W zeszłym roku Lech Wałęsa powiedział” że w tym kraju nie idzie żyć…” i poleciał do Ameryki zarabiać dolary, ciekaw jestem , jak rozlicza się z fiskusem z dutków, które zarabia na Solidarności? Ale jak w tym roku powiedział, zwycięzców się nie osądza – zostawmy to pytanie. Mnie się życie w Tym Kraju bardzo podoba i w rocznicę, Państwo wiedzą jaką — wyruszam nie do USA, ale do wspomnień, bo co może najlepiej robić osiemdziesięciotrzyletni staruszek? Notabene Lechu jest ode mnie młodszy o miesiąc! Wspomnienie graniczące z granicą. Na wodzie, na szlakach wodnych nie czuło się zepsutego oddechu historii, która nas wepchnęła w kleszcze realnego socjalizmu. Za każdym razem, odbijając kajakiem od brzegu człowiek — odzyskiwał wolność. Znowu nie mogę sobie przypomnieć dokładnej daty, ale to chyba było rok po Dunajcu, o którym już pisałem, kiedy płynęliśmy z „Expressem Wieczornym” w organizowanym przez tę gazetę spływie tfu… „przyjaźni”, od Horodła do Siemiatycz. Głównym inicjatorem tej wyprawy był, sędziwy już dobrze wtedy redaktor sportowego działu Niedźwiecki (?). Był on też zapalonym brydżystą, opiekował się kadrą narodową brydża porównawczego kobiet. Spotkałem go później po spływie ( a może jednak wcześniej?) kiedy z żoną w ramach Mistrzostw Polski Mikstów w Łańcucie, reprezentowaliśmy, grając u Potockich w pałacu — województwo opolskie. Nawet zwabił moją żonę do kadry, ale zaraz z niej zrezygnowała, bo mieliśmy ze wsi, gdzie wtedy mieszkaliśmy – 20 kilometrów do najbliższej stacji. No więc ten spływ Bugiem odbywał się w niesamowitej atmosferze uniesienia. Zjawili się na nim Matuzalemowie wioseł. Bardzo starzy, ale bardzo jeszcze wtedy dziarscy. To był początek lipca, albo koniec czerwca. Kojarzę go, z tym że odbywał się po zakończeniu majowego spływu Plebańczyka Sanem, bo stawił się na niego, jadący z Przemyśla jego uczestnik liczący prawie 80 lat. Płynął na dmuchanym „Rekinie”, zawsze na samym końcu spływu. Parę razy go nawet na rzece, która właściwie płynęła pod prąd, zawracana wiatrem za swoim kajakiem — holowałem. Zebrana na tym spływie, ocalała z wojny elita kajakarzy, z nostalgią wspominała kresowe szlaki, złorzecząc Sowietom, krzyczeli głośno, że teraz płyną środkiem Polski. Śpiewaliśmy zakazaną „Pierwszą Brygadę”, „jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon”. Opowiadaliśmy sobie, zaśmiewając się do rozpuku- antyradzieckie dowcipy. Wiedzieliśmy jednocześnie również o tym, że na spływ skompletowano też ekipę esbecką, ale tych osiłków w zupełnie nowych składakach — izolowaliśmy. Jak taki jakiś dopłynął do utworzonej na leniwszym odcinku Bugu „tratwy” kresowych rewizjonistów, towarzystwo się natychmiast rozdzielało. Mieliśmy obstawę WOP, którą dowodził major, może nawet pułkownik, będący w stałym kontakcie ze swoimi sowieckimi odpowiednikami, którzy cały czas przez lornetki nas z prawego brzegu Bugu obserwowali i podnosili okropny raban, że się niekiedy, jak jakieś dziecko wsunęło się do kokpitu, tak, że nie było go widać — nie mogli nas wszystkich doliczyć. Bali się straszliwie tego, że ktoś od nas do nich się przedostanie. Pokona rzekę, cały system drutów kolczastych, przebrnie przez zaorane pasy, umknie uwadze wież obserwacyjnych….wybierze wolność! Niech żyje Polska!