Etap
Kiedy wartość świeczek na torcie urodzinowym staje się najpoważniejszym składnikiem jego ceny zaczyna być mało ciekawie. Wówczas z niemałym zaskoczeniem człowiek zdaje sobie sprawę, że nieodwołalnie dowędrował do tzw. dojrzałego wieku, i to z „plusem”. „Dojrzały wiek”, to oczywisty eufemizm, bo brutalna prawda, która i mnie dopadła, jest taka, że zaczynam stawać się starym dziadem. Zwyczajnym starym dziadem. Ubieranie w delikatności owego status quo nic nie pomoże – to ostatni etap życia. Koniec, kropka. Do łamania i rwania w kościach jakoś można się przyzwyczaić, trudno jednak zaakceptować niemrawość w technologii gorliwego wypełniania biblijnego nakazu zaludniania Ziemi. Coś tu Panu Bogu nie wyszło z synchronizacją pomiędzy fizys a psyche. Szczegółów drążyć nie będę, bo trzeba by być ekshibicjonistą, żeby publicznie obnażać swoje biologiczno-fizjologiczno-obsceniczne puzzle.
– Kolego, czy nie przesadzasz z tą starością? Przecież dopiero co doczekałeś błogiego luzu, tylko pozazdrościć. Kasa co miesiąc jest, no i wolność absolutna… – tak mnie uświadamiał Loczek, z trudną do ukrycia nutką zazdrości.
– Wolność? Chyba nie – powątpiewałem. – Od pewnego czasu systematycznie więcej wydaję na ratowanie zdrowia, niż na jego psucie – a to jednak zabiera dużo czasu i pieniędzy. Chłopaczku, a tak w ogóle to młody jesteś, życie widzisz przez różowe okulary. Masz dobrych rodziców, opiekuńczych, wpływowych, łatwo ci wszystko przychodzi, i przez to ciągle wszystkiego ci mało. Ale czy to dobrze, to wątpię. Kiedyś to się zemści. Może lepiej by było, żebyś tak ciągle nie łaził za mną, bo to mnie męczy.
– Ale ja ciebie lubię. Lubię ci towarzyszyć, kiedy uciekasz od ludzi. I choć to nie jest mój żywioł, to coś mnie do tego pcha – oznajmił Loczek.
– Wiesz chłopcze, doszedłem do wniosku, że Wielki Konstruktor, Maestro, albo Stwórca – jak kto woli, powołując naszą cielesność, stawia ciągle na ilość, a nie na jakość. Zaprogramował nas, aby żyć szybko, byle jak, byle z kim, byle gdzie. Testować jakieś swoje pomysły, a potem już tylko masa organiczna użyźniająca środowisko. Aż nadto widoczna jest ta filozofia obranej technologii. Patrząc na ów proces z czysto inżynierskiego punktu widzenia, powiedzieć trzeba, że to sknocona technologia, taki chiński bubel za 5 centów. Jeśli juz jest zgodne z czymkolwiek, to tylko z ideą ekonomii kapitalistycznej – dużo, tanio, szybko, a potem recykling.
– Wiesz co młody, życie, a w szczególności życie chłopa to taki stosunek bez orgazmu.
– Jak to? Nie rozumiem? Coś takiego jest możliwe?
– Mówię o całym życiu. Bo widzisz: natrudzisz się, namarnujesz kasy, nie dośpisz, jednym słowem urobisz się jak wół, i kiedy już dorwiesz się do owocu tych mitręg i zaczynasz zanurzać się w zasłużonej błogości, Maestro mówi ci stop: chłopie, gra skończona. Jako młody kogucik chyba wiesz o czym mówię.
– Nerwicy można się nabawić…
– A można.
Machina czasu wypełniła moją wyobraźnię scenkami z dzieciństwa, fajnymi, tyle, że z wiadomych względów mocno nostalgicznymi. Otóż w centrum kadru objawił się tematyczny zespół ekspertów, który spontanicznie zawiązaliśmy z kolegami na czas wakacji. Głównym jego zadaniem miało być zbadanie różnic pomiędzy nami chłopcami, a dziewczynami. Zespół bazował na starej sprawdzonej metodzie naukowej polegającej na obserwacji, czyli na podglądaniu zza krzaków kąpiących się w jeziorze dziewczyn, zwanych dalej materiałem badawczym. Szczególnie cennymi okazami były trzy dorastające córki pani Agaty, miejscowej nauczycielki, które z reguły kąpały się na naguska, bo w ich domu obowiązywała filozofia wyzwolenia. Jak już się ów materiał wytaplał i wyszedł z wody, to nagle jak na komendę wesoło i głośno piszczał, sygnalizując, że „dopiero teraz” zorientował się, że my świntuchy go chyba cały czas podglądaliśmy.
Z tym podglądaniem to nie była tylko naukowa mitręga i stracony czas. Otóż odkryliśmy, że w pewnych szczegółach różnice między nami są istotne, a w ostatni dzień wakacji gotowa była ekspertyza z której jasno wynikało, że dziewczyny jednak bardziej różnią się od chłopaków, niż chłopaki od dziewczyn. Spostrzeżenie owo uszczegółowiane w czasie kolejnych, coraz doroślejszych wakacjach, stało się na kilka dekad dla całej ekipy naukowców bardzo pomocne.
Wracając do konieczności wymyślenia jakiegoś sensownego scenariusza na czas, który nieubłaganie pognał mocno do przodu i sprawił, że o przysłowiowy kant dupy można było rozbić korzyści z wiekopomnych badań, posłuchałem rady Loczka, o dziwo tym razem dość mądrej. Otóż młody powiedział: zostań poszukiwaczem skarbów. Nawet jeśli niczego wartościowego nie znajdziesz, to przynajmniej poszpanujesz wśród znajomych, zdrowiu na dobre wyjdzie, a i o głupotach myśleć nie będziesz.
Pomysł spodobał mi się i pomyślałem – w czym pomogła mi wrodzona fantazja – że wobec dotkliwej mizerii świadczeń emerytalno-rentowych w Polsce będzie to rozwiązanie korzystne. Nie bez znaczenia było moje podejście do tzw. Nieznanego. Otóż jako że zupełnie poważnie traktowałem filozofię wschodu, przy tym jako człowiek ze świadomego wyboru dobry, wierzyłem, że powracająca karma objawi się w formie np. wykopania jakiegoś scytyjskiego woja w złotej zbroi, albo choćby Bursztynowej Komnaty. Karma jednak spóźniała się, bo nawet dotychczasowa sytuacja zdrowotna i materialna nie wróżyła jej hojności. No, ale to może jeszcze nie była ona – może to przedłużające się pokłosie, taka swoista klamra spinająca wzburzone echo brutalnie przerwanej, obiecującej dorosłości. Mówię tu o końcówce lat 80-tych, kiedy to Polacy zwariowali. Zbiorowy amok wywołał totalny rozpiździaj, niemal samounicestwienie, mnie zaś pozbawił jakichkolwiek korzyści i nadziei związanych ze zdobytych studiami, które generalnie przestały mieć znaczenie dla twórców nowej rzeczywistości. Akademicka wiedza zastąpiona została zaświadczeniami z zakładów karnych, przekonaniami politycznymi, układami i zasługami w obalaniu komunizmu. W tych burzliwych czasach, wraz z milionami podobnych mi okazałem się być, wg tych nowych kryteriów, wyjątkowym gamoniem i nieudacznikiem, a że wspomnianych kwitów nie miałem, więc profity mnie ominęły. Nie potrafiłem też aktywnie włączyć się w dzieło bezprecedensowego szabrowania i dewastacji tego wszystkiego co uczciwi Polacy stworzyli z powojennej nicości i chaosu. I chociaż było to dla mojej woli i chęci niechciane, to jednak znalazłem się w towarzystwie tych, do których bez wahania można zaadresować słynne, znanego Stanisława słowa: „Miałeś chamie złoty róg…”.
Pomimo inżynierskiej powinności nie ograniczałem się do oglądu świata przysłowiowym szkiełkiem i okiem, ale głęboko zastanawiałem się i nad nieuchwytną zmysłom, jego konstrukcją, o której realność otarłem się nie jeden raz. Wierzę na przykład w coś takiego jak wspomniana karma, i paradoksalnie nie kłóci się ona z materialnością a tylko tłumaczy fenomen jako takiej równowagi w świecie i w życiu. Innymi słowy mówiąc, pocieszałem się, że jako człowiek konsekwentnie starający się być dobrym, po latach życiowych niedogodności, przykrości i trudności, zostanie mi to w odpowiednim czasie sprawiedliwie wyrównane. Na przykład przydziałem wyłącznie samego dobra. Ale zostawmy to wszystko filozofom, bo lepiej się na tym znają i muszą z czegoś żyć. Ja tymczasem wracam do opowieści, jak to usiłowałem zostać naśladowcą Indiany Jonesa,
Wcielając w życie swoje nowe, a naprawdę to niespełnione młodzieńcze marzenia, kupiłem niedrogi, rodzimej produkcji detektor do wykrywania metalu w ziemi oraz zgromadziłem niezbędną literaturę przedmiotu. Literatura okazała się być pasjonującą, zaś wykrywacz był indywidualistą ze złośliwym dla poszukiwacza charakterem – ot, piskał kiedy chciał. W połowie lat 90-tych przydarzył mi się pewien epizod, za sprawą którego utwierdziłem się w przekonaniu, że świat nie ma klasycznych początków i końców, a jego konstrukcja, nawet w najdrobniejszych szczegółach, oparta została o ideę małych i wielkich kręgów.
Pewnego razu po przeczytaniu cyklu artykułów w Gazecie Olsztyńskiej, tym razem mając stuprocentową pewność znalezienia złotego skarbu generała Samsonowa odbyłem kolejną wyprawę.
Zaszyty w zielonym gąszczu lasu wymachiwałem po nieznanej mi leśnej polanie wyjątkowo prawdomównym tamtego dnia wykrywaczem. W pewnym momencie nieskazitelną ciszę zakłócił charakterystyczny klekot rowerowych błotników. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę dźwięk rozpoznałem od razu. Ot, po prostu życiowe doświadczenie chłopaka z innej epoki, niż ta współczesna. Kątem oka zauważyłem pomiędzy drzewami jak jacyś dwaj rowerzyści zataczając piaszczystymi ścieżkami coraz ciaśniejsze kręgi, osaczają mnie. W kontekście, w jakim miało to miejsce, natychmiast wyobraziłem sobie dwóch tajemniczych jeźdźców Apokalipsy nieuchronnie gotujących mi zagładę. Czyżbym miał polec na tej obcej, oddalonej od domu o dwadzieścia kilometrów ziemi? Przeraziłem się. Jednak gruszek w popiele nie zasypywałem a całą uwagę skupiłem na obserwacji przeciwnika, i na planowaniu taktyki odporu czyhającej agresji. Sytuacja stawała się z każdą chwilą coraz dramatyczniejsza, bo agresorzy systemowo, coraz ciaśniej okrążając polanę, zbliżyli się do mnie na niewielką już odległość. Z pewnością rozzuchwaliła ich moja absolutna bierność. Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy przybysze zatrzymali się i zeszli z rowerów. Umilkł złowrogi klekot rowerowych błotników i nastała nieznośna cisza. Zdjąłem z krzaczka i ubrałem swoją reniferową kowbojską kamizelkę ze stylowymi pasmami frędzelków, z którą rzadko rozstawałem się. Oprócz tego, że była oryginalna, amerykańska, to miała mnóstwo kieszonek, co czyniło ją bardzo praktyczną. Jednym słowem była unikalna i w całej okolicy podobnej nikt nie miał. Znowu kątem oka zerknąłem na intruzów będących teraz już zupełnie blisko mojego eksploracyjnego stanowiska. Pomyślałem, że mazurskimi Kłobukami, czyli takimi psotnymi diabełkami, które zabierają bogatym i rozdają biednym, to one nie są, bo tamte to raczej nocami grasują. Zresztą ich współczesne fizis i środki lokomocji też nie pasowały do baśniowych standardów. Po kilkuminutowym bezruchu każdej ze stron sytuacja zaczęła łagodnieć, kiedy spoza oskubanego przez sarny krzaczka dostrzegłem dwie pary czarnych dziecięcych oczątek wpatrujących się we mnie. Strach ustąpił. Dzieciaki, na oko oceniając miały po 12-13 lat i były bliźniętami, bo praktycznie nie różniły się niczym od siebie. Ich bardzo letni strój był na tyle uniseksowy, że gdyby nie małe nabrzmiałe guziczki wypinające się spod bawełnianej koszulki u jednego z nich, mogłoby się wydawać, że to dwaj chłopcy. Jednak niezapomniane wakacyjne prace badawcze i ów drobny szczegół naprowadziły mnie na właściwy trop! Obydwoje podobni byli do przepięknych aniołków, chociaż zważywszy na ich wyrazisty wygląd, to w tym konkretnym miejscu i okolicznościach, do diabelskiego świata stosowniejszą mogła być ich przynależność. Pogubiłem się trochę, ale po krótkim namyśle znowu pomyślałem o najprawdziwszych mazurskich Kłobukach tyle, że działających pod przykrywką.
Diabełki, aniołki, czy psotne Kłobuki – dla mnie nie miało to w końcu żadnego znaczenia. Tu, w mazurskim tyglu narodowościowym zwykło się mówić w podobnych przypadkach – kakaja raznica, bo przecież i tak były piękne z tymi swoimi czarnymi kręconymi włosami na zgrabnych główkach, i z buziami umorusanymi jagodami, i z przylepionym do tych umorusanych twarzyczek kurzem z leśnych dróżek. – Gdyby tak je teraz umyć – pomyślałem z fantazją – to zostałoby z nich chyba niewiele, może tyle, co z niemieckiego magazynka od eMPi, jaki przed chwilą wykopałem z ziemi, kiedy oczyści się go z kilkudziesięcioletniej warstwy rdzy.
Nieziemskie zjawy zaczęły żywo interesować się moim zajęciem. Najpierw grzecznie chórem ku mnie wykrzyknęły – dzień dobry! Ja też ich pozdrowiłem. Zaraz, niemal jednocześnie wykrzyczały zapytanie, czy mogą podejść bliżej, bo chcą sobie popatrzeć. Oczywiście, że pozwoliłem.
Kiedy zbliżyły się, to najpierw wszystko dokładnie zlustrowały swoimi czarnymi oczami, a w chwilę potem zaczęły zasypywać mnie dziesiątkami różnych fachowych i podchwytliwych pytań, w rodzaju: a jak pan wykopie wielki skarb, to jak go pan stąd zabierze? Odpowiedziałem im, że jeśli taki skarb znalazłbym na przykład teraz, to nie będzie problemu. – Wy go tu popilnujecie, a ja pójdę na skraj lasu po samochód – odpowiedziałem im.
Chłopak chytrze spojrzał na siostrę i krótko zachichotał. O czymś przez chwilę myślał, by następnie ochoczo odpowiedzieć – pewnie, że popilnujemy pana skarbu!
Zerkając na niego, już wiedziałem o czym mój młody rozmówca pomyślał. Jak na zawołanie moje domysły potwierdziła jego siostra, która dyskretnie poszturchiwała go i wymownie karciła wzrokiem, co wyraźnie ostudzało jego ideę w kwestii zaopiekowania się moimi skarbami. Było jasne, że ona dobrze znała swojego brata, i szybko odczytała jego zamiary i ukryte marzenia.
– Bardzo mi się podoba to szukanie skarbów. Chyba pan jest bardzo bogaty od tego szukania. – Marzycielskim głosem zagadnął chłopak.
– Ee, gdzie tam…
– To naprawdę nie jest pan bogaty?
– Nie jestem bogaty, a skarby…, no cóż, sami popatrzcie, co to są za skarby… – Tu odchyliłem klapkę starej wojskowej raportówki z zawartością paru garści zardzewiałego złomu. Potem budując dramaturgię, popatrzyłem na dzieci manierą iluzjonisty i wolnym ruchem ręki wywlokłem z torby pół metra rudej od rdzy, pustej taśmy amunicyjnej. Chłopak, z dotąd chciwie przyczajonym wzrokiem, szybko zmienił wyraz twarzy.
– Ee tam, takie skarby… – Skrzywił się.
– Jakie to ładne! – Wykrzyknęła dziewczynka.
Ze zdziwieniem zauważyłem jak zaświeciły jej się brązowo-czarne oczy. Patrzyłem jak urzeczony na tych dwoje diablątek. Pomyślałem: wypisz-wymaluj, jakaś orientalna rasa. Spekulowałem, że może przed laty, może na wakacjach bawił tu jakiś student z Czarnego Lądu…? Ależ, o czym ja myślę! Przecież to by znaczyło, że ich mama zachowała się wtedy frywolnie, może nieprzyzwoicie? Odkryłem, że jestem starym bezwstydnikiem i skarciłem się w duchu. Wstyd mi się zrobiło, że mam taką wybujałą fantazję. No, bo jak to…? Tu, w takiej głuszy, taka rozpusta? Nonsens. Nie mogłem jednak powstrzymać się, aby ich nie zapytać, do kogo są podobni. – Do taty! – Rezolutnie odpowiedziały bez zastanowienia. Odpowiedziały jednocześnie, jak na komendę, co tylko przydało im wiarygodności.
Chłopak był konsekwentnie dociekliwy, z charakterem. O coś ciągle pytał, i nie wiem co chciałby ze mnie jeszcze wyciągnąć, gdyby nie czujna cenzura siostry. Nawet nie musiałem widzieć tych szczegółów, bo w chwili jej aktywnego czuwania nastawała chwila ciszy, przerywana obrzydliwym odgłosem wciąganego, zielonego gila, który ciągle chłopakowi wysuwał się z nosa. – A jak umrze człowiek, to jemu wyjmuje się wszystko z kieszeni? A czy zakopują go ze złotą obrączką na palcu? – Nie dawał za wygraną.
Przeraził mnie. I przeraziłem się samego siebie. Jego pytania uświadomiły mi niemiłą prawdę o tym, co ja teraz robię. W jednej chwili wtuliłem głowę w ramiona i poczułem się jak pospolity złodziej, jak taka cmentarna hiena niczym nie różniąca się od tego gówniarza z zielonym śpikiem pod nosem. Wprawdzie nigdy by mi nie przyszedł do głowy pomysł, aby w najmniejszy choćby sposób zakłócić wieczny spokój takiego miejsca jak cmentarz, to przecież owe pordzewiałe szczątki żołnierskiego ekwipunku, teraz przykryte zielonym dywanem leśnych ziół, też są swego rodzaju częścią cmentarzyska – ważną częścią. Niepozorny strzęp wojskowego oporządzenia, czy przestrzelony hełm, zanim stały się często trudnymi do zidentyfikowania kawałkami złomu, służyły żołnierzowi w walce, pomagały mu walczyć o limit otrzymanego żołnierskiego szczęścia. To był przecież człowiek, to był czyjś syn, albo ojciec. Niezależnie od nacji i miejsca na świecie określenia te wszędzie znaczą to samo.
Upłynęło12 lat
od lekcji jaką otrzymałem dzięki przypadkowemu spotkaniu z dwoma aniołkami, albo jak kto woli z dwoma diablątkami – w końcu jakaż to różnica, kim owe dzieciaki były. Niby takie banalne spotkanie, to jednak trąciło, i to mocno, o sprawy głębokiej moralności, wbiły się refleksją w moje dotychczasowe
postrzeganie pewnych zachowań. Uświadomiłem sobie oto, że pozornie zwykłe grzebanie w ziemi może okazać się dość ryzykownym zajęciem, i może uświadomić, jak bardzo niewyraźną jest granica pomiędzy wygrzebywaniem z pobojowiska kawałków żelastwa, a zakłócaniem przynależnego człowiekowi sacrum. Wstyd mi się zrobiło, kiedy przypomniałem sobie kolegów uprawiających to hobby, którzy nieraz wspominali o znalezionych w ziemi kostnych szczątkach. Czyje one były? Ich to nie interesowało. Nie dociekali. Ich interesowały fanty. Zrozumiałem, że może tym bardziej uświęconym powinno być takie bezimienne miejsce w porównaniu z zadbanym i ogrodzonym cmentarzem, gdzie zwykle o parę kroków od niego jest kościół – początek naszej drogi i jej ostatnia stacja. Przecież ewangeliczne Pulvises et in pulverem transformeris (Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz), właśnie na pobojowisku ma dosadną i pełną wymowę. Nie trudno sobie wyobrazić jak w ulotnym mgnieniu oka, w ułamku sekundy wybuch pocisku na bitewnym polu zamienia żołnierza w czarno-krwistą chmurkę. A kiedy rozwieje ją wiatr – nie ma już nic. …Pulverem transformeris. Dosłownie.
W czasie, który minął od owego spotkania, „pokrewieństwo swoje z ziemią lepiej zrozumiałem”. Słowa te zapożyczyłem z jednego z opowiadań Adama Bienia, członka kierownictwa Polskiego Państwa Podziemnego, ofiary NKWD w słynnym procesie „szesnastu”, a prywatnie świętokrzyskiego górala i przyjaciela, od dzieciństwa, mojego dziadka ze strony mamy. I pod nimi się podpisuję również.
Do Loczka pretensji nie miałem za podsunięty mi archeologiczny pomysł, bo cóż on, taki żółtodziób o zakamarkach życia i sumienia mógł wiedzieć. W rezultacie refleksji z ulgą zmieniłem swoje dotychczasowe zainteresowania na poszukiwania, ale tym razem nieziemskiej materii, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo właśnie czymś takim są meteoryty. Zajęcie pozwalało na dalsze użytkowanie ulubionego sprzętu, jakim był detektor metali i pozwalało na włóczenie się po zagubionych zakątkach Mazur. Poszukiwania meteorytów okazały się być zajęciem nad wyraz ambitnym, zmuszającym do ciągłego uczenia się geologii, kosmochemii, i wielu jeszcze innych, bardzo mądrych rzeczy. Zresztą była to swego rodzaju kontynuacja, gdyż od „zawsze” interesowałem się kosmosem, widząc w nim bramę do egzystencjalnych fundamentalnych pytań i odpowiedzi. A za niezwykłe swoje osiągnięcie uważam fakt, że jako 6-latek, w roku 1957 samodzielnie wypatrzyłem na nocnym niebie pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Ponadto meteorytyka (tak nazywana jest ta dziedzina nauki) wydała mi się lepiej wpasowana do mojego wieku, a z czysto praktycznych powodów hobby to jawiło się bardziej pasującym do nieuchronnej przyszłości. Mówiąc wprost – oswajało z niebem. Same więc korzyści! Wreszcie za sprawą nowych zainteresowań pewnego dnia dokończona została lekcja mojego filozoficznego stosunku do życia. A stało się to w pewną wakacyjną niedzielę, kilkanaście lat temu.
O pięknej Kłobuczce z …Paryża
Otóż pewnego dnia wybrałem się do kolegi, którego wcześniej wielokrotnie odwiedzałem z wykrywaczem metalu. Tym razem celem mojej wizyty było obejrzenie stosu kamieni, które po moim przeszkoleniu zebrał, jako potencjalne meteoryty.
Pojechałem do niego autobusem, bo w okresie letniej kanikuły bezpiecznie na ciasnych mazurskich dróżkach nie jest, jako że zjeżdża tu cała Warszawa i ćwierć Polski. Jadąc pekaesem, przejechałem jeden przystanek dalej i po to tylko, żeby wrócić równo 1 kilometr „pod prąd”, a potem dopiero skręcić w boczną dróżkę, gdzie kilka kilometrów dalej mieszkał mój przyjaciel. Ten manewr był niezwykle pożądany, aby dotlenić i podreperować moje pozawałowe serce. Pogoda była piękna, taką można sobie tu wymarzyć najczęściej tylko w lipcu. Wlokąc się rozkosznie, co raz umykałem na pobocze przed mijającymi mnie różnej maści samochodami, głównie terenówkami, które swoją technicznością, nieskazitelnymi kolorami wywoskowanych lakierów i oślepiającym blaskiem wypucowanych chromów mocno gwałciły mazurską żywą naturę. Patrząc na te jeżdżące choinki, śmiać mi się zawsze chciało bo te terenówki bynajmniej nie służyły do jazdy po bezdrożach. Wiele razy przecież widziałem, jak dumny posiadacz takiego cuda, kiedy tylko przyszło mu zboczyć z asfaltówki w polną drogę, to zostawiał samochód na poboczu i szedł piechotą nawet kilka kilometrów, aby tylko broń Boże nie zakurzyć swojego… prestiżu.
W pewnym momencie zaintrygowany odgłosem jaki wydaje szybko zbliżający się samochód, odwróciłem głowę i bez trudu rozpoznałem pędzącą granatową, imponujących rozmiarów terenówkę marki Padżero. I chociaż od wielu dni nie spadła tu ani kropla deszczu, to cały pojazd pokryty był zaschniętą warstwą kurzu i błota. Terenówka gwiżdżąc turbiną, minęła mnie tak szybko, że ledwie zdążyłem zauważyć, że była na francuskich numerach rejestracyjnych. Pomyślałem, że oto pomknął prawdziwy pełnokrwisty Francuz, a nie Niemiec, bo ten ostatni, to by nawet nie wsiadł do czegoś tak umorusanego. Po prostu miałem wyrobione oko na takie drobiazgi, bo z zasady niemieckie samochody niezależnie od pogody, ich wieku i wieku ich właścicieli, zawsze nienagannie wyglądały.
Kiedy Padżero odskoczył już dobrych kilkadziesiąt metrów ode mnie, usłyszałem przeraźliwy, przerywany pisk jego hamulców. I gdyby nie ABS, samochód z pewnością zostawiłby na szosie imponujące, wyślizgane oponami czarne pasy. Odruchowo wytężyłem wzrok. Ze sporej już odległości ode mnie, na wstecznym biegu zaczęło to granatowe monstrum cofać w moją stronę. Pomyślałem: na pewno jakiś Francuzik pobłądził i chce zapytać o drogę. Przypuszczenie moje było o tyle uzasadnione, że wszystko to odbywało się na mało uczęszczanej bocznej drodze, więc natychmiast przyjąłem postawę lingwistyczno-obronną. Kiedyś to nawet nieźle językiem żabojadów posługiwałem się, ale że okazji do kultywowania umiejętności w okresie mojej szeroko pojętej aktywności zbyt wielu nie było, więc solidna praca włożona w naukę tego pięknego języka, zmarnowała się. Żałosne szczątki mojej francuszczyzny pozwalały jednak – przy pewnym wsparciu narzędziami Melpomeny – jakoś chłopinie wytłumaczyć, jak wyjść z tarapatów. Nie zważając na manewry samochodu, człapałem obojętnie w swoją stronę. A co, niech sobie Francuzik nie myśli, że swoją osobą, i swoim „weiklem” wywoła tu u mnie jakąś narkotyczną ciekawość.
Tymczasem samochód delikatnie cofając, precyzyjnie zatrzymał się na mojej wysokości. Niczym na ekranie radaru, w wycinkach szyb wyczyszczonych przez wycieraczki ujrzałem delikatną twarz ciemnolicej dziewczyny. Ona jechała sama, prowadząc taki wielki samochód!
Ledwie zatrzymała wóz, natychmiast wyskoczyła, i w paru susach podbiegła do mnie.
– Bonjour monsieur! – Zgodnie z moim przewidywaniem, pozdrowiła mnie językiem żabojadów, wyczekująco przy tym wlepiając we mnie swoje ciemno-brązowe oczy. Zauważyłem, że pomyliłem się jedynie co do płci, ale jako koneser owego Pana Boga wynalazku, nawet ucieszyłem się, że nie będę musiał gimnastykować się przed jakimś tam, starym zasuszonym żigolo.
– Oh! Bonjour madame! – Udałem zaskoczonego.
Dziewczyna stała przede mną i przekrzywiała zgrabną główkę na lewo, i na prawo. Przyglądała mi się tak, jak mój ciapek – świeć Panie nad jego duszą – zwykł oglądać nowo poznanego w domu gościa. I gdyby nie jej szelmowski uśmiech na ładnej buzi, obraziłbym się za to oglądanie mnie, jak jakiegoś borsuka w zoo. Oprócz pozdrowienia, nic nie mówiła, tylko dalej tak mnie oglądała. A ja ją.
– Ça va bien, mademoiselle? – zapytałem, czy wszystko w porządku, aby jakoś zaatakować. Byłem teraz dumny z siebie, i zupełnie nie podejrzewałem brązowookiej „szofeer” o niecny podstęp, który wkrótce obnażyła. Oto najwyraźniej nie wytrzymując już dłużej sztucznej powagi, dziewczyna głośno zaniosła się śmiechem, mówiąc, a właściwie radośnie wykrzykując: i co…?! Nie poznaje mnie pan?! Ja pana poznałam od razu! Ta kamizelka…!
Cóż za prawdziwy majstersztyk Stwórcy – mentalnie westchnąłem i jako koneser takich konkretnych, jak ona, Pana Boga dokonań, natychmiast zauważyłem oczywiste walory tego dzieła. Tak sobie w duchu filozofowałem, że Pan Bóg chyba zesłał mi ją z nieba, znając moje w tej materii upodobania, i tudzież niemrawość w ich materializowaniu. Czyżby Stwórca dawał mi-teoretykowi taką seniorską nagrodę, myśląc zapewne w tym momencie: a co tam, niech sobie chłopina… popatrzy! No tak, lepiej późno niż wcale. Jednak w tym momencie coś mi błysnęło w głowie, zardzewiałe synapsy zaczynały przewodzić, i już oto zatrybiłem. Już wiedziałem kim jest to ciemnolice dziewczątko z kręconymi jak sprężynki włosami upiętymi w kucyk. Nagle stanął mi w oczach obraz dwunasto-trzynastoletniej dziewczynki z poobijanymi kolanami, i z buzią umorusaną czarnymi jagodami. Teraz te, wtedy poobijane nogi, zakrywały niebieskie obcisłe dżinsy, ale za to zmysłowo rozbudzały wyobraźnię. Tu informacja dla żony: całe to opowiadanie, to tylko literacka fikcja, jedna wielka ściema i moja fantazja. Powiedzmy.
– Mon Dieu, qu’elle est belle! – mentalnie wyraziłem zachwyt jej pięknością. Tu odruchowo zadziałał kontekst, więc i francuski mi się przypomniał nawet w myśleniu.
– Od razu panią poznałem! – Ma się rozumieć, że skłamałem, gdyż zapamiętany wtedy rysunek młodziutkiej buzi dopiero po paru minutach nałożył mi się na tę, którą miałem przed sobą.
– Co pani tu robi? – Rozpocząłem przepytywankę.
– Jadę do rodziców. Prawie prosto z wykopalisk w Aleksandrii do nich jadę.
– Czy nie przesłyszałem się? A może pani sobie ze mnie żartuje? – Tu wylazły moje kompleksy i nadwrażliwość związana z pewnym trudnym dla mężczyzny okresem.
– Skądże znowu! Już się wobec tego chwalę: studiuję archeologię na Sorbonie. Zaczęłam na Uniwersytecie Warszawskim, ale przeniosłam się, i teraz żyję sobie i studiuję w Paryżu. C’est mieux comme ça…, a mówiąc po polsku: tak jest dla mnie lepiej. Chociaż tak naprawdę to nie wiem, bo jestem pokrzywiona jakaś: trochę Polka, trochę Arabka, Francuzka, sama nie wiem… A moi rodzice to mieszkają za tym wzniesieniem. Tam, na skraju lasu, w którym pan wtedy kopał!
Trochę zawstydziłem się z powodu tych moich wtedy „wykopalisk”, które ona przed chwilą przywołała. A już zupełnie zgnębiło mnie, kiedy usłyszałem o Sorbonie, i o prawdziwej ekspedycji w Aleksandrii. Na dodatek wszystkiego tego słuchałem z ust młodej dziewczyny, która takimi potworami potrafi przemierzać świat łatwiej niż ja swój powiat.
– Aa tam…, tak tylko dla rozrywki się chodziło na to grzebanie w ziemi.
– Ładna mi rozrywka, no i takie trofea…
– Tym razem, to pani jednak żartuje. Nie wypada kpić ze…, z dojrzałego człowieka.
– Nie żartuję. A, wie pan…, ja nie lubię gówniarzy, szczególnie tych francuzików z ciemną karnacją. Im, to tylko jedno w głowie…
Speszyło mnie to co usłyszałem, i zupełnie nie wiedziałem dlaczego to wtrąciła, więc nie skomentowałem usłyszanego oświadczenia.
Tym razem, to ciemnolice dziewczątko popatrzyło na mnie z wyrzutem, że chyba niezbyt poważnie zacząłem ją traktować.
– Tak sobie tu rozmawiamy, a ja się panu nie przedstawiłam. Przecież de facto znamy się już od dwunastu lat. Tak, tak, to było 12 lat temu!
Wyciągnęła do mnie rękę, a ja natychmiast chciałem przysunąć ją do ust, lecz ona wyszarpnęła dłoń zdecydowanym ruchem.
– No, co pan…, ja nazywam się Halima Aimé, i niech pan mi mówi Halima. Moje imię i nazwisko są algierskie. I musi pan wiedzieć, że imiona arabskie nader trafnie charakteryzują jego właściciela, bo jakby pełnić miały rodzaj drogowskazu na całe życie.
– A pani imię co oznacza? – zapytałem. Odpowiedziała mi dopiero po chwilowym zawahaniu, że Halima, to po arabsku znaczy cierpliwa, albo łagodna – jak kto woli.
– Wie pan, mój ojciec jest Algierczykiem a mama Polką. Poznali się, kiedy Francuzi budowali w Olsztynie Novotel. Przy budowie pracowali głównie Algierczycy. Przychodził Ali na dyskoteki do „Rakora”…, pamiętam, że to był taki kultowy klub studencki na Kortowie, gdzie studiowała mama, no i dalej to już wszystko odbyło się banalnie, jak w każdym taniutkim filmie. Banał nie ominął też i ich życia. Mama po studiach wróciła z Alim na swoją ojcowiznę, rozbudowała rodzinne ogrodnictwo, i tak sobie spokojnie tam za lasem żyją. Ali… – tak ciągle mówiła po imieniu o swoim ojcu – zabierał mnie kilka razy do Algierii i do Paryża. On ma tam ogromną rodzinę, dlatego nie trudno zauważyć, że dość łatwo mogłam znaleźć się na Sorbonie, oraz dzięki czemu, a raczej dzięki komu noszę takie egzotyczne tu imię i nazwisko. Bo z wyglądu, to jestem chyba typową Słowianką. – Szelmowsko się roześmiała.
– No, i już wiem dlaczego „wyglądam”, jak księżniczka z bajki tysiąca i jednej nocy. – Przerwałem jej, i dopowiedziałem głośno swój mentalnie wiedziony wątek, który kończył się bezgłośnym zachwytem: les yeux, les yeux…, la douce aux yeux si tendres. – Byłem bardzo zadowolony ze swojego komplementu dotyczącego jej pięknych słodkich oczu. Zadziwił mnie też fenomen odruchowego i wyjątkowo łatwego myślenia w języku francuskim. Halima też była bardzo zadowolona z mojego komplementu. Roześmiała się długo i serdecznie, i to tak, że mógłbym bez kłopotu policzyć wszystkie jej perłowe zęby.
Była dziewczęciem błyskotliwym. Zauważyła, że ja nie interesuję się np. jej samochodem, tylko nią. I miała rację. Muszę tu przy okazji powiedzieć, że w moim życiu tak zwana fortuna toczyła się z prawidłowością przebiegu sinusoidy, więc bywały i takie jej piki, w których mogłem sobie pozwolić na niezłą furę, ale nigdy nie czułem potrzeby jeżdżenia niczym innym ponad popularne marki, za takież względnie „popularne” pieniądze. Mówi się, że samochody są symbolem męskości, a zamiłowanie do nich jest atrybutem twardego macho. Ci, którzy już mają takie bryki do szpanowania, często dopełniają swoją męskość „rozmiłowaniem” w koniach i grą w golfa. Mnie nigdy nie interesował żaden z owych „męskich” sportów. Byłem więc zwyrodniałym wyjątkiem, bo zawsze uważałem, że mężczyźnie może dodać splendoru, a nawet uskrzydlić go, tylko kobieta. Najgenialniejsze dzieła tworzone przez wieki, w taki czy inny sposób miały ścisły związek z kobietą: od matki począwszy, a na żonie, kochance, czy nawet całej kolekcji kochanek skończywszy. Bardziej więc cenię sobie nawet epizodyczne spotkania, jak choćby spotkanie Halimy, niż tracenie czasu na monotonnym kiwaniu się na grzbiecie chabety i babraniu się w końskim nawozie. Podkreślę jeszcze raz, że jestem pokoleniem Polaka wychowanym na zdrowych zasadach, i w otoczeniu zdrowo myślących ludzi, ceniących wartości zupełnie inne, abstrakcyjne dla pokolenia urodzonego po roku 1989. Po ponad 20 latach życia w tzw. wolnej Polsce mogę to stwierdzić z czystym sumieniem i z głębokim przekonaniem.
No tak, miało już nie być o polityce, a jednak nie da się po prostu usytuować swoich emocji bez takich retrospektyw. Wracając do rozmowy z Halimą, w pewnym momencie powiedziałem dokąd zmierzam, wymieniając przy okazji nazwisko kolegi.
– Znam, znam tego pana. Mówią tu na niego „przyrodnik”! Chętnie podwiozę. – Ucieszyła się.
– Przecież nie zabłądzę, jeśli trochę zboczę, to nie Sahara. A zresztą to jest prawie po drodze do mnie, tylko z innej strony. Zapraszam do auta!
Z przyjemnością wsiadłem do tej ogromnej fury, w której panował kojący chłodek przyprawiony dyskretnym zapachem orientalnych perfum. Ruszyła ostro. Nie słychać było pracy silnika tylko kosmiczny, przytłumiony gwizd turbosprężarki. Poczułem się jak na pokładzie jakiegoś międzygalaktycznego statku mistrza Lema. Chwilami, jakby zapominając się, ostro przyciskała pedał gazu, a ja ze strachu odruchowo mocniej wczepiałem się w specjalną trzymankę umocowaną nad moim bocznym oknem.
– Niech pan się nie boi, praktykowałam na Saharze. A jak już coś… nie daj boże, to poduszek powietrznych mamy tu w brud.
– Co one pomogą – głośno powątpiewałem.
– Trochę pomogą, chociaż najważniejszy to dahr . Mój ojciec często wymienia to sowo, a po arabsku oznacza niemal to samo, co po polsku los, fatum, nieuchronność.
– Dahr, dahr… – z nawyku przyswajania obcych słówek, kilka razy powtórzyłem w myślach, starając się je zapamiętać. Wkrótce z narastającej ciekawości, spróbowałem podjąć nowy wątek:
– A jak ma się pani brat? Czy on też nosi arabskie imię?
– Brat…? Brat w życiu nie zginie, ma się dobrze. Mieszka w miasteczku, dla odmiany to z tamtej strony Olsztyna. I żyje sobie jak panisko. Aha, pytał pan o jego imię: on dla poszanowania domowej demokracji ma dwa imiona. Na pierwsze mu Adam, to jest chyba imię uniwersalne, pasuje niemal dla wszystkich nacji. Ali…, mój ojciec jest praktycznym człowiekiem, i nazwał go tak, że w razie czego wszędzie będzie dobrze się z nim czuł. Muszę jednak panu powiedzieć, że tylko mama mówi do brata Adam, Adaś…, bo dla ojca, to on zawsze był Mantusem – tak właśnie ma na drugie imię. W szkole spolszczyli mu to imię na Maniuś, i tak już pozostało, więc wśród znajomych tak funkcjonuje. Skomplikowane, n’est-ce pas? Nieprawdaż?
Halima tą wielką bestią sprawnie omijała pokaźne kamienie wystające z głębokich kolein dawno nie wyrównywanej polej drogi, którą teraz jechaliśmy. Tak sprawnie to robiła, że terenówka zachowywała się niczym zwinna jaszczurka.
– Mój brat… – wróciła do mojego pytania, i jakby z nutką zażenowania, powiedziała: on już się ożenił, urządził się…, i muszę panu powiedzieć, że ma pracę o jakiej marzył od dziecka.
Tu dziewczyna oczekująco wlepiła we mnie swoje ciemnobrązowe oczy. Czekała, tajemniczo uśmiechając się. Teraz było widać, że jednak bliższa ona była figlarnemu diabełkowi, może nawet psotnemu mazurskiemu Kłobukowi, niż ułożonemu aniołkowi z duszą saharyjskich nomadów. Wyraźnie chciała się nade mną popastwić, wprawiając mnie w stan oczekującego zakłopotania.
– No, a czymżesz on się zajmuje? – zapytałem, spełniając jej nieme życzenie, i natychmiast prowokacyjnie dodałem: o czym to chłopak może marzyć od dziecka, jak nie o zawodzie strażaka. Zgadłem?
Szybko uciekały minuty wspólnej jazdy, i to pomimo, że od zjechania z asfaltowej drogi Halima często po chwilowym przyśpieszeniu mocno zwalniała, nawet wtedy, kiedy w tym miejscu polna dróżka zachęcała do szybszej jazdy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że w ten sposób chciała wydłużyć czas na pogaduszki.
Niepostrzeżenie wjechaliśmy do wsi, do której zmierzałem, o czym powiadomił zgiełk ujadających psów, i widok pryskających na boki rozwścieczonych kur. Takie mi natychmiast przyszło do głowy pytanie: co one robią na tej wiejskiej uliczce? Można zrozumieć jakie przysmaki przez całe stulecia tu je zwabiały, no, ale teraz…, w erze stalowych rumaków?
– Uśmieje się pan… – Halima wróciła do pytania o brata.
– A z czego to miałbym się uśmiać?
– Wie pan, on jest grabarzem. Adaś ma swoją firmę pogrzebową. Taki zawód wywróżyło mu jego drugie imię Mantus, a pochodzi ono, à vrai dire…, no prawdę mówiąc – od nazwy etruskiego boga piekieł. A ja, to jestem młodą panną. Ha, ha, ha…! Jestem jeszcze panienką. Pokrzywioną Słowianką na wydaniu. Ha, ha…!
Byliśmy już na miejscu. Ona zakończyła jazdę nagłym, ostrym hamowaniem. I to właściwie przeze mnie wykonała ten manewr tak nagle, bo jakoś nie mogąc zapanować nad sobą, odruchowo klepnąłem w te jej niebieskie dżinsy na udzie, sygnalizując, że to już tutaj powinna się zatrzymać. A Halima, jak automat, w tym samym ułamku sekundy nacisnęła pedał hamulca.
Zerknęła na licznik.
– Stąd do Paryża jest tylko 1777 km, przejechałam to niemal jednym skokiem! Odwiedzi mnie pan tam? Naprawdę zapraszam. I coś teraz zdradzę. Grzebiąc w tych saharyjskich piaskach często o panu myślałam. Uśmiechałam się do siebie, bo przypominał mi się ten zabawny srebrny loczek spływający wtedy na pana czoło… Zapraszam do siebie na Montmartre!
[koniec]
© Copyright by Roman Rzepka 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Zostaw komentarz