ZBRODNIARZEM JARUZELSKIM

ŻOŁNIERZE PRZEKLĘCI czas o nich rzec,
Że komunistyczne to kanalie
Wychodowane w Polsce w LWP!
Na wzór rosyjski z czerwonej armii.

Często nie matura lecz chęć szczera
Robiła z tych typów oficera.
Nie musieli myśleć, „ruki pa szwam!”
Strielali… niejeden niewinny padł!

Dostawali awanse, ordery
Za mordy na braciach , siostrach…
Za tych zaliczonych do „wyklętych”
Posiadających świetlaną postać!

Najgorszymi byli politrucy!
Nawet w Rasiji odczuł to Żukow.
Nasi z nich wiernie primiery brali
I w celach prywatnych kablowali.

Człowiek by ich opluł… szkoda śliny
Jest wartościowsza od tej padliny.
Dałby takiemu choć raz po pysku!
Zmarł! Więc wymienię go po nazwisku!

Był komunista taki Krzysztofek
Który wprost po trupach szedł po władzę
I ja z przykrością Wam to opowiem
Bo on tylko o swym szczęściu marzył.

To nic, że innym krzyżował plany
Życiorysy innych deptał, łamał
On zawsze był nad wyraz śmiały
I patrząc w oczy bezczelnie kłamał.

On w WSMW był politrukiem
W Gdyni na admiralskim etacie
Do celu szedł jak czołg zawsze z hukiem
Kacapom by nawet lizał gacie.

Ale jeśli ktoś nie chciał go słuchać
I w rytm jego myśli maszerować
To tak targał go za oba ucha
Aby go sobie podporządkować!

A jeśli nie to wciąż był karcony
Chociaż biedak nawet nie zawinił
No i joby zbierał z każdej strony,
Choć winnym był ktoś zupełnie inny!

Marzyłem by być nauczycielem,
A inny, aby być politrukiem
Ja wiedzy miałem naprawdę wiele
Nienawidziłem wszystko co ruskie!

Politrukom to płacili dużo
I tamten po prostu chciał zarobić
Ja komunizmowi nie chciałem służyć
I z ich poglądami się pogodzić!

Choć studiowałem na WSNS
To było przy KC PZPR
To KW partii powiedziałem Nie
Bo ich popierać, to bym brzydził się!

A Krzysztofek się ucieszył bardzo
Gdy papiery przewertował moje
I wymarzył przyszłość sobie twardo
Szybciej włożyć admiralskie stroje.

A mnie przyznam rzygać się zachciało,
Jak rzekł: „Ja cię zrobię politrukiem”
Forsy za to będziesz mieć nie mało
I motłoch nas będzie bardziej słuchać!

O nie myślę – ty czerwony typie
Nie sądź, że pieniędzmi mnie przekupisz
Szybciej będziesz siedzieć na mej stypie
Lecz do komunizmu mnie nie zmusisz!

Ta szuja rzekła jak zbója kawał:
„Albo ze mną, albo cię wykończę!”
„Dzięki mnie nie będą ci bić brawa!”
Rzekłem – wkładając do walki zbroję!

Nie było łatwo mi z tą kanalią
Ale ja go przecież znać nie chciałem!
On chciał mnie zrobić czerwoną małpą!
Ale ja srebrników to nie brałem!

Pracowałem dużo po godzinach
Lecz komunizmu ja nie chwaliłem
Nie zmusiłby mnie żadna siłą,
Bo ja go przecież nienawidziłem!

Pozornie wszystko aprobowałem
Lecz serce me biło zawsze przeciw
I jeśli jakąś okazję miałem
To dosłownie swój zgłaszałem sprzeciw!

Krzysztofek widział, żem mu jest wrogiem,
Że wytyczne partii mam wciąż w tyle
I patrzył na mnie bez przerwy bokiem
Myśląc jak mi wsadzić jakąś szpile!

Pretekstów żadnych to mu nie dałem,
Bo na to byłem przecież za cwany!
Wpadł na pomysł komunistom znany:
Zostałem do „psychuszki” wysłany!

Bo najlepiej człeka jest ogłupić!
Przecież tam są leki PSYCHOTROPY!
A jak zachoruje, to wyrzucić!
I już będzie taki problem z głowy!

Lecz lekarz, który tam mnie skierował
Bo rozkaz taki wprost przy mnie dostał
Panie – rzekł – niech bóg Ciebie uchowa,
Leki od siebie daleko odstaw!

Zrozumiałem i nabrałem wprawy:
Tabletki do kieszeni i w kibel,
A płyny w umywalkę, do kawy…
No i siostrze dziękowałem mile!

Powiedziałem jakiś wierszyk piękny.
Albo coś innego na wesoło.
Niestety słuchałem różne jęki
Tych, którzy leżeli dookoła.

Minął miesiąc! Napisano by mi
Zmienić pracę! Komisja kazała!
Mój szef niezadowolony i zły
Nie mówił nic i pokazał mi: „wała!”

Wnet wysłano mnie do sanatorium!
To było przyznam coś wspaniałego
Nie drażniło już mnie szefa odium
I nie widziałem mściwej gęby jego!

Kudowa, góry, zabiegi, tańce.
Do Czech Wycieczki i granie w karty,
Rano grywałem na fortepianie.
Przyznam że odjeżdżać było żal mi!

Szef na powitanie do mnie tak rzekł:
A pracy tu bez przerwy dużo jest
To koledzy muszą zapierdalać!

W ten sposób dość grzecznie mnie powitał.
Potrafił czulej i nawet dłużej!
I tego nie będę już wspominać
I bardzo cieszę się, że nie muszę!

Po kraju zaczęły chodzić słuchy,
Że w lubelskim szumią kolejarze
I że narzekają dość na ruskich…
Coś na torach robią tam spawacze…

Wieść ta w Polskę poszła aż po Bałtyk!
Zaczął mruczeć Gdańsk i Elbląg, Szczecin,
Hordy się do walki szykowały
Tu i tam się rozchodziły wieści!

Lud protestował! W stoczniach, w urzędach
I mnie się bardzo to podobało
Krzysztofek chodził jak wściekła menda
Bo partyjnej pracy jest za mało!

Robił bez przerwy operatywki
Twierdził, że w kraju już źle się dzieje!
Oj żeby na ulicę nie wyszli,
Bo będą strzelać, krew się poleje…

A mnie na komisję znów wysłano!
Nikt mnie nie badał, o nic nie pytał,
Bo rozkaz precyzyjnie podano.
Szef jak spojrzał zębami zazgrzytał.

Jeszcze nie wywalili mnie z wojska!
Dla niego jestem bardzo zły człowiek
Ponieważ trudno mnie zdenerwować
I co myślę, to spokojnie powiem!

Wyraźnie, dobitnie całkiem szczerze
Tak jak uczono: zdanie po zdaniu!
I najgorsze, że wielu mnie wierzy
I szef już myśli o podkręcaniu!

Partyjna narada, jest dowódca
Słucham! Co tam towarzysze macie
By coś uzdrowić i już od jutra
Jakiś pomysł waszym referacie

Szef wstaje, truje niby coś rzecze…
A ja spokojnie, ale mu przeczę!
W sali cicho jakby była pusta,
Bo każdy już nabrał wody w usta

A że mają wciąż piasek w rękawach
To za to słychać ich mocne brawa,
Jak tylko szef skończy wody lanie.
To żałobne partii popieranie!

Mnie jako ciemnotę polityczną
Obdarzono chorobą psychiczną
Więc zrobiono dosłownie wielki huk
I zaraz wywalono mnie na bruk!

Pracy zrozumiałe nigdzie nie dostałem
Oczywiście rentę bardzo małą.
I minęło już 35 lat
Klątwa przeklętych dla mnie trwa.

Bolek to z swą sitwą nic lepszego
Tańczyli w rytm marsza SB-ckiego.
W Magdalence wszystko obgadali
I znów cały naród wykiwali!

kpt. mgr Franciszek Krzysiak – dysydent