Polemika z profesorem z mojej uczelni w sprawie oceny banderyzmu i polityki historycznej Ukrainy. Podkreśla, że krytyka honorowania UPA przez Wołodymyra Zełeńskiego nie jest domeną wyłącznie skrajnej prawicy oraz wskazuje na znaczenie konsekwentnej polityki pamięci.

Panie Profesorze Sroka,

Pewnie niezbyt precyzyjnie wyraziłem się w dwóch kwestiach, ale zarówno kontekst Pańskiego wywiadu (słuchaj), jak i przywołanych przeze mnie treści czynił moje intencje dość czytelnymi. Niemniej dopełniam obowiązku doprecyzowania.

Pan Profesor był łaskaw zasugerować, że Leszek Miller i Izrael wyznaczają mi jakieś wzorce godne naśladowania. Przenigdy. Millera przywołałem dlatego, że jednoznacznie wypowiada się o zbrodni ludobójstwa dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach, a przecież nie jest przedstawicielem „jednej strony” — rozumianej jako skrajna prawica, której miałoby to być domeną. Był, jest i zapewne będzie komunistą, współodpowiedzialnym za zło, jakie komunizm wyrządził Polsce i Polakom. Jednak w kwestii decyzji o uhonorowaniu UPA przez Wołodymyra Zełeńskiego wypowiedział się jednoznacznie negatywnie. Nie jest więc oczywistością, że tylko skrajna prawica krytykuje Zełeńskiego za honorowanie banderyzmu.

Swoją drogą zastanawiam się, z czego wynika ten antyzełeńskizm Millera, zwłaszcza w świetle filozełeńskiego stanowiska Włodzimierza Czarzastego czy Aleksandra Kwaśniewskiego.

Druga kwestia dotyczy Izraela i jego stosunku do banderyzmu, również wyrażonego w krytyce decyzji Zełeńskiego. Stanowi to przykład jednoznacznej i konsekwentnej polityki historycznej tego państwa. W skrócie: najważniejsze jest własne państwo i własna pamięć historyczna. Choć nie pochwalam wielu metod egzekwowania tej racji, to jednak taka konsekwencja przydałaby się Polsce i Polakom.

Oczywiście — dla pełnego doprecyzowania mojego stanowiska — potępiam ludobójstwo dokonywane przez Izrael w Gazie. I całe szczęście, że ani Polski, ani Polaków nie stać na taką bezwzględność. Jednak od Izraela można uczyć się innych rzeczy, choćby promowania własnej polityki historycznej poprzez film. Nie tak jak jedna z tzw. pań profesorek z UW, która krytykowała postulat upowszechniania filmu „Wołyń” poza granicami Polski.

Na koniec dodam, że polemika z Panem Profesorem jest bardzo trudna i wymagająca intelektualnie, ale właśnie dlatego pozostaje dla mnie ważna. Za to ostatnie zdanie — choć zapewne niewielu powie to publicznie — wiele osób będzie mnie krytykować.