Jakiś czas temu pisałem o mailu rozsyłanym „po koleżeństwie” i w dość brutalny sposób, włącznie ze sprawami prywatnymi, atakujący mnie i jeszcze kilka postaci, dla których anonimowości nie opublikowałem go i nie opublikuję. Wracam do niego, ponieważ wczoraj otrzymałem dość poważne ostrzeżenie. Przekazał mi je mój przyjaciel, emeryt, dość znana postać w tym środowisku i jeden z lepszych oficerów, z którym miałem okazję pracować i osoba wyjątkowo mocno „stojąca na ziemi”. Nie wymienię jego nazwiska, choć wie, że opublikuję informację na ten temat, a nawet jest za tym, gdyż jest to również forma zabezpieczenia. Mało kto orientuje się, że mamy nadal dość bliski kontakt. I niech tak zostanie.

Otóż, mój kolega przekazał mi treść rozmowy z pewnym również starszym oficerem. Nazwę go tu „Pan CW”. Znam go, chociaż nie pracowałem z nim nigdy, ani w latach 80-tych, ani później. Nie mam też zamiaru zdradzać jego nazwiska. Wystarczy, że wiem. Pan CW ostrzegał przede mną. Po zwykłej porcji inwektyw, które ku mojemu zdziwieniu zawierały dwa komplementy, gdyż Pan CW nie kwestionował mojego zdrowia psychicznego oraz stwierdził, że nie rozumie, co się „stało z tak dobrym oficerem”, nastąpiło coś zupełnie nowego. Mój kolega usłyszał: „Zrobimy wszystko, by go zatrzymać. Zapomniał, że ma rodzinę. Nie powie tym – tu padło pejoratywne określenie o nowej władzy – jak się w tym wszystkim poruszać”. „Uważaj, Piotrek, to jest poważne. Ci ludzie są groźni, a za niektórymi stoją pewnie znane ci potężne organizacje. To nie przepychanki w Internecie, a realne życie. Wiesz, że nie jestem skory do przesady, więc uwierz mi.” – zakończył . Byliśmy całkowicie trzeźwi.

Nie boję się Pana CW, ani takich ostrzeżeń. Nie zrobię nic. Nie pójdę na policję lub do prokuratora, chociaż moje słowa zostałyby potwierdzone, bo nie o to chodzi i nic to nie da. Nie obronię tym siebie, ani swojej rodziny, nawet przy najlepszej woli organów sądowych. Ta sprawa wykracza, bowiem, daleko poza normalne zasady prawne. Trzydzieści lat prawie pracowałem w służbach specjalnych na stanowiskach operacyjnych w wywiadzie i kontrwywiadzie i dokładnie to rozumiem (wybaczcie, ale nie jest to stwierdzenie własnej wyższości, tylko inne spojrzenie na świat). Nie oznacza to jednak, że zatrzymam się. Wręcz odwrotnie, bo tylko ujawnienie prawdy, pełnej i obiektywnej prawdy o latach PRL i 1989 roku może zneutralizować takie ostrzeżenia, za które bardzo dziękuję Panu CW. Tak! Dziękuję, bo tymi „ostrzeżeniami” Pan CW przyznał, co następuje:

1. W zbiorze zastrzeżonym IPN mogą być materiały, dotyczące przestępstw lub mocno niektórych kompromitujące. W przeciwnym razie postulaty otwarcia zbioru zastrzeżonego nie prowadziłyby do aż tak „poważnych” ostrzeżeń i akcji deprecjonujących osoby w to zaangażowane.

2. Nazywając mnie zdrajcą po raz kolejny, tylko dlatego, że wśród moich znajomych są osoby z tzw. prawicy, w tym związane z nowym rządem (ciekawe, że mail i ostrzeżenie zbiegło się z wynikami wyborów), Pan CW zakwestionował legalność władzy w Polsce oraz dał kolejny dowód na stwierdzenie, iż istnieje „jedynie słuszny kierunek” myślenia, oparty na „jedynie słusznej partii” i każdy, kto postępuje inaczej winien być zneutralizowany, a tajemnice PRL i jej „zbrojnego ramienia” mogą służyć wyłącznie określonej grupie społecznej, a legalna władza RP nie może mieć do nich dostępu, gdyż grozi to próbami uwolnienia nas wszystkich od bagażu przeszłości, albo nawet zwiększeniem suwerenności naszego kraju. Wydaje mi się też, że dla Pana CW nie ma nic gorszego, niż świadomość społeczna. Dlatego nazywa mnie zdrajcą.

3. Pośrednio Pan CW przyznał, iż MSW PRL pracowało na zlecenie obcych sił, a więc ujawnienie materiałów legalnej polskiej władzy, może naruszyć dobro tych sił. Ja wiem, że taka generalizacja jest krzywdząca dla ogromnej większości ludzi z tamtego systemu, którzy nie mieli świadomości wielu uwarunkowań i wierzyli, że pracują dla swojego kraju tylko. Dla mnie też, ale jak mam odebrać zarzut zdrady, polegający na rozmowie z jednym z szefów UOP, który miał to nieszczęście nie należeć do „dzieci z Alei Róż”? Ja, oficer, śmiałem rozmawiać na tematy operacyjne z szefem? Pracować z kolegami z „przeciwnej strony” i nie donosić na nich swoim byłym kolegom z Rakowieckiej? Myśleć inaczej? Toż to zdrada główna! Dla niektórych czas zatrzymał się w roku 1989 i wcześniej.

Reasumując, miałem lepsze zdanie na temat zdolności operacyjnych Pana CW.

Jeszcze jedna sprawa. Niszczenie materiałów w MSW nie wyglądało to, jak przedstawiał je idiotyczny film „Psy” (częściowo opisałem to w „Weryfikacji”). W IPN znalazłem wiele protokołów zniszczenia podpisane przeze mnie. Moim legalizacyjnym nazwiskiem. Problem w tym, że ja rzeczywiście napisałem i podpisałem niewiele z nich. Niektóre pisane były na maszynie, czego nigdy nie robiłem i dotyczyły spraw, których nawet świadomości istnienia nie miałem. Ktoś pisał je za mnie, podpisywał się za mnie i podobno niszczył. W kilku przypadkach wypełnione są ręcznie porządnym, kaligraficznym pismem. Ja piszę, jak „kura pazurem” (znajomi żartują, że nawet na komputerze) i często sam siebie nie mogę odczytać. Podobnie podpisy. Nawet pracownicy IPN, nie znając mnie jeszcze , uznawali je za fałszowane. W jednym przypadku, ktoś wstawił moje nazwisko, a podpisał się swoim, po czy przerobił to na „mój” podpis. Byłem wtedy tylko porucznikiem, nic nie znaczącym inspektorem. Wszyscy „wielcy” wyjechali sobie. Ich nie ma w tych protokołach.

Nie pisałbym o tym, gdyby sprawa dotyczyła tylko mnie. Ostatnio, jeden z moich przyjaciół, który nie boi się „zdrajcy Wrońskiego”, zeznawał jako świadek. Szczegóły nieważne. Zeznania nie są jawne, więc kolega nie ujawnił detali. Powiedział jedynie, że zobaczył zachowaną sprawę Departamentu I MSW, dotyczącą człowieka, o którym nawet nie słyszał i którego na oczy nie widział. Problem w tym, że wpisano go jako osobę prowadzącą sprawę i to z datą wsteczną. W sprawie nie ma żadnego jego podpisu, żadnego dokumentu pisanego jego ręką, żadnych „piętnastek”, „szesnastek”, czy postanowień. Miał prowadzić ją przez ponad rok, zanim została złożona w archiwum. Też bez jego wniosku. Prawdopodobnie, ktoś wyczyścił sprawę z kilku dokumentów merytorycznych i wpisał mojego kolegę. Bez jego wiedzy i świadomości. Po co? Dlaczego? Co chciano ukryć? Nie wiem, ale wiem jedno: zastawiono się takimi jak on i ja i to my przeznaczeni zostaliśmy na „odstrzał”, gdy sprawy pójdą źle. To się nazywa koleżeństwo! Ale to ja jestem „renegatem i zdrajcą”. To, oczywiście, nie był powód mojego ujawnienia się. To tylko mocno irytujący szczegół, który jedynie potwierdził moje wieloletnie obserwacje.

Na koniec, mam prośbę do Pana CW: Niech Pan się nie boi. Cała elita za Panem stoi. Ja jestem sam. Całkowicie sam i nikt nie będzie kruszył kopii o byłego „esbeka”. Nie doradzam nikomu, nie rozmawiam z nikim, na nic nie czekam. Piszę wyłącznie na FB i na portalu Pressmania.pl, znoszę obelgi na Salonie 24 i tak pozostanie już na stałe. Pewnie wydam kolejną książkę, która nie będzie pasować wielkim sieciom, ale to nie jest ważne. W końcu otworzą ten zbiór i wcale to nie będzie moja zasługa. Niech więc, Pan, Panie CW, pisze dalej maile i ostrzega przede mną. Ja nie będę Pana ostrzegał, ale dam dobrą radę: takich, jak ja jest coraz więcej i będzie coraz więcej, bez względu na to, co stanie się ze mną, jak mnie „przeżują i wyplują”, czym ciągle jestem „straszony”. I co Pan wtedy zrobi? Czas poszedł naprzód i jesteśmy w Roku Pańskim 2015. Pora to zrozumieć wreszcie.

Nie jest to „mazgajstwo”, jak twierdzą młodzi i niektórzy starzy, tylko wyjątkowo, jak na mnie, zimna analiza rzeczywistości. Prosiłbym niektórych komentatorów, by powstrzymali się od swojej „ironicznej wyższości”, udającej dowcip i świadczącej o asertywności. Wbrew pozorom, pewne sprawy traktuję wyjątkowo poważnie.