W czasie – nazywanej tak przez Rosjan – Wojny Ojczyźnianej żołnierze Armii Czerwonej walczyli „za rodinu i Stalinu”. Była to jednak wojna obronna przed niemieckimi, faszystowskim zagonami Wehrmahtu. Trudno powiedzieć za kogo dziś walczą i po co na Ukrainie, gdzie role się odwróciły. To oni są agresorem, a armia ukraińska, obrońcą. Obie wojny coś jednak łączy, sposób traktowania przez Kreml własnych żołnierzy. Jak armatnie mięso.
Film Jeana Jaquesa Annaud „Wróg u bram” opowiada o fikcyjnym pojedynku snajperskim Wasilija Zajcewa, chłopaka spod Uralu, z niemieckim strzelcem wyborowym podczas bitwy stalingradzkiej. Mnie jednak nie sam pojedynek w tym obrazie zainteresował, ale sceny pokazujące jak rosyjskie dowództwo i aparat partii komunistycznej, z Chruszczowem oddelegowanym przez Stalina do kierowania obroną miasta, włącznie.
Po ciężkiej przeprawie barkami przez Wołgę, podczas której niemieccy lotnicy strzelają do żołnierzy jak do kaczek, dopiero co przywiezieni sołdaci są zmuszeni przez NKWD do samobójczego ataku, prawie bez broni, na niemieckie pozycje. Karabin dostaje co drugi Rosjanin, następny zaledwie kilka naboi. Zdobędzie go, jeśli jego kolega zostanie zabity. Zajcew, drżąc ze strachu, modli się na głos, by go mieć. Wie, że go dostanie, za cenę śmierci towarzysza broni. Instynkt samozachowawczy bierze górę nad braterstwem w walce. Zapewne doskonale to wiedzieli i perfidnie wykorzystali ich dowódcy oraz komisarze polityczni z NKWD. W innej scenie, kolejnego ataku na niemieckie punkty obronne, słabo uzbrojeni i wyszkoleni żołnierze Armii Czerwonej, są dziesiątkowani przez karabiny maszynowe i artylerię. Wybucha panika. Niektórzy z nich, widząc, że walka nie ma sensu bo wróg jest za dobrze uzbrojony, chcą się wycofać. Zachęcają głośno do tego kolegów. I w tym momencie, za ich plecami, komisarze NKWD wydają rozkaz strzelania z ciężkich karabinów maszynowych do – jak ich nazwali- „zdrajców” i „dezerterów”. Ci, których nie zabili Niemcy, padają od kul rodaków. Bo Stalingrad paść nie może i za wszelką cenę trzeba go utrzymać. Nie tylko dlatego, że jest ważne strategicznie, ale dlatego, że nosi nazwisko Stalina.
Takie sytuacje, jak te pokazane, w filmie były w czasie II wojny na porządku dziennym. Przerażeni, słabo wyszkoleni i wyposażeni rosyjscy żołnierze atakowali wroga nie tylko z miłości do ojczyzny. Szli w bój także dlatego, że nie mieli wyjścia. Za nimi szły oddziały NKWD, które rozstrzeliwały każdego, kto się – w panice – wycofywał lub do tego nawoływał. Jednostka i jej prawa niczym, jak pisał Majakowski. Liczyła się wtedy wola partii, czyli samego Stalina. Nie ważne ilu ludzi zginie, cel ma być osiągnięty.
Minęły lata. Nie ma już Stalina i ZSRR. Jest jednak Putin marzący o jego odbudowie. Zaatakował Ukrainę by zacząć realizację tej idei zrodzonej w jego chorym umyśle. Indoktrynowani przez kremlowską propagandę żołnierze rosyjskiej armii, jak ten Zajcew z filmu, padają jak muchy od ukraińskich kul. Wysyłani falami do boju przez dowódców, którzy nie chcą zdenerwować cara z Kremla. Ich zwłoki leżą na ukraińskiej ziemi i nie ma nawet komu ich pochować. Po co? Dlaczego ? Tysiące bezsensownych śmierci. Tysiące osieroconych dzieci i wdów. Dla Putina i jego kamaryli nie mają oni żadnego znaczenia. To tylko – jak dla Stalina – bezimienna masa, która ma być posłuszna i ginąć w nieswoje wojnie.
Artykuł pierwotnie opublikowano na Belsat.eu
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz