W życiu dziecka wszystko jest „naj”. Magiczne, niesamowite, niepowtarzalne. Także pasterki, na które jako gzub, chodziłem w Wyrzysku do kościoła pw. świętego Marcina.

Chodziłem z całą rodziną, siostrą, tatą, mamą i babcią. W śnieżne i mroźne zimy droga do kościoła stojącego przy rynku była wyprawą do krainy królowej śniegu. Wszystko się skrzyło w świetle nielicznych latarni, a lód na stawie zachęcał do jazdy na łyżwach. Drzewa obsypane śnieżnym puchem wyglądały jak duszki z bajek. Ludzie okutani w grube futra, kurtki lub płaszcze przypominali trolli ze skandynawskich legend.

Dzieci, tradycyjnie, siadały z przodu kościoła, w ławeczkach przed prezbiterium. Chłopcy po lewej stronie, dziewczynki po prawej. Żadnej koedukacji. Byliśmy tak podekscytowani wigilią i prezentami, że mało zważaliśmy na to co się dzieje przy ołtarzu. Szeptem opowiadaliśmy sobie co kto dostał pod choinkę. Kiedy byliśmy za głośno do porządku przywoływała nas siostra zakonna siedząca tuż za czeredą rozdokazywanych chłopaków.

Ożywaliśmy kiedy organista zaczynał jakąś znaną kolędę.
Zwłaszcza te popularne jak np. „Wśród nocnej ciszy” czy „Lulajże Jezuniu”. Wydzieraliśmy się w niebogłosy przekręcając często słowa. Pamiętam, że śpiewaliśmy –
” Hulajże Jezuniu”,
„Jezu golusieńki”,
„Śrut nocnej ciszy”
czy ” Maryja Panna Dzieciątko pastuje”.

Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że przekręcamy słowa bo powtarzaliśmy to, co jak nam się wydawało, śpiewał organista. A że z chóru gdzie znajdowały się organy jego głos do nas docierał zniekształcony, to i nasza wersja odbiegała od oryginalnej. Zresztą, już wtedy zauważyłem, że organista miał problemy z dykcją więc, poniekąd, to on był „winowajcą”.

Z perspektywy czasu te nasze „aranżacje” kolęd wywołują zawsze, kiedy wspominam dzieciństwo, duże rozbawianie.

Ale najważniejsza jest magia tamtych pasterek, którą do dziś noszę w sercu i pamięci.

Foto. Joanna Styrczula