Postanowiłem polecieć na bezludną wyspę. Do dyspozycji był tylko drewniany helikopter. Wsiadłem, zapiąłem pasy, trzymając przy piersi gaśnicę. Było dwóch pilotów, w tym jeden ewidentnie nietrzeźwy. Ale helikopterem łatwo się steruje – pomyślałem i zmrużyłem oczy.

Po godzinie wybudziłem się i moim oczom okazała się niewielka wyspa. Tam też wylądował drewniany helikopter. Rozejrzałem się wokół i stwierdziłem, że jestem sam w tym miejscu. W tym czasie helikopter odleciał.

Przez kilka dni błąkałem się po wyspie upewniając się, że naprawdę jestem sam. Sam ze sobą, bez innych ludzi, jaszczurek i waranów nie wliczam. Zbudowałem sobie szałas nad brzegiem morza. Z uschniętych liści palm i odchodów roślinożernych zwierząt.

Na początku nie nudziłem się. Kilkakrotnie obszedłem wyspę aby upewnić się, że jestem sam. I że nie ma na niej żadnych kobiet, które odciągały moją uwagę od spraw filozoficznych.

Bo filozofia i kobiety to są sprawy sprzeczne.

Po drodze do szałasu spotkałem potężnego warana. Rozmawiałem z nim. Powiedział, że żyje tu od 120 lat i szczęśliwie na wyspie nie wylądowała żadna kobieta. Powiedział i przygryzł wargę. Tylko w 1944 spadło z nieba na spadochronach dwóch lotników amerykańskich. Ale armia ich odebrała po pięciu dniach. W ty, czasie siedzieli na brzegu morza i palili papierosy.

Odżywiałem się mlekiem kokosowym i rybami, które łowiłem w podziurawione majtki. Wszędzie chodziłem na golasa, bo skoro byłem sam na wyspie…

Wtem usłyszałem stukot drewnianego helikoptera. I pytanie – zabrać pana z powrotem?

– Zabrać – odpowiedziałem i wróciłem do tego, co już było. Nie ma co ryzykować życia na bezludnej wyspie.