Jako chemik mam pewne kompetencje do wypowiedzi w sprawie zatrucia Odry. Moim zdaniem – żadnego zatrucia nie było. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy – niczym w opowiadaniu „Katar” Stanisława Lema – splot wielu przypadkowych okoliczności doprowadził do tragedii. Jeśli był wśród nich czynnik ludzki – a zapewne był – to osoby odpowiedzialne działały w dobrej wierze a ich działania w niczym nie wychodziły poza standard.

Dowiaduję się też, że w rejonie Oławskim, w którym jako pierwszym odnotowano ścięcie ryb działa papiernia. Jednak cała produkcja w zakładach Jack-Pol w Oławie sprowadza się do przetwarzania makulatury oraz gotowej celulozy produkowanej gdzie indziej. Okazuje się też, że zakład nie stosuje chloru w procesie odbarwiania makulatury, ale zasadniczo korzysta z tzw. makulatury białej, z której produkuje np. papier toaletowy. Powstające w tym procesie ścieki nie stanowią odpadu o tzw. dużej uciążliwości. Zauważam zatem, że nie jest to zakład przetwarzający masę drzewną, co wiązałoby się z powstawaniem bardzo szkodliwych dla organizmów wodnych odpadów wymagających specjalnego traktowania, tzw. oleju talowego (płynna kalafonia).

Natomiast rzeczony olej talowy, produkowany przez wielkie papiernie przetwarzające masę drzewną, jest chętnie używany w innych procesach zwłaszcza w połączeniu z trietanoloaminą. W tej postaci znajduje się w produkowanych przez Orlen preparatach Unicool WO czy Emulgol ES-12 powszechnie stosowanych jako chłodziwo podczas obróbki metali (wiercenie, skrawanie itd.). Epoksydowany za pomocą tlenku etylenu olej talowy jest z kolei używany jako tani i wydajny środek zwilżający w kompozycjach herbicydów (co było podnoszone np. w głośnej sprawie „Roundupu”). Surowy zaś olej talowy jest chętnie używany jako lepiszcze w procesie produkcji brykietów opałowych.

Wymieniam to wszystko, aby uświadomić, na przykładzie tylko jednej substancji, z jak bardzo rozproszonym systemem mamy do czynienia, jak łatwo w nim o stosunkowo niewielkie emisje do środowiska, które w normalnej sytuacji przechodzą niezauważone, gdyż ich zasięg jest niewielki, a skutki nietrwałe.

Stoję na stanowisku, że przypadku obecnej katastrofy ekologicznej w Odrze mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją.

Uważam, że mamy tu do czynienia z komasacją drobnych zrzutów wykonanych przez niezależnych aktorów w ramach działalności tzw. rutynowej. Dotyczy to zwłaszcza ścieków o tzw. niskiej uciążliwości.

Wobec niskiego stanu wody, ograniczonego w związku z tym jej przepływu w rzece, wysokiej temperatury, kiedy ryby gromadzą się w niewielkich obszarach jako-tako natlenionej wody — wystarczy niewielkie naruszenie kruchej równowagi, aby doprowadzić do ich masowego wymierania. Wystarczyło, że gdzieś do rzeki ktoś wylał resztkę gnojowicy z cysterny, jakiś zakład wypuścił trochę ścieków zawierających olej talowy, ktoś inny zrzucił trochę solanki, jeszcze kto inny jakieś ścieki bytowe a jeszcze ktoś resztkową ciepłą wodę…

Za każdym razem w ilościach „takich, jak zawsze”. Nigdy nieprowadzących do wyraźnych szkód w środowisku. Być może nawet zgodnie z obowiązującym prawem lub na jego granicy…

Ten proces nie musiał nawet być nagły. Wręcz przeciwnie — on mógł trwać tygodniami i prowadzić do „przeganiania” ryb do coraz trudniej dostępnych odcinków rzeki oferujących im bezpieczne kieszenie chłodnej, czystej, w miarę natlenionej wody. Zwiększenie liczby zwierząt wodnych w takich miejscach ma jednak swój limit. Zwierzęta wodne szybko wyczerpują zawarty w wodzie tlen i jeśli zawartość tlenu nie jest uzupełniana — duszą się, zwłaszcza jeśli są osłabione czynnikami chemicznymi. W omówionych wyżej warunkach dobrze rozwija się fitoplankton, który, chociaż produkuje tlen w ciągu dnia, pochłania znaczne jego ilości w nocy. Sinice, nawet jeśli ich namnożenie nie prowadzi do tzw. zakwitów, wytwarzają szkodliwe dla ryb toksyny osłabiające ich ogólną kondycję.

Potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której — w wyniku takich procesów — na kilkudziesięciokilometrowym odcinku, podczas ciepłych nocy rzeka dosłownie zamienia się dla ryb w grobowiec. Rozkład padłych ryb prowadzi do dalszych zmian w rzece, jeszcze bardziej pogarszając sytuację. W efekcie, któregoś dnia przychodzący nad rzekę wędkarze widzą całą taflę wody pokrytą pływającymi do góry brzuchami martwymi rybami…

Próżne wysiłki służb, które nie są w stanie wówczas wskazać żadnego konkretnego źródła skażenia, które byłoby jednoznacznie odpowiedzialne za zaistniałą sytuację. Wszystko, co wykazują badania, to nieco podwyższone poziomy poszczególnych „markerów”, lecz nic, co dawałoby asumpt do oskarżenia…

W warunkach głębokiego podziału politycznego w Polsce taka teoria nie będzie jednak dobrze przyjęta. Mamy tu, psychologicznie, do czynienia z Katastrofą Smoleńską à rebours. Tak, jak w przypadku Katastrofy Smoleńskiej elektorat PiS nie mógł pogodzić się z „trywialnym” wyjaśnieniem jej przyczyn, podejrzewając spisek i zamach, tak teraz elektorat drugiej strony wszędzie wietrzy zmowę milczenia i mataczenie. Pojawiają się też podejrzenia o zamach terrorystyczny ze strony służb rosyjskich czy nawet (co dość groteskowe, biorąc pod uwagę, że katastrofa zaczęła się na granicy województwa opolskiego i dolnośląskiego), że skażenia rzeki dopuściła się strona niemiecka.

Charakterystyczne, jak bardzo Opozycja wręcz rzuciła się na niepotwierdzone wyniki badań niemieckich wskazujących na obecność związków rtęci w Odrze. Związany z TVN dziennikarz śledczy Bertold Kittel nie po raz pierwszy w swojej karierze nakręcił tu istną histerię. Wojcech Orliński z Gazety Wyborczej (nomen omen, jak ja — chemik z wykształcenia) epatował tweetami wspominającymi zatrucie rtęcią japońskiej zatoce Minamata. Drastyczne opisy zdeformowanych płodów przetoczyły się przez media społecznościowe, a Donald Tusk nie omieszkał nawet do rzeczonej rtęci porównać Prawa i Sprawiedliwości…

W ogóle — strona opozycyjna natychmiast przyjęła postawę najgłębszej nieufności wobec polskich służb państwowych, polegając na opinii niemieckiej jako wiążącej. Nawet wycofanie się Niemców z „hipotezy zatrucia rtęcią” zostało przyjęte z nieufnością. Pojawiły się natychmiast opinie, że sprawa musi mieć „głębsze dno” – cokolwiek to znaczy…

Jest tak oczywiście dlatego, że w opinii polskiej opozycji „państwo PiS” jest integralnie niewydolne, niekompetentne, skorumpowane, niepraworządne i byle-jakie. Że jest „państwem z tektury”. Tak, jakby „państwo PO” było w czymkolwiek lepsze.

Tymczasem stan ochrony środowiska w Polsce, jaki jest — każdy widzi i nie zmienia się od bardzo dawna. Wejście Polski do Unii Europejskiej wymusiło określone rozwiązania z zakresu ochrony środowiska na zakładach produkcyjnych, co wydatnie przyczyniło się do poprawy stanu przyrody, ale na tym się skończyło. Nikt nie jest specjalnie zainteresowany dalszą poprawą w skali „mikro”, gdyż nie ma na kogo przerzucić kosztów. Eliminacja niewielkich, rozproszonych emisji, które w normalnej sytuacji przechodzą niezauważone, wymagałaby od gmin znacznego wysiłku. Raport NIK z maja bieżącego roku pt. dość jednoznacznie określiła sytuację gospodarki ściekami w kraju jako „wysoce niepokojącą”. Komisja Europejska wszczęła zaś przeciwko Polsce postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego do prawidłowości wdrażania dyrektywy dotyczącej oczyszczania ścieków komunalnych. Jednym słowem — pomimo upływu 20 lat od wejścia Polski do UE mamy wciąż nierozwiązany problem w ogromnej skali, lecz zarazem — problem trudny, gdyż wysoce rozproszony, którego rozwiązanie napotyka na opór samorządowców niechętnych wydawaniu znaczących kwot na „takie drobiazgi”.

Do tego dokłada się zwykła nieuczciwość niektórych przedsiębiorców, którzy wciąż chętnie pozbywają się odpadów produkcyjnych w sposób nielegalny. Mój brat cioteczny, który jest właścicielem średniej wielkości przedsiębiorstwa we Wrocławiu, opowiadał mi niedawno o konflikcie, jaki miał kilka lat temu z wielkim koncernem szwedzkim, którego był podwykonawcą. Otóż przedsiębiorstwo to założyło spółkę-córką, prowadzącą działalność o dokładnie takim samym profilu, co firma mojego brata, w wyniku czego gwałtownie spadła skala zamówień, jakie otrzymywał on od koncernu. Mój brat nie mógł uwierzyć, że nowo założony zakład, bez doświadczenia w skomplikowanym procesie technologicznym, w którym firma brata jest jednym z liderów w Polsce, jest w stanie operować konkurencyjne. Zatrudnił prywatnego detektywa, aby zrozumieć, w czym tkwi tajemnica. Detektyw ten wykazał, że jego nowo powstały konkurent nielegalnie pozbywa się wysoce toksycznych, zawierających chrom odpadów, co jest źródłem znacznych oszczędności. Wciąż licząc na możliwość kontynuowania współpracy z koncernem, napisał do jego szwedzkiej centrali, informując o wykrytych nieprawidłowościach. W efekcie, chociaż z zarząd filii we Wrocławiu odwołano dwóch członków a uciążliwy dla przyrody proceder został zatrzymany, brat otrzymał „wilczy bilet” i powiedziano mu, że już nigdy ani on, ani jego dzieci nie otrzymają nawet pojedynczego zamówienia od wspomnianego koncernu. Zauważam, że sytuacja ta dotyczy wielkiej szwedzkiej firmie chlubiącej się oficjalnie ogromną dbałością o ochronę przyrody.

Kolejnym czynnikiem dokładającym się do marazmu na polu ochrony środowiska w Polsce jest niezmiennie utrzymująca się słaba pozycja wszelkich służb kontrolnych. Czy mowa o Państwowej Inspekcji Pracy, Inspektoracie Weterynaryjnym czy Inspektoracie Ochrony Środowiska — wszystkie te służby dysponują wręcz śmiesznym repertuarem kar, które w przypadku „mniej groźnych” uchybień nie są w stanie wymusić żadnych istotnych zmian. Przedsiębiorcom po prostu wciąż opłaca się płacić grzywny, których skala jest znikoma wobec obrotu firmy i kontynuować działalność na dotychczasowych zasadach. W dodatku, o czym przy okazji katastrofy ekologicznej w Odrze się dowiedzieliśmy, służby te nie działają w dni wolne od pracy, w związku z tym nie są w stanie przeprowadzić inspekcji jeśli np. zrzut ścieków odbywa się weekendy. Pobrany materiał ma zaś wartość dowodową jedynie wówczas, jeśli został pobrany przez inspektora osobiście.

Słaba pozycja służb kontrolnych w Polsce jest w takim samym stopniu dziedzictwem PRL, co neoliberalnej transformacji ekonomicznej, w ramach której dominowało przekonanie, że należy najpierw zbudować kapitał a dopiero później zająć się pilnowaniem tego, aby działał zgodnie z prawem.

Samo prawo też pozostawia wiele do życzenia, pozostając często a to na poziomie zbyt wielkiej ogólności a to przesadnej szczegółowości. Jego główny mankamentem jest zaś nieodmiennie służebna rola przyrody implikowana w całej jego konstrukcji, odmawiająca przyrodzie samodzielnej podmiotowości prawnej zasługującej na ochronę per se. Widoczne jest to szczególnie w sformułowaniu art. 50 ustawy „Prawo o ochronie Przyrody”, gdzie pojęcie „zrównoważonego rozwoju” definiuje się następująco:

„rozumie się przez to taki rozwój społeczno-gospodarczy, w którym następuje proces integrowania działań politycznych, gospodarczych i społecznych, z zachowaniem równowagi przyrodniczej oraz trwałości podstawowych procesów przyrodniczych, w celu zagwarantowania możliwości zaspokajania podstawowych potrzeb poszczególnych społeczności lub obywateli zarówno współczesnego pokolenia, jak i przyszłych pokoleń.”

Czarno na biało widoczny jest tu skrajny utilitaryzm, w którym „służebna” rola przyrody jest na pierszym miejscu.

Jestem nak najdalej od wszelkich „nawiedzonych” ruchów ekologicznych domagających się uznania praw „osób nieludzkich” czy w inny sposób formułujących „nabożny” stosunek do przyrody, ale uważam zarazem, że taki sposób definiowania relacji między człowiekiem a przyrodą jaki znajduje wyraz w ustawie „Prawo o chronie przyrody” wyczerpał swoje możliwości.

Przyszłe potrzeby ludzkie będą m.in. skutkiem tego, jak dziś traktujemy przyrodę. Definiowanie poziomu tej ochrony dziś poprzez perspektywę przyszłych potrzeb człowieka jest rodzajem logicznego błędnego koła, prowadzącym do sprzeczności i stałego przesuwania koniecznych działań „ad calendas graecas”. Tymczasem, pewnych spraw nie da się już dłużej oddalać – katastrofa w Odrze jest tego namacalnym dowodem. Komasacje przypadkowych, lecz fatalnych w skutkach czynników będą się zdarzać coraz częściej, gdyż w coraz większym stopniu czynniki ludzkie oddziałują na przyrodę zmieniając ukształtowane przez ewolucję systemy równowagi.

Środowisko przyrodnicze jest typowym przykładem dynamiki procesów nieodwracalnych. Wszelka stabilizacja jest tu z definicji nietrwała i możliwa jedynie w niewielkim zakresów parametrów. W miarę zmieniania się tych parametrów oscylacje wokół stanu równowagi stają się coraz większe, a po przekroczeniu pewnej granicy – układ traci równowagę i gwałtownie przesuwa się w stronę kolejenego dynamicznego „optimum” – na przykład takiego, w którym w rzekach ryb już nie ma. To nie są jakieś teoretyczne dyrdymały, ale ugruntowana wiedza na temat przyrody. Za badanie tego typu układów już w 1977 r. belgijski fizyk i fizykochemik rosyjskiego pochodzenia Ilia Prigogine otrzymał nagrodę Nobla.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.