Prawo jazdy zrobiłem w wieku 34 lat, u schyłku komuny.

Dziecko starsze pomogło finansowo po komunii i kupiliśmy 10 – letniego Fiata 126p. Maluch był jeszcze na licencji włoskiej.

Z powodu koloru nazywaliśmy go Jajecznicą. Więcej się psuł niż jeździł. Pamiętam malowniczą wyprawę do Miechowa, gdzie drukowała się gazeta Huty Kościuszko i awarię w Wolbromiu.

Nie chciał ruszyć za cholerę. No to zatrzymałem pana z traktorem (!), żeby zaciągnął mnie do warsztatu. Oj co się chłopaki tam uśmiały jak się okazało, że wystarczyło tylko załatać druciki od cewki wysokiego napięcia. No tak, tylko trzeba jeszcze wiedzieć gdzie ona jest.

Wyższa półka to już był potem Fiat 125 P, moje trzecie auto. Był rok 1993 i pracowałem w fibakowskim Dzienniku Śląskim. Ponieważ miałem lepsze auto od ówczesnego naczelnego mianował mnie kierownikiem działu motoryzacyjnego.

No i się zaczęło. Jazdy na Targi Poznańskie, gdzie bankietom i suwenirom nie było końca, testy aut głownie Fiata, Opla, FSO – jeszcze było – i czasem Renault. Jak zajechałem wtedy pod blok w Katowicach Punto GTI z Bielska to sąsiedzi z okien chcieli powypadać!

Tak tylko, że nie wiedzieli o tym jak pytałem w fabryce, gdzie wajcha od ssania, bo w dużym Fiacie taką miałem… A tu elektronika. Podrasowanym Oplem Tigra prułem do Krakowa 200 na godzinę. W sumie tych aut testowanych uzbierało się ponad 60, były też wygodne w codziennym życiu, bo fabryka zwracała koszty paliwa. Tak że zdarzało się mi tygodniowo przejechać i 2 500 km. Prawie cała Polska była moja.

Pisałem nie tylko do prasy lokalnej, ale także do Giełdy Samochodowej w Słupsku, gazety mającej 80 000 nakładu. W XXI wieku te szaleństwa się skończyły, zostało parę gadżetów i wspomnienia żurnalisty recydywisty.

Zbigniew Zew Wieczorek