Prawidłowe rozumienie postawy znacznej części opozycji politycznej w Polsce powinno opierać się na dostrzeżeniu, że nie o jakąś zdradę czy jej zaprzedanie się Niemcom chodzi, ale o coś znacznie głębszego.
Po pierwsze, współczesność jest napędzana szczególnym rozumieniem historii, które zwykło nazywać się – bodajże pierwszy użył tego terminu Stefan Kisielewski – ukąszeniem heglowskim.
Chodzi o głębokie przekonanie, że postęp ma charakter wektora i jest obiektywny. W najogólniejszym przypadku – postęp prowadzi nas zawsze od gorszego świata ku lepszemu. Miarami postępu są dobrobyt, wolność i równość.
Jeśli wyobrazić sobie ten wektor jako oś rosnących wartości, to w Europie najwyższe wskaźniki wykazuje tu „Zachód” a najniższe „Wschód”. Polska jest gdzieś pomiędzy tymi umownymi biegunami.
Teraz ważne.
Konserwatyści uważają, że jesteśmy na tej osi raczej bliżej Zachodu niż Wschodu a przyczyny, dla których nie możemy podnieść naszego standardu sprowadzają się do tego, że:
1) Zachód przechodzi właśnie nawałę ideologii lewackich i zamiast bodźców motywujących prawidłowy rozwój przychodzą do nas z niego impulsy „degeneracyjne”, które wywołują chaos społeczny i ogólną niezborność w kluczowych kwestiach rozwojowych.
2) Zachód ma także swoje interesy i wcale nie zależy mu na tym, żeby Polska „wstała z kolan” – pęta nas zatem całą siecią przeróżnych ograniczeń strukturalnych i prawnych, co ma nas utrzymać w stanie zacofania jako rynek zbytu i rezerwuar taniej siły roboczej. W skrajnej interpretacji ma to być to w pewnym stopniu kontynuacja polityki bismarckowskiej, w której Niemcy i Rosja dzielą się strefami wpływów w Europie Środkowej.
Jednym słowem, prawica uważa, że Polacy w masie są wartościowym narodem, naturalnie pełnym sił i umiejętności – wystarczy dać mu się rozwijać. Jednak potężne siły ze Wschodu i Zachodu oraz część obywateli podatna na sączącą się lewacką ideologię wciąż na liczne sposoby przeszkadzają.
Tymczasem opozycja ma tu opinię zgoła odmienną.
Opozycja uważa, że – owszem – jest w narodzie część kreatywna, zdolna i odważna, ale tym, co przeszkadza rozwinąć jej skrzydła nie są żadne siły zewnętrzne, ale regresywna, uwsteczniona, zmanipulowana przez prawicowy populizm i klerykałów większość. Jej zdaniem, Polska jest przez to zdecydowanie bliżej Wschodu niż Zachodu. Opozycja nie uważa, że Zachód jakoś bardzo ulega niezdrowym ideologiom. Uważa, że toczy się tam normalny proces polityczny prowadzący po prostu ku jeszcze lepszemu światu i nie ma co grymasić – trzeba włączyć się w ten proces, bo chociaż podlega on różnym zawirowaniom, to i tak wiedzie ku postępowi.
W szczególności, opozycja jest przekonana, że będący emanacją tej większości etos „Polski suwerennej” pozostaje w sprzeczności z wymogami modernizacji i że przezwyciężenie polskiego zacofania (sensu largo) wymaga nie tyle zmian na poziomie „technicznym” (lepsze to, lepsze tamto), ale – właśnie – na poziomie etosu, co wymaga zdecydowanego rozprawienia się z głęboko zakorzenionym tu reakcjonizmem.
Sposobem na to jest „westernizacja” poprzez podpięcie nas „na krótko” do kultury Zachodu w taki sposób, żeby owe siły konserwatywne nie mogły już nigdy uzyskać realnego sprawstwa. Służyć ma temu rozbudowany system prawa wspólnotowego, oplatający realia polskie tak, żeby żadne poważniejsze odchylenia od głównego nurtu modernizacji nie były już możliwe. Żeby nie dało się już w żaden sposób cofnąć z drogi prowadzącej ku postępowi. To, że w przewidywalnej przyszłości te ramy będą ustalane, w znaczącym stopniu, ponad naszymi głowami jest w tej logice zaletą, a nie wadą. Polacy będą bowiem tak naprawdę mogli w pełni rozwinąć skrzydła dopiero wówczas, kiedy prawica zostanie trwale zmarginalizowana i zamiast „dyrdymalić” o suwerenności, zajmą się poważnie tymi sprawami, którymi żyje Zachód, bo one wynikają z obiektywnego wektora postępu.
Jeśli zrozumieć reakcję na wypowiedź prof. Krasnodębskiego z takiej perspektywy – jest ona w pełni zrozumiała. Krasnodębski bowiem nie dość, że zarzucił Zachodowi pomijanie naszych żywotnych interesów, to jeszcze zwrócił uwagę, że płynąca stamtąd ideologia liberalno-lewicowa napędzająca dążenia federalizacyjne jest zagrożeniem dla naszej suwerenności nie mniejszym niż fizyczne zagrożenie rosyjskie. Zagrożeniem o innej formie, ale równie groźnym.
To się zwolennikom opozycji w głowie nie mieści! W ramach ich światopoglądu suwerenność rozumiana tak, jak widzi ją Krasnodębski – jako szeroka autonomia decyzyjna Polaków i demokratyczna możliwość wyboru przez nich kierunków rozwoju – jest koszmarem! Grozi zejściem z „obiektywnej” ścieżki postępu, grozi powrotem najgorszej reakcji, tworzy nieakceptowalne ryzyko.
Złym snem lewicy liberalnej nie jest tu wcale podbicie Polski przez Rosję, ale rodzaj powrotu do stosunków II Rzeczypospolitej, które lewica-liberalna widzi przede wszystkim jako prawie-faszystowskie. W najczarniejszych snach – Kaczyński staje się drugim Putinem, PiS – kleptokratyczną oligarchią, Kościół katolicki – rosyjską Cerkwią prawosławną. Jednym słowem: biją, kradną i gejom żyć nie dają. Cała prawica ma tu rozdartą gębę Bąkiewicza, za którym stoją kibole (wiadomo – urodzeni antysemici i nienawistnicy).
Mając przed sobą taką perspektywę – lepiej oddać tę cholerną suwerenność i żyć wygodnie i bezpiecznie w ramach wyobrażonego raju sfederalizowanej Wspólnoty Europejskiej, w której wspomniani na początku młodzi-zdolni z pewnością znakomicie się odnajdą.
Mitem założycielskim Opozycji są oczywiście „skradzione wybory” (czyli „kłamstwo smoleńskie”). Opozycja uważa, że PiS wmówił Polakom zbrodnię dokonaną na Prezydencie i jego żonie, dokonaną przez Putina przy współpracy Tuska i tylko dzięki temu wygrał wybory. Myśl, że były też inne ważne przyczyny jej porażki nie jest w ogóle poważnie brana pod uwagę. Opozycja uważa też, że PiS dokonał następnie „zamachu” na niezawisłość sądów, aby móc bezkarnie kraść tworząc nową oligarchię. Prawdziwy zamach na Konstytucję, jakiego próbowała dokonać ekipa Tuska, obsadzając nielegalnie Trybunał Konstytucyjny swoimi kandydatami przy współpracy sędziów, oczywiście jest tu bagatelizowany. W tej narracji – nawet jeśli były nieprawidłowości, to należało pozostawić „legalnych” sędziów na miejscu, gdyż to, co zrobili, było „zwykłym” błędem, a nie jakimś puczem, co przyklepała Komisja Wenecka.
No i na koniec idzie tak naprawdę najważniejszy argument: „Sami widzicie, jacy to są ludzie…” Jako ilustracja idą poplątane sznurówki Kaczyńskiego i niezadbane pięty pani premier Beaty Szydło. No wstyd! Jak z takimi na europejskie salony?
Dlatego odpowiedź na wypowiedź prof. Krasnodębskiego nie jest w najmniejszej mierze merytoryczna, nie odnosi się do faktów, ale właśnie do tych wyobrażeń. Nie ma nawet powodu, żeby porozmawiać o tym, jak w Europie wyglądają realne stosunki siły, jakie interesy mocarstw zachodnich stoją za realizowanymi politykami, dlaczego suma kar finansowych i sankcji nałożonych przez UE na Polskę jest już wartościowo porównywalna z karami i sankcjami nałożonymi przez Unię na Rosję, która prowadzi bestialską wojnę z Ukrainą. To wszystko znika gdzieś daleko, gdyż na pierwszy plan wysunięte są argumenty zrównujące Kaczyńskiego z Putinem. Skoro są tacy sami, to i kary są takie same – przecież to jasne jak słońce! Putin przecież też cały czas mówi o zagrożeniu z Zachodu!
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz