Nie wiem czy Wy także zauważyliście, ale coraz więcej w mediach społecznościowych kursów, szkoleń, warsztatów, które obiecują szczęście, niemal wiekuiste. Istny wysyp.

Jakiś gościu w kapeluszu o niebieskich oczach pisze, że kiedyś słabo żył, a odkąd stosuje swoją metodę, to i kasa, i praca, i partnerka i seks, wszystko gra i buczy, i jeszcze mieszka na wyspie, gdzie zawsze świeci słońce. A pod postem tysiące lajków i setki komentarzy: niektórzy już dziękują za „cudowną wiedzę”, inni skarżą się, że wykupili link, ale jeszcze nie mają dostępu do metody, jeszcze inni podkreślają, że dla nich to żadne novum, że znają temat i posiadają przepis na szczęście.

Mam koleżankę, a w zasadzie miałem, bo relacja nie wytrzymała różnych prób, która od dekad nie potrafi się ogarnąć z tematem pracy i utrzymywania siebie, dla niej „w tym kraju nie ma pracy zgodnej z jej wykształceniem” (a jest ono żadne). I wiecie co ona robiła? Przychodziła pożyczyć pieniądze na kursy i szkolenia, które „otwierają umysł i uruchamiają jego zasoby”. Cały czas zanurzona w oparach youtuberskich guru różnej maści przegapiła własne szanse i własne życie, ale być może jeszcze o tym nie wie, bo istnieją też kursy i szkolenia, które czarno na białym wykazują, że choć jesteś w czarnej dupie, to tak naprawdę niebo masz na wyciągnięcie ręki.

Rzesze nieszczęśników idą na spotkania z guru i wypłakują się ze swoich niepowodzeń. Dostają do ręki mikrofon i na sali, gdzie obok setki im podobnych drżącym głosem opowiadają o swoim poczuciu niespełnienia. A potem guru pokazuje na slajdach swoje nieszczęście (ale to już przeszłość) i teraźniejsze życie już po transformacji.

Przeraża mnie ta masa mądrali życiowych, którzy łyknęli trochę tego i owego, wsparli się efektownymi metodami rodem z Dalekiego Wschodu, posiadają aparycję budzącą zaufanie i potrafią ładnie się wysławiać, a wszystko to zaprzęgają do mamienia innych łatwym szczęściem.

Tymczasem nawet średnio ogarnięty życiowo człowiek ma świadomość, że choć wiele zależy od niego, to równie na wiele czynników nie ma wpływu. Życie to proces współzależny. Każde doświadczenie jest uwarunkowane czymś co z nas i co ze świata wokół nas wynika. I każde na swój sposób jest cenne.

Gdzie w tej całej maszynerii w poszukiwaniu szczęścia jest fakt godzenia się na to, co nas spotyka? Godzenia się z tym, co nam dane?

Widzę w takim podejściu do życia niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia w nieustannym poszukiwaniu czegoś więcej i lepiej i zasobniej. A kto wytycza granicę spełnienia? Też guru youtuber?

Oni są sprytni, nie odwołują się do pojęcia szczęścia i spełnienia egzystencjalnego, bo wiedzą, że takie hasła nie trafiają do przeciętnego odbiorcy, tym bardziej do nieszczęśnika. Algorytm mówi jasno: dom na Teneryfie, własna firma, własne cabrio, piękna kobieta/mężczyzna u boku, mnóstwo dukatów na koncie. To są konkrety.

Zdrowie to już inna działka innych guru youtuberów. Schorowani tym bardziej wydadzą ostatnie pieniądze na cudowny lek, cudowną terapię i inne magiczne króliki z kapelusza.

Osobiście nie mówię nigdy o własnym szczęściu lub jego braku. To jest intymne.

Szczęście dla mnie jest doznaniem, czymś co bywa, ale co może odejść, by ustąpić miejsca innemu, być może mniej przyjemnemu doznaniu. W naszym ze wszech miar uwarunkowanym świecie nie ma miejsce na żadną stałą. Jeśli ktoś nawet za niewielkie pieniądze pragnie nas uczynić szczęśliwcami na zawsze, bezlitośnie nas oszukuje.

Autor: Artur Cieślar