wieku. Całość jest jednym z najcenniejszych i zarazem najstarszych zabytków tego miasta.
Znajdują się tu szczątki św. Andrzeja brata apostoła Szymona, zwanego Piotrem, który nie tylko tworzył historię Amalfi, kształtował życie całej wspólnoty i poszczególnych jej mieszkańców. Ewangelizował Grecję, za co ok. 60 r. w Patrasie poniósł męczeńską śmierć przez ukrzyżowanie na krzyżu, w kształcie litery X, stąd jego nazwa – krzyż św. Andrzeja

Miasteczko nie miałoby takiego znaczenia bez jego relikwii, przywiezionych z Konstantynopola przez krzyżowców. W dolnej kaplicy pod ołtarzem znajdują się inne kości jego ciała, natomiast w specjalnym schowku za ołtarzem w tej samej kaplicy umieszczono czaszkę Apostoła. 30 listopada relikwie są wystawiane na widok publiczny przed katedrą.

Gdy patrzyłam na fasadę katedry, to miałam wrażenie, że jej orientalne krużgankowej fasady są jakby kopią podobnych w Grenadzie.

Spoglądając na oświecone słońcem pięknie szerokie kamienne schody prowadzące do świątyni zastanawiałam się jak wygląda świątynia wewnątrz. Ponieważ na przestrzeni wieków miliony wiernych i turystów chodziło nimi, stopnie są bardzo gładkie i śliskie, dlatego ostrożnie z nich korzystałam.

Po ich pokonaniu stanęłam przed olbrzymimi drzwiami z brązu odlanymi w 1066 r. z w Konstantynopolu. Zamawiający je miejscowy szlachcic kazał umieścić na nich figurę apostoła i epigraf ku jego czci.

Do dziś panuje przesąd, że dotknięcie twarzy świętego przynosi szczęście. Mimo liny oddzielającej wiernych od drzwi i służb porządkowych gdy tylko pilnujący odwróci się znajdują się turyści i wierni którzy jej dotykają. Od tego dotyku jego twarz tak jest wypolerowana, że błyszczy z daleka.

Fasada katedry składająca się z krużganków z łukami mauretańskimi których sklepienia podtrzymują różnokolorowe kolumny marmurowe stwarza wrażenie niezwykłej lekkości.

Nim weszliśmy do głównej kaplicy katedry przeszliśmy wokół wewnętrznego niedużego dziedzińca w którym znajdował się ogród otoczony kolumnadą. Na wewnętrznych ścianach były umieszczone ciekawsze fragmenty dawnych zdobień, piękne przykłady mozaiki i średniowiecznych fresków oraz pozostałości po marmurowych sarkofagach bogato zdobionych.

Przed wejściem do głównej nawy wstąpiliśmy do krypty poświęconej św. Andrzejowi. Powiedzieć, że jest piękna to nic nie powiedzieć. Zachwyca i olśniewa swoim pięknem i misternym wykonaniem. Uwagę przykuwa marmurowy ołtarz z monumentalną rzeźbą św. Andrzeja wykonana z czarnego marmuru, kolumny pokryte marmurowymi inkrustacjami oraz ściany i sufity ozdobione obrazami i freskami. To tu znajdują się relikwie św. Andrzeja.

Z krypty przeszliśmy do głównej nawy katedry jest również ciekawa jak i krypta. Kolumny i ściany pokryte inkrustowanym marmurem robią wrażenie. Za ołtarzem znajduje się olbrzymi obraz przedstawiający ukrzyżowanego św. Andrzeja.

Mimo różnych stylów architektonicznych uzyskano piękny efekt wizualny bowiem wnętrze katedry robi wrażenie harmonii.

Następnie udaliśmy się do mieszczącego się w krypcie Duomo, muzeum diecezjalnego, zawierającego wiele wspaniałych dzieł sztuki m.in. naczynia liturgiczne, płaskorzeźby, obrazy przedstawiających świętych a nawet oryginalne zdobienie z zatopionego statku.

Po wyjściu z katedry i dojściu do schodów którymi do niej weszliśmy spojrzałam na otaczający przykatedralny plac i uliczki na których jest masa uroczych kawiarni, barów, restauracji i sklepików z lokalnymi specjałami, pamiątkami oraz nieprzebrane rzesze turystów kolorowo ubranych. Wszystko jest w cieniu, półcieniu lub oświecone słońcem. Kolory wibrują w oczach a z dala dochodzą dźwięki różnego rodzaju muzyki. Warto wejść na te schody by to zobaczyć z góry.

Po wizycie w muzeum czas na posiłek. Dieta śródziemnomorska charakteryzuje się tym, że spożywa się mało mięsa, natomiast dużo różnego rodzaju serów, oliwy pomidorów, trochę ryby i owoców morza. Wielu z naszej grupy zdecydowało się na to ostatnie. Nasza pani przewodnik zaprowadziła nas do jednego z najbardziej popularnych wśród turystów punktów sprzedaży owoców morza. Nie było przy nim specjalnie dużej kolejki, ale ciągle była. My z mężem zdecydowaliśmy się na porcję cuppo cica na którą składały się kawałki, ośmiornicy, kałamarnicy, małe smażone rybki, krewetki i kawałki ryby opiekanej w cieście. Wszystko smakowało znakomicie.

Następnie udaliśmy się do portu by drogą morską dotrzeć do kolejnego malowniczego miasteczka Positano. Wciśnięte pomiędzy dwa klify jest popularne wśród celebrytów, ludzi biznesu, aktorów, projektantów mody którzy budują lub kupują w nim rezydencje. Jednym słowem bogatych ludzi. To tu wielu z nich organizuje własny ślub lub jest ona celem podróży poślubnej.

Po przybyciu na miejsce chodząc krętymi drogami i stromymi ulicami pełnymi schodów wykutych niemal pionowo w skale, szybko przekonaliśmy się, że w miasteczku nie ma wiele do zwiedzania.

Na tle kolorowych, kaskadowo wznoszących się kolorowych domów schodzących ku plaży, uwagę przyciąga  kościół Santa Maria Assunta z kopułą wyłożoną ceramicznymi płytkami z których słynie rejon.

Miejscowość znana jest z luksusowych hoteli, restauracji i butików. Ceny wszędzie są zaporowe dla zwykłego turysty. Gdy weszliśmy do jednego z wielu butików to poraziły nas ceny jakie zobaczyliśmy. Za jedną szklankę której grube szkło pełne było pęcherzyków powietrza żądano aż 830 euro. Gdy jeden z naszych współtowarzyszy chciał zrobić kilka zdjęć by pokazać znajomym jakie są oferty dla turystów, pracujące w nim ekspedientki zaczęły krzyczeć, że to wyroby artystyczne i nie wolno ich fotografować. Przy takich cenach kupno choćby najdrobniejszej pamiątki było dla wielu z nas nieosiągalne. Za to przepiękny widok z góry na lazurowe wody morza Tyrreńskiego i zatokę otoczoną skalistymi górami, z uczepionymi do nich gęsto jeden przy drugim pięknymi kolorowymi budynkami których wszystkie okna wychodzą na zatokę był za darmo.

Spacerując wąskimi ulicami dotarliśmy do kościoła Santa Maria Assunta. Wnętrze w porównaniu do innych włoskich kościołów jest dość skromne.

Jego historia rozpoczęła się w XII wieku. Powstało jako opactwo benedyktyńskie Budynek romański wraz z całym dolnym miastem został porzucony w tym samym wieku w związku z ciągłymi brutalnymi grabieżami. Obecny barokowy kościół został wzniesiony w XVIII wieku.

Podobno w znajdujących się kryptach które są zamknięte dla turystów, chowani są zmarli mnisi nie w klasycznych trumnach czy sarkofagach lecz są sadzani na kamiennych krzesłach.

W Kościele znajduje się słynna bizantyjska ikona Czarnej Madonny z Dzieciątkiem. Według legendy w XIII wieku piraci ukradli ją w Bizancjum. Gdy przepływali w okolicy Positano, rozpętał się nagle ogromny sztorm, a świstający wiatr zdawał się im szeptać do ucha: Posa! Posa! (wł. „Odłóż! Odłóż!”). Przerażeni złodzieje posłuchali głosów i zostawili ją w miasteczku.

Mimo, że w sezonie Positano jest eleganckim kurortem w starym dobrym stylu: jest modnie i „na bogato”, nie chciałabym jednak tam wypoczywać mimo pięknej pogody i kryształowo czystego morza. Odstraszają wysokie ceny, tłok i brzydka, betonowa, ciasna plaża.

Po kilku godzinach zwiedzania skierowaliśmy się na statek w drogę powrotną do Salerno, skąd autokarem udaliśmy się na odpoczynek do hotelu La Perla w miejscowości Castel Volturno w pobliżu Neapolu.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk