Są politycy, którzy przekonują argumentami. Są tacy, którzy przekonują programem. A są też tacy, którzy najwyraźniej uznali, że najskuteczniejszą metodą walki politycznej jest sprawdzanie, kto częściej bywa widziany z książką pod pachą.
Włodzimierz Czarzasty postanowił najwyraźniej wystąpić w roli strażnika narodowej bibliografii. Nie interesuje go, co przeciwnik mówi, jakie ma poglądy, jakie podejmuje decyzje ani jakie przedstawia propozycje. Kluczowe pytanie brzmi: czy został przyłapany na czytaniu. Najlepiej przy świadkach. Być może z zakładką. A jeszcze lepiej z notatnikiem.
To niezwykła koncepcja polityki. W kraju, gdzie obywatele martwią się o ceny mieszkań, bezpieczeństwo, podatki i stan służby zdrowia, pojawia się polityk, który proponuje nową metodę oceny kandydatów: monitoring biblioteczny.
Według tej logiki Winston Churchill przepadłby, gdyby ktoś nie zrobił mu zdjęcia w czytelni. A Kopernik musiałby przedstawić listę obecności z biblioteki uniwersyteckiej.
Najbardziej uderza jednak ton wyższości. Ta charakterystyczna maniera politycznych salonów, w których nie dyskutuje się z poglądami przeciwnika, lecz daje do zrozumienia, że nie należy on do właściwego towarzystwa. Nie ma odpowiednich znajomości, odpowiedniego środowiska ani odpowiednich certyfikatów wystawionych przez samozwańczy komitet elegancji intelektualnej.
Szczególnie osobliwie brzmi to wszystko w kontekście wykształcenia obu polityków. Włodzimierz Czarzasty jest magistrem, natomiast Karol Nawrocki ukończył studia historyczne, uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych i przez lata zajmował się działalnością naukową oraz publikacyjną. Trudno nie dostrzec tu pewnego paradoksu. Człowiek z tytułem magistra publicznie zastanawia się, czy doktor czyta książki i czy w ogóle coś pisze. To trochę tak, jakby instruktor nauki jazdy pytał rajdowca, czy na pewno potrafi wrzucić drugi bieg.
Oczywiście same tytuły naukowe nie przesądzają o wartości człowieka ani polityka. Demokracja nie jest konkursem na najdłuższą listę dyplomów. Tym bardziej więc dziwi, że ktoś, kto sam nie posiada porównywalnego dorobku akademickiego, próbuje podważać intelektualne kompetencje człowieka, który przeszedł pełną drogę naukową, obronił doktorat i opublikował liczne prace historyczne.
Historia polityki pokazuje jednak coś jeszcze. Wyborcy regularnie karzą tych, którzy patrzą na nich z góry. Kiedy polityk zaczyna bardziej przypominać egzaminatora niż reprezentanta obywateli, prędzej czy później słyszy od społeczeństwa krótkie i stanowcze: „dziękujemy”.
W satyrycznej wizji przyszłości można sobie wyobrazić konferencję prasową, na której zamiast programu gospodarczego prezentowane będą statystyki przeczytanych stron. Ministerstwo Finansów poda poziom deficytu, a polityczny arbiter kultury zapyta: „Dobrze, dobrze, ale ile rozdziałów przeczytał autor raportu?”. Kandydaci do urzędów będą zaś zobowiązani do prowadzenia dzienniczków lektur, aby towarzysz Czarzasty mógł zweryfikować ich przydatność do życia publicznego.
Problem polega na tym, że demokracja nie jest konkursem czytelniczym. Mandatu nie zdobywa się liczbą odwiedzonych bibliotek ani długością półki z klasykami. Zdobywa się go przekonywaniem ludzi, skutecznością działania i zdolnością reprezentowania interesów obywateli.
Jeżeli więc ktoś zamiast spierać się o idee zaczyna wyliczać, kogo nie widział z książką, to być może nie świadczy to źle o adresacie tych uwag. Być może świadczy przede wszystkim o poziomie argumentów, które pozostały w arsenale autora.
A wyborcy zwykle potrafią odróżnić polityka od recenzenta cudzych regałów. I właśnie dlatego polityczne wywyższanie się bywa najkrótszą drogą do bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek próbujący pouczać innych o intelekcie i wykształceniu sam pada ofiarą własnej pychy. Bo w polityce arogancja niemal zawsze przegrywa z faktami. A fakty są takie, że doktorowi historii zarzucono brak kontaktu z książkami przez człowieka, który najwyraźniej uznał własne wyobrażenia za lepsze źródło wiedzy niż rzeczywistość. Trudno o bardziej wymowną pointę.
Zostaw komentarz