Po napisaniu poprzedniego tekstu towarzyszy mi przekonanie, że chyba się zbytnio spieszyłem, albo powiedziałem coś nazbyt skrótowo, bo odnoszę wrażenie, że zostałem opacznie zrozumiany.  Nic mnie nie łączy ani z WSI, ani z anty-Polakami. Nie jestem po prostu zwolennikiem wyważania otwartych drzwi. I skoro istnieje już ugrupowanie, którego program (nie mylić z osobami) bardzo mi odpowiada, to chciałbym przekonać do niego jak najwięcej osób. Taką mam naturę, że łatwiej przychodzi mi wynajdywać źdźbło w czyimś oku, ale nad belką we własnym już pracuję.

Jeżeli ktoś uważa, że JOW-y załatwią (na początek) większość bolączek naszego kraju, to mam do niego pytanie: dlaczego nie STV (czyli jak to mówią po polsku: POW – Preferencyjna Ordynacja Wyborcza). Pamiętam wypowiedź P. Kukiza, jeszcze z czasów kampanii prezydenckiej, gdzie powiedział, że w sumie to on nie uważa, żeby JOW-y były najlepsze. Że owszem, jest na świecie np. system wyborczy STV, prawdopodobnie lepszy od JOW-ów, ale tak skomplikowany, że nie podejmuje się go tłumaczyć rodakom. Czyli co?, obywatele przynajmniej kilku krajów z powodzeniem stosują ten „wynalazek”, jak mniemam, z jakim takim zrozumieniem, a Polacy nie będą w stanie zrozumieć zasady jego działania? Zadałem sobie trud i poczytałem trochę na ten temat. Owszem, przeliczniki (wzory matematyczne na obliczenie głosów) są skomplikowane, ale ogólna zasada – prosta. Nie o systemy wyborcze tu jednak chodzi, tylko o świadome mieszanie różnych systemów wartości, które połączyć się w żaden sposób nie dadzą.

Niech mi, proszę, ktoś wytłumaczy, jak w jednym ruchu (partii, ugrupowaniu) mają funkcjonować zwolennicy aborcji, eutanazji na życzenie, związków partnerskich ramię w ramię z działaczami katolickimi, obrońcami życia i tradycyjnej rodziny. Jak euroentuzjaści, kosmopolici, globaliści itp. wypracowywać będą wspólne dokumenty z narodowcami, tradycjonalistami. Jak etatyści i klienci państwa socjalnego (opiekuńczego) dogadają się z apologetami wolnego rynku. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to niemożliwe. Więc albo pan Paweł nie dostrzega sprzeczności, albo jest w oczywisty sposób ofiarą procesów językowych, które starałem się zasygnalizować. Jeżeli z taką łatwością wrzucił do jednego worka prawicowców i lewicowców, to musi posługiwać się innym językiem polskim, niż ten, do którego ja przywykłem. I tylko tyle.

Powtórzę zatem jeszcze raz moje poprzednie – może zbyt ukryte – przesłanie: bez przywrócenia słowom ich pierwotnych znaczeń będziemy spierać się o coś, co do czego w gruncie rzeczy jesteśmy (możemy być) zgodni. Mówiąc prawica-lewica, być może, mamy na myśli tylko niektóre wyróżniające je atrybuty. Nie dajmy sobie robić wody z mózgu! Zacieranie różnic i rozmywanie kontrastów, co miałem na myśli w poprzednim tekście, właśnie do tego ma prowadzić. Z kowali własnego losu powoli stajemy się tchórzliwymi lokajami salonów tylko dlatego, że nie potrafimy znaleźć sprzeczności w stwierdzeniu, że np. PiS to partia prawicowa, PO – liberalna, a Narodowcy to faszyści.