Przestaliśmy się słychać, czytać ze zrozumieniem. W „rozmowie” kierujemy się emocjami, a nie racjonalnymi argumentami. Zamknięci w swych „bańkach” jesteśmy jak monady Leibnitza, bez okien i bez możliwości wzajemnego zrozumienia.

Czytam czasami komentarze pod moimi felietonami na FB.
I ręce mi padają.

Wykształceni skądinąd ludzie, nie potrafią ze zrozumieniem przeczytać tego co napisałem.
I bardzo często używają erystycznego chwytu „ad personam” czyli robią wycieczki osobiste.

Nie będę przytaczał tych epitetów by nie dać im satysfakcji.
Dlatego już nie biorę i nie będę brał udział w emocjonalnych nawalankach.
Bo i szkoda mi czasu i nerwów.

Ale to tylko fragment szerszego zjawiska dotyczącego zarówno polityków, media czy „zwykłych Kowalskich” w życiu rodzinnym i społecznym.

Siedząc w swojej „bańce” kierujemy się wyłącznie emocjami w „dyskusjach”, nie tylko w mediach społecznościowych.
Nie zależy nam by zrozumieć punkt widzenia interlokutora, ale by mu dowalić.
Postawić na swoim.
Pokazać, że jest od nas głupszy, a często, zrównać z błotem.

Oskarżamy o to klasę polityczną, ale przecież, jest ona emanacją nas samych.

A zaczyna się już w rodzinie.
Dorośli zamiast słychać dzieci, rozumieć ich potrzeby, spędzać z nimi wolny czas, wolą zajmować się sobą.
Pracą, przyjemnościami, realizacją tzw. karier.
A dzieciaki pozostawione same sobie, godzinami siedzą na Tik-Toku bo tam przynajmniej znajdują jakąś namiastkę bliskich relacji.

Muszę to przyjąć to wszystko do wiadomości, co nie oznacza, że będę ulegał modom, sympatiom czy narracjom „bańkowców”.
Tych z prawa, środka czy lewa.

Nie dam się zamknąć w żadnej „bańce”.

Koniec, kropka.

Mówiąc krótko, psy szczekają, karawana jedzie dalej.