Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump wydał jednoznaczny zakaz budowania farm wiatrowych i fotowoltaicznych na ziemiach rolnych. Decyzja ta jest symbolem powrotu do zdrowego rozsądku: ziemia, która rodzi chleb, nie może być marnowana na spekulacje energetyczne. W czasach, gdy świat staje wobec groźby kryzysów żywnościowych, Ameryka przypomina, że bezpieczeństwo żywnościowe to fundament istnienia narodu. Rolnik ma siać i zbierać plony, a nie patrzeć, jak na jego polach rosną turbiny i lśnią panele, które zamiast karmić ludzi, karmią interesy wielkich korporacji.
Polska tymczasem podąża drogą zupełnie odwrotną. Donald Tusk, w swojej słynnej ustawie wiatrakowej, zliberalizował przepisy tak, by łatwiej można było stawiać turbiny wiatrowe nawet w sąsiedztwie domów i na terenach dotąd chronionych. Zasada odległości została złagodzona, a tam, gdzie dotąd obowiązywały ograniczenia, otwarto przestrzeń dla biznesu. Nie chodzi tu o żaden romantyzm ekologiczny, tylko o zimny rachunek – i to rachunek nie dla Polski. Bo wiatraki w polskich polach to w istocie ratowanie niemieckiej gospodarki. To Siemens, niemieccy producenci i niemiecki przemysł mają zarabiać na tej transformacji, a nie polski rolnik czy polski konsument. Polska staje się rynkiem zbytu i montownią cudzych interesów.
Co gorsza, Tusk zastosował polityczny fortel, który trzeba nazwać po imieniu: wrzutkę. Do tej samej ustawy, która budzi kontrowersje i wprost uderza w mieszkańców polskich wsi, dołożono przepisy o zamrożeniu cen prądu. Ten element – na pierwszy rzut oka korzystny dla obywateli – stał się narzędziem nacisku. Bo kto odważy się zawetować ustawę, która przedłuża ludziom niższe rachunki za energię? W ten sposób premier nieuczciwie ustawił prezydenta Nawrockiego w roli winnego. Gdy głowa państwa podnosi wątpliwości wobec wiatrakowej liberalizacji, Tusk oskarża go o sabotowanie obietnicy „taniego prądu”. To klasyczna manipulacja – zbijanie dwóch różnych spraw w jedną, by zdezorientować opinię publiczną i zepchnąć odpowiedzialność na prezydenta.
I właśnie tu rodzi się pytanie o uczciwość w polityce. Trump pokazuje, że można postawić granicę i jasno określić, co jest priorytetem: ziemia dla chleba, nie dla prądu. Tusk przeciwnie – rozgrywa grę, w której bezpieczeństwo żywnościowe i spokój obywateli stają się pionkami w szerszej układance interesów. Zamiast chronić rolników, wystawia ich „do wiatru”; zamiast wzmacniać prezydenta, próbuje go ośmieszyć. Polska polityka energetyczna staje się więc nie kwestią strategii państwa, ale polem bitew partyjnych i lobbystycznych. A przecież każdy rozsądny człowiek rozumie, że wiatraki można stawiać na terenach zdegradowanych, przy autostradach, na nieużytkach czy na terenach przemysłowych. Ale nie na czarnej ziemi, która od pokoleń karmi ten naród.
Trump ma rację: ziemia uprawna to świętość. Polska też powinna to zrozumieć, zanim obudzimy się w świecie, gdzie prąd mamy tani, ale nie będzie chleba. I zanim dostrzeżemy, że zamiast ratować polską wieś i polską gospodarkę, przez Tuska i jego „liberalizację” ratujemy niemiecki Siemens i gospodarkę naszych zachodnich sąsiadów. Nic z tego nie mamy. Dlatego dziś trzeba powiedzieć jasno: polska ustawa wiatrakowa musi być ustawą dla Polaków, a nie dla Berlina. Parlament powinien wziąć przykład z Ameryki i wpisać do prawa zakaz stawiania farm wiatrowych i fotowoltaicznych na gruntach rolnych. Ziemia ma rodzić chleb, a nie służyć niemieckim korporacjom. Jeśli politycy naprawdę chcą bronić polskich rodzin, to niech zaczną od obrony polskiej ziemi. Albo niech znajdą sobie inną pracę.
Zostaw komentarz