Są takie sprawy, za które na pewno zostaniesz zaatakowany. Dlatego należy się wcześniej zastanowić, czy chcesz to robić. Jeśli nie jesteś w stanie stawić czoła zmasowanej krytyce – nie rób tego. Bo najgorsze, co można zrobić, to zacząć, a następnie wycofać się pod presją.
Oczywiście zdarzają się też sytuacje, gdy nie sposób przewidzieć medialnej napaści. To zupełnie inna historia. Ja jednak mówię o przypadkach, w których opór jest łatwy do przewidzenia. Na przykład, gdy człowiek o prawicowych poglądach obejmuje eksponowane stanowisko i próbuje działać zgodnie ze swoimi przekonaniami. Wtedy należy się spodziewać zmasowanej agresji, która nie powinna nikogo zaskakiwać.
To nie jest nawet zwykła krytyka, ale furia. W tę napaść angażują się nie tylko media, ale również środowiska akademickie i artystyczne. W tym wypadku nie należy ich jednak traktować jak niezależnych ekspertów, ale jako część machiny opiniotwórczej, hojnie sponsorowanej przez system, aby pełniła rolę obrońców systemu.
Dlatego ludzie o poglądach prawicowych powinni się poważnie zastanowić, czy chcą się z tym zmagać. Jeśli nie – najlepiej odpuścić. Natomiast nigdy nie potrafiłem zrozumieć tych, którzy zaczynali, a później się wycofywali. To jest przecież znak rozpoznawczy nieudolnych rządów prawicy. Czyżby oni naprawdę wierzyli, że im się uda uniknąć konfliktu z mediami, a później byli zaskoczeni, że się nie udało?
Przecież tu wcale nie chodzi o to, kto ma rację. Istotne jest to, że konserwatywne poglądy są dla dominujących środowisk opiniotwórczych piętnem, które należy wypalić. Dlatego polityk z tego nurtu po wygranych wyborach może najwyżej siedzieć na stanowisku i nic nie robić. Cokolwiek zrobi – będzie awantura. Bo nie chodzi o to, co zrobi, ale o to, że jemu nie wolno.
W tej sytuacji przedstawiciel prawicy ma dwa wyjścia – rezygnacja z funkcji albo ze swoich przekonań. Większość wybiera to drugie rozwiązanie. Trudno się dziwić – każdy ma przecież rodzinę i kredyty. Dlatego prawicowe rządy wyglądają zazwyczaj tak samo. Na początku kilka potężnych awantur wywołanych nieudaną próbą działań. Potem trwanie w bezruchu pod hasłem, że ważniejsze jest utrzymanie się przy władzy niż realizacja konserwatywnego programu.
Ale teraz wydaje mi się – mówię to z dużą ostrożnością – że prezydent Nawrocki znalazł receptę na medialną furię. Po prostu nie ustępuje, lecz atakuje. I media się pogubiły. Jakby nie radziły sobie ze szkalowaniem nowego prezydenta, jeśli on nie ucieka przed ich atakami. Być może bezradność prawicy wobec medialnej nagonki była wpisana w strategię głównego nurtu, który naciskał tym mocniej, im bardziej konserwatywni politycy przed nim ustępowali. Natomiast nie wiedzą, co zrobić, gdy prezydent Nawrocki nie ustępuje i nie wycofuje się
Bez wątpienia na korzyść naszego prezydenta przemawia poparcie ze strony amerykańskiego prezydenta. Ale nawet bez tego widać, że Nawrocki po prostu odrobił lekcję z nagonki medialnej na Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę.
Oczywiście to jeszcze nie koniec. Środowiska opiniotwórcze poniosły wprawdzie wstępną porażkę, ale zapewne teraz się przegrupowują i szukają nowej strategii wobec niestandardowego postępowania prezydenta. Myślę, że postawią na konformizm prawicowych działaczy. Zwłaszcza przed wyborami parlamentarnymi łatwo będzie ich napuścić na Nawrockiego, że swoją nieustępliwą postawą wobec mediów psuje wizerunek „pragmatycznej” prawicy. I znów zostanie wyciągnięte z lamusa najbardziej destrukcyjne dla tego obozu hasło: zapewne chce dobrze, ale nie tymi metodami.
I jak sobie z tym poradzi? Wiemy już, że Nawrocki wraz ze swoim sztabem przepracował skutecznie kwestię agresji medialnej wobec konserwatywnych prezydentów. Pytanie, czy okaże się równie odporny i skuteczny wobec ataku i krytyki pochodzącej z jego własnego środowiska?
Zostaw komentarz