Tzw. kolektywny Zachód jest mentalnie kompletnie nieprzygotowany do wyzwań, jakie wyłoniły się w związku ze słabnącą potęgą USA i rosnącą asertywnością mocarstw rewizjonistycznych.
Mówiąc wprost – zmiana w obrębie kultury nieustającej balangi, która zdominowała świat Zachodu będzie czymś nadzwyczaj bolesnym. Jest tak, bo właśnie na takiej kulturze i związanej z nią świadomości społecznej opiera się cała głęboka struktura współczesnej gospodarki.
Żyjemy bowiem w czasach „kapitalizmu celebrującego” – gdzie w warstwie narracyjnej nieomal wszystko podporządkowane jest osiągnięciu stanu nasycenia endorfinami. Gdzie nawet „odpowiedzalne” decyzje podejmuje się tylko po to, aby je radośnie ogłaszać i natychmiast dumnie przechodzić do radosnej zabawy z tym związanej.
Celebracja „dumy” z tego, jacy jesteśmy wspaniali stała się podstawowym napędem naszej kultury. W telewizji taśmowo celebruje się najbardziej banalne sukcesy – że ktoś wstał rano i umył zęby: znaczy – wygrał walkę z depresją! Że przeszedł obok cukierni i nie pożarł tortu: znaczy – wygrywa z otyłością…
Ta codzienna celebra wokół rzeczy błahych i zasadniczo prywatnych jest zarazem zbudowana wokół nader niskich oczekiwań. Jeśli bohaterstwem jest zrzucenie kilku kilogramów, to bohaterstwo wojenne jest w ogóle poza skalą – jest czymś niewyobrażalnym!
W ogóle – wojna została zepchnięta w rejony steatralizowanych fantazji, gdzie siły dobra dowodzone przez mądrą, czarnoskórą homoseksualną kobietę zawsze wygrywają z bandą „orków”: białych, nieogrniętych, półdzikich mężczyzn.
Armia pląsających gejów i transów z tęczowymi flagami i piórkami w dupie wydaje się wówczas jak najbardziej odpowiednia na nowe czasy – nieprawdaż?
Zostaw komentarz