Przedstawiamy fragmenty dziennika, który ekspedycja ratunkowa znalazła w opuszczonym namiocie pod gmachem KPRM, przy Alejach Ujazdowskich 1/3, w Warszawie. Losy właściciela, jak do tej pory, nie są znane.

DZIEŃ PIERWSZY
Moja głodówka w intencji opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego przez rząd Beaty Szydło oficjalnie rozpoczęta. Po konsultacji z profesorem Hartmanem zrobiłem sobie lewatywę, tomografię, USG, skrócenie napletka i kolonoskopię, oraz przyjąłem komunię od księdza Nerg… Pieronka.

W razie czego napisałem testament, w którym komplet dzieł Lenina w skórzanej oprawie (z dedykacją Czesława Kiszczaka) i cztery roczniki Gazety Wyborczej przekazałem profesorowi Hartmanowi za dobrą opiekę lekarską, a majątek nieruchomy (dom na Mazurach) zapisałem Mateuszowi- będzie miał na alimenty, może w końcu się od niego odwalą.

My naród rozpoczynamy dziś prawdziwą walkę o wolność, godność i demokrację. Napędza mnie idea, czuję, że jestem stworzony do poświęceń w imię dóbr wyższych, jakimi są Trybunał Konstytucyjny i sędzia Rzepliński. Konstytucja to coś, co mi daje zapał do walki o to żeby było, tak jak było.

Po trzech godzinach czuję, że słabnę, spada mi ciśnienie i robię się pusty w środku. Chyba niepotrzebnie zrobiłem lewatywę, bo nie mam już nic w jelicie na zapas. Z otoczeniem kontaktuję się za pomocą mojego różowego Notbuczka, mam wielu znajomych. Pytają mnie wciąż o sens mojego protestu, widzę po emotkach, że wielu ma łzy w oczach. Piszą, że są ze mną.

Cały dzień spędziłem we namiocie. Jest już wieczór, czuję się taki słaby, jakbym przeszedł całą Antarktydę z psim zaprzęgiem. Idę spać, nie myję zębów, bo wypiłem już całą wodę.

DZIEŃ DRUGI
Budzi mnie przeraźliwy głód. O tej porze w domu byłem już po trzecim śniadaniu. Żeby nie zemdleć wchodzę na wyborcza.pl. Piszą o mnie, że jestem bohaterem i że poświęcam czas, energię, może zdrowie, a nawet ryzykuję życie, żeby stać się kamieniem węgielnym w obronie Konstytucji i Trybunału Konstytucyjnego.

Jednak reżimowe portale udają, że nie zauważają mojego protestu. Piszą o tym, że Duda otworzył jakieś muzeum Polaków, co niby ratowali Żydów, he he. Co za bezsens, przecież na wyborcza.pl nieraz pisali, że Polacy nie ratowali Żydów, lecz ich mordowali i grabili. Kiedy ludzie w końcu to zrozumieją? Ile Grossów jeszcze musi się poświęcić, żeby prawda o holokauście, jaki Polacy zgotowali Żydom dotarła do społeczeństwa?

Ludzie pytają, co zrobię, jak postulat publikacji wyroku TK przez Beatę Szydło nie zostanie spełniony. Odpowiadam im, że będę głodował do końca, mam taką determinację. Na razie jestem w dobrej kondycji, tylko trochę słaby i ssie mnie w środku.

W południe był jakiś lekarz ze Słupska, przedstawił się jako Doktor Robert, zmierzył mi ciśnienie, wykonał EKG, badania analno-oralne i pobrał krew.

Potem zajrzał pan Wenryk Hujec, ten z Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego, a obecnie sympatyk KOD-u. Opowiadał o swoich głodówkach z czasów KOR-u. Mówił, że było ciężko, ale potem dogadali się przy Okrągłym Stole i już nie musieli głodować. I nie będą musieli przez trzy pokolenia naprzód. Prosił mnie, żebym nie kładł swego życia na szali i zrobił głodówkę rotacyjną. Zapytałem go, czy mnie zmieni, a on odpowiedział, że zrobiłby to z chęcią, ale niestety przez najbliższy tydzień ma dyżur w TVN jako ekspert od głodówek, więc nie może. Obiecał, że namówi Kalisza, on ma duży potencjał kaloryczny, to może da radę głodować ze mną rotacyjnie.

DZIEŃ TRZECI
W nocy przyjechała Dagmara Dag Kołcz z Torunia, żeby głodować wspólnie ze mną. Ta cicha bohaterka postanowiła poświęcić swoje życie w obronie fundamentów państwa zarządzanego przez demokratycznie wybrany Trybunał Konstytucyjny.
Dwoje obcych sobie ludzi w obronie demokracji w małym namiocie pośrodku burzy.
Jest trochę chuda. To dziwne, ale nie myślę o seksie, lecz o jedzeniu.

Już w południe pomyślałem, że tak mnie ssie w środku, że zjadłbym nawet sztura z kopytami. Mówi się chyba „konia z kopytami”. Nie wiem czemu, pomyślałem o tym mecenasie Giertychu, co skakał na naszej manifie. Ten to ma w sobie mięcha. Ciekawe, czy ma kopyta. Kurcze, zaczyna mi odwalać. Dagmara cały czas śpi, żaden z niej pożytek.

Wieczorem przechodził obok namiotu zaprzęg ciągnięty przez psy. Zjadłem je. Nadal jestem głodny, bo miały dużo kłaków a mało mięsa. Potem przeczytałem na wyborczej.pl, że jakaś staruszka wyprowadzała na spacer swoje Yorki i ktoś je porwał. Muszę uprzątnąć resztki, bo jakiś Grinpis się do mnie przyczepi. Chociaż bez przesady, bo skoro rura w Bałtyku im nie przeszkadzała, to nie będą robić wielkiego halo o kilka małych Yorków.

DZIEŃ CZWARTY
Obudził mnie głód, słabnę, ciśnienie spada, zaczyna szwankować pamięć. „Rządzie opublikuj” szepczą me spierzchnięte z głodu usta. Dagmara nadal śpi. Na zewnątrz wyje orkan, przez co wydaje się, że temperatura jest o kilkanaście stopni niższa. Normalnie, Alaska zimą. Śpiwór cienki, Dagmara nie przywiozła swojego, więc leżę tylko w jednym, grzejnik zawiódł- podczas próby uruchamiania prawie spłonął namiot.
Ludzie w namiotach obok, którzy przyszli protestować, mieli jeszcze mniej szczęścia. Uruchomili grzejniki i zjarali wszystkie namioty, bo stały Razem blisko siebie i zajęły się jeden od drugiego. Teraz wszyscy siedzą w moim namiocie. Jest ciasno, ale wesoło. Opowiadamy sobie kawały o Dupie, jak go nasza działaczka Kasia Kukieła zjechała na Fejsbuku, po tym, jak zjadł z senatorami z Ameryki kolację w jej restauracji. Napisała, że pewnie mu smakowało koryto w jej knajpie, bo miał zadowoloną minę, he, he. Ale się na nią rzucili, prawaki! Że niby knajpa nie jest jej, tylko kamienica i że ma za wspólników gangsterów Małpę i Ładochę od wymuszeń i wyłudzeń kamienic i takie tak kłamliwe pierdoły. Nawet knajpa udaje, że chce ją podać do sądu, bo klienci odwołują rezerwacje, że niby nie chcą jeść z koryta. Prawaki naprawdę nie mają się już do czego przyczepić, bo pokazują jej zdjęcie z takim zielonkawym kotem, a potem ją bez kota, ale w czapce, co wygląda tak samo jak kot na poprzednim zdjęciu. Dzielna kobieta.

Chłopaki z namiotów Razem w końcu poszli. No i dobrze, bo zaczęli mnie wkurwiać. Szczególnie ten duży z brodą, co cały czas żarł ośmiorniczki z puszek, popijał latte i puszczał slajdy i bąki, tak na przemian.
Dagmara w końcu się obudziła i powiedziała, że w namiocie wali smrodem jak z albańskiej oczyszczalni ścieków, a poza tym musi się wysikać. Wyszła i już nie wróciła.

Znowu jestem sam, słabnę, spada mi ciśnienie, szwankuje pamięć. Głód, coraz większy głód, a ona nie publikuje. Chciałbym wyjść z namiotu i wykrzyczeć na całe gardło… Zaraz, jak jej było? Renata? Nie…Jak to leciało?… Siedem dziewcząt z Albatrosa, tyś jedyna…No przecież: Beata! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj, please…Idę spać.

DZIEŃ PIĄTY
Obudził mnie głód i wyjąca melancholia. Zjadłem ostatni egzemplarz Konstytucji. Kartki jakoś dało się przeżuć, ale czarny kir stanął mi w gardle i prawie się udusiłem. Otworzyłem wyborcza.pl, a tam piszą, że Martin Schulz i Verhofstadt (nie pamiętam imienia, Penis, czy jakoś tak), solidaryzują się ze mną, bo dobro Polski jest dla nich najważniejszym priorytetem. Cały dzień jestem z nimi w kontakcie, publikuję na ich profilach wyroki TK z ostatnich lat, a oni to lajkują.

Nadchodzi wieczór i kolejna fala głodu.
Na zewnątrz wiatr piżdzi, jak na dworcu w Biłgoraju, zgasły nagle światła, jest ciemno jak w dupie u Afrogrenlandczyka i przeraźliwie wyją wilki. Na szczęście Internet działa. Z drżeniem otwieram wyborcza.pl i czytam, że dziś jest Dzień Dla Ziemi. Dlatego zgasły światła a te wilki to były jakieś kobiety, które wyły w intencji ratowania watah. Myślałem, że Sikorski już dawno dorżnął te watahy, a jednak nie.
Sam chyba zacznę wyć, bo już z głodu nie mogę.
Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Beata opublikuj! Zlituj się, kobieto, bo ja tu zdycham z głodu!!!

DZIEŃ SZÓSTY
Obudził mnie głód, zimno i samotność. Jezu, ja już chyba nie mam żołądka, nikt już tu nie przychodzi, zapomnieli? Jak długo jeszcze będzie trwać moja męka? Opublikuj, opublikuj, opublikuj, opublikuj, opublikuj, opublikuj…błagam!!!

Jakby jeszcze było mało, to zamiast pisać o mnie, piszą, że jacyś Belgowie wysadzają w powietrze Brukselę. W dupach im się od tego dobrobytu poprzestawiało, już nie wiedzą, co z tych nudów wymyślać. Powinni przyjąć imigrantów, bo to są normalni, wykształceni, ciężko pracujący ludzie, którzy uzdrowiliby to zdegenerowane dobrobytem białe tałatajstwo, podkładające z nudów bomby.
Zresztą, co mnie to obchodzi. Nawet Julia Pitera powiedziała, że te zamachy to nic nadzwyczajnego, a Grzegorz Schetyna donosi, że w Brukseli czuje się jak w domu, więc o co to halo? Ja tu głoduję, bronię demokracji, a nawet wyborcza.pl o mnie dziś nie pisze.

Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam, umrę tu zapomniany, a potem przyjdzie jakiś Maślankiewicz z kamerą i powie: „Została po nim tylko broda”. Znajomi z Facebooka przestali już pisać, dopada mnie depresja. I głód, przeraźliwy, wyjący głód…

BEATA OPUBLIKUJ!!! RZĄDZIE OPUBLIKUJ!!! BEATA OPUBLIKUJ!!! PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ! BŁAGAM!!!
OPUBLIKUJ TEN WYROK DZIWKO, BO JA TU ZDECHNĘ PRZEZ CIEBIE!!!

Idę spać. Przed snem zmówię różaniec.

DZIEŃ SIÓDMY
Okazało się, że różaniec zrobiony był z jakichś suszonych owoców. Kulki były twarde, ale jakoś pogryzłem. Jednak nadal czuję głód, samotność i poczucie opuszczenia.

Ostatkiem sił otwieram wyborcza.pl i oczom nie wierzę! Yes, yes, yes! Piszą, że o 14:30 ma mnie odwiedzić Ryszard Kalisz. Ale to nie koniec: mam tylko 3 godziny na posiłek i uprzątnięcie szczątków, bo o 17:30 wizytę zapowiedziała europosłanka Róża Marii Gräfin von Thun und Hohenstein zu Manipulierten Abstimmung in Polen Kuss Mich in den Arsch zum Wurst Conchita Zwei Kanibalen und Drei Amigos KOD mit Uns in Rumpelstock Schöne Penis Guy Verhofstadt Jude Raus nach Volkswagen mit Zwei Zilinder und Ratzefummel Krächzte Allgemeine Kundelstimmender und Schönste Schlager von Octoberfest Unsere Mütter Unsere Väter zum Hans Kloss Guten Abend Bitte das Kuddelmuddel Dupenklappen von Hände Hoch Nicht Schissen meine Damen und Herrn von Stuhr nach Hause Verfluchte Brunner in Rosenzweig Hakenkreuz und so Weiter der Schmetterling zum Beispiel Heili Heilo auf Wiedersehen Und So Weiter ficken Stuhr und Freunde gute Nacht und Guten Appetit

Mam nadzieję, że ktoś będzie to transmitował. Mam na myśli, oczywiście, wizytę Róży, bo transmisja z konsumpcji Kalisza to byłby jakiś Hannibal 2, he he…

Spotkanie z panią Różą to dla mnie szansa i nadzieja na to, że mnie pociągnie wyżej. Moje hasło: „Dziś głodówka-jutro kariera, czuję, że czeka na mnie Bruksela!”

Trzymajcie kciuki, bo teraz zamierzam…

(na tym zapiski urywają się)

Autor: Zbigniew Kozłow

Fot. Andrzej Miszk