„Sztuka nie polega na tworzeniu dźwięków. Sztuka polega na kształtowaniu czasu, który w tych dźwiękach pozwoli im wybrzmieć.”
Żyjemy w czasach niezwykłych.
Nigdy wcześniej człowiek nie miał dostępu do takiej ilości muzyki, obrazów, książek, filmów i informacji. Nigdy wcześniej nie mógł w ciągu kilku sekund przenieść się od Bacha do jazzu, od Mahlera do elektroniki, od gotyckiej katedry do zdjęć galaktyk oddalonych o miliony lat świetlnych.
A jednak coraz częściej odnoszę wrażenie, że wraz z tym bogactwem utraciliśmy coś bardzo ważnego. Utraciliśmy sztukę wybrzmiewania. Nie wybrzmiewania dźwięku. Wybrzmiewania doświadczenia dźwięku.
Dzisiaj dominuje pośpiech. Nie jest on jednak wyłącznie cechą współczesnego człowieka. Coraz częściej staje się zasadą organizującą całe środowisko medialne i znaczną część przemysłu muzycznego. Nie dlatego, że artyści nie chcieliby powiedzieć więcej. Nie dlatego, że twórcy utracili potrzebę budowania głębszych przeżyć. Często dzieje się wręcz odwrotnie. Problem pojawia się wtedy, gdy dzieło zostaje podporządkowane regułom przestrzeni, w której ma zaistnieć.
Czas antenowy. Algorytm. Format. Przewidywana długość uwagi odbiorcy. Konieczność natychmiastowego zainteresowania słuchacza. Wszystko to sprawia, że coraz częściej oczekuje się od muzyki, aby powiedziała wszystko od razu. A najlepiej jeszcze przed końcem pierwszej minuty.
Tymczasem wiele z najważniejszych doświadczeń artystycznych zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się pośpiech. Nie potrzebują one natychmiastowej reakcji. Potrzebują czasu. Przestrzeni. Możliwości wybrzmienia. Paradoks współczesności polega być może na tym, że kultura, która stworzyła największe w historii możliwości komunikacji, coraz rzadziej pozostawia miejsce na dojrzewanie doświadczenia. Muzyka staje się dodatkiem do programu. Tłem dla emocji. Przerywnikiem pomiędzy kolejnymi komunikatami. A przecież przez stulecia była czymś dokładnie odwrotnym. Była przestrzenią, w której człowiek uczył się słuchać.
Współczesny świat nauczył się więc znakomicie przyciągać uwagę ale znacznie gorzej radzi sobie z jej podtrzymaniem. Wszystko musi być natychmiastowe:
Pierwsze sekundy utworu.
Pierwsze zdanie artykułu.
Pierwszy obraz.
Pierwsze wrażenie.
Jeżeli nie wydarzy się coś natychmiast, uznajemy to za stratę czasu, a przecież największe dzieła sztuki nigdy nie działały w ten sposób. Nie dlatego wracamy do Bacha, że wszystko zrozumieliśmy przy pierwszym słuchaniu. Nie dlatego wracamy do Mahlera, że od razu odsłonił wszystkie swoje tajemnice. Nie dlatego w ciszy słuchamy Arvö Pärta, nie dlatego zatrzymujemy się przy Kurtágu, nie dlatego Bruckner nadal potrafi poruszać ludzi ponad sto lat po swojej śmierci. Wielka sztuka nie pokazuje wszystkiego. Wielka sztuka to odsłania, ktokolwiek po kroku, fraza po frazie.
Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z VIII Symfonią Brucknera pod batutą Sergiu Celibidachego. Nie zachwyciło mnie tempo. Nie zachwyciła mnie monumentalność. Najbardziej poruszyło mnie coś innego. Po raz pierwszy usłyszałem, że interpretacja może kształtować formę nie przez efekty, lecz przez narastanie. Nie przez zwiększanie głośności a poprzez organizację czasu. Poprzez cierpliwość i pozwolenie dźwiękowi, aby powiedział wszystko, co ma do powiedzenia.
Dopiero później spotkałem tę samą ideę podczas studiów dyrygenckich u prof. Josharda Dausa, wieloletniego współpracownika Sergiu Celibidache. Jeszcze później odnajdywałem ją w twórczości Lutosławskiego, Panufnika, Pärta i Kurtága. Za każdym razem chodziło o to samo.
Muzyka nie była zbiorem dźwięków. Była organizacją procesów zachodzących w świadomości słuchacza. Dzisiaj często mówi się o emocjach znacznie rzadziej mówi się o warunkach ich powstawania.
Tymczasem katharsis nie jest emocją. Katharsis jest procesem. Nie można go wywołać jednym akordem. Nie można go wymusić efektem. Nie można go przyspieszyć. Można jedynie stworzyć warunki, w których to stanie się możliwe. Tak jak ogrodnik nie tworzy kwiatu. Tworzy warunki, w których kwiat może zakwitnąć.
Podobnie działa wielka sztuka. Nie produkuje przeżyć a pozwala im się wydarzyć.
Byłoby jednak błędem utożsamianie sztuki wybrzmiewania wyłącznie z powolnością. Historia muzyki pokazuje coś znacznie bardziej fascynującego. Przemiana może dokonywać się zarówno poprzez rozwój, jak i poprzez kontrast. Przez ciszę. Przez ruch. Przez kontemplację. Przez taniec. Poprzez nieustanną zmianę energii.
Chopin doskonale rozumiał tę tajemnicę. Jego etiudy, scherza, ballady czy finały sonat należą do najbardziej dynamicznych kart literatury fortepianowej. A jednak ich siła nie bierze się z szybkości samej w sobie. Ruch jest tam środkiem. Nigdy celem. Każda fala energii prowadzi ku przemianie stanu emocjonalnego słuchacza. Podobnie dzieje się u Straussa, Mahlera, Adamsa czy Maciejewskiego. Wielka muzyka nie wybiera pomiędzy ruchem i bezruchem. Wielka muzyka potrafi organizować oba.
Narastanie i opadanie. Cisza i zaskoczenie dźwiękiem. Napięcie i uwolnienie. Oczekiwanie i spełnienie. To właśnie z tych przeciwieństw budowana jest forma. Nie jako schemat – jako proces. Forma jest sztuką organizacji przemian.
Dlatego tak powierzchowne wydaje się szkolne określenie „dynamika tarasowa”, którym często opisuje się muzykę Bacha czy Haendla. Fraza zawsze oddycha. Fraza zawsze narasta i opada. U wielkich mistrzów baroku dokonuje się to jednak nie tyle poprzez zmianę głośności, ile poprzez polifonię. Przez współistnienie wielu niezależnych linii życia. Wielu równoległych czasów!
Być może właśnie dlatego polifonia pozostaje jednym z najgłębszych odkryć muzyki europejskiej. Każdy głos posiada własny kierunek. Własne napięcia. Własne cele i funkcje. A jednak wszystkie współtworzą większą całość. Nie ma tam jednego czasu. Istnieje za to wiele czasów współistniejących jednocześnie. Polifonia poprzez swoją wewnętrzną policzasowość przypomina pod tym względem niektóre intuicje współczesnej fizyki.
Nie jako teorię a odwzorowanie obrazu rzeczywistości rozumianej nie jako zbiór rzeczy, lecz jako sieć relacji i procesów. Z biegiem lat zacząłem dostrzegać tę samą ideę również poza salą koncertową. W orkiestracji. W pracy z chórem. W wielowarstwowych strukturach smyczkowych. W syntezatorach.
Przez wiele lat fascynował mnie pewien preset stworzony przez Jean-Michela Blancheta dla Arturia Modular V. Nazywał się po prostu „Calm”. Nie był efektowny. Nie próbował imponować. Ale po kilku, kilkunastu sekundach zaczynało się dziać coś niezwykłego. Dźwięk nie kończył się po swoim narodzeniu. On dopiero zaczynał żyć. Pojawiały się nowe relacje. Nowe rezonanse. Nowe znaczenia. Jakby dźwięk pamiętał samego siebie. Wtedy zrozumiałem, że podobnie działa wielka muzyka. Nie ujawnia wszystkiego od razu. Pozwala odkrywać siebie stopniowo.
Być może najbardziej zaskakujące jest to, że podobną drogę przeszła nie tylko sztuka, ale również nauka. Przez tysiące lat człowiek próbował budować coraz doskonalsze systemy pewności. W matematyce wydawało się, że wystarczy odpowiednio dobra liczba aksjomatów, aby opisać całą rzeczywistość logiczną. W fizyce wydawało się, że wystarczy poznać wszystkie prawa, aby przewidzieć przyszłość. W filozofii wydawało się, że wystarczy odnaleźć właściwy system pojęć, aby wyjaśnić świat.
Każda z tych dróg prowadziła ku większej wiedzy. Ale każda z nich prowadziła również ku większemu zdumieniu. W XX wieku Kurt Gödel pokazał coś, co dla wielu było szokiem:
Istnieją prawdy, których nie można udowodnić wewnątrz systemu, który je opisuje.
Nie była to porażka matematyki. Było to odkrycie jej głębi. Nagle okazało się, że rzeczywistość jest większa od najdoskonalszej nawet mapy.
Patrząc na mgławicę Rozeta widzimy podobny proces. Najpierw dostrzegamy piękny obraz. Później strukturę. Później narodziny gwiazd. Później procesy fizyczne. A potem przychodzi chwila, w której uświadamiamy sobie skalę rzeczywistości, której nie jesteśmy już w stanie objąć wyobraźnią. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe poznanie. Nie wtedy, gdy otrzymujemy odpowiedź. Wtedy, gdy odkrywamy wielkość pytania.
Może dlatego dobra sztuka przypomina ten świetlisty prześwit w centrum Rozety. Nie mówi nam, co znajduje się po drugiej stronie. Nie obiecuje pewności. Nie daje gotowych rozwiązań. Pokazuje jedynie kierunek. I pozostawia odwagę dalszej drogi samemu człowiekowi. Nie zamyka świata – otwiera go.
I właśnie tutaj pojawia się kultura. Bo muzyka nie powstaje w próżni. Tak jak gwiazdy nie rodzą się w pustce, lecz w mgławicy. Tak samo dzieła nie rodzą się w samotności. Rodzą się w kulturze. Kultura nie jest zbiorem dzieł. Jest środowiskiem, w którym dzieła mogą się pojawić. Przestrzenią pamięci. Dialogu. Dziedziczenia. Przemiany. Jest mgławicą, z której rodzą się gwiazdy.
Pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie. Być może najważniejsze. Kto dziś podejmuje tę drogę? Kto w XXI wieku potrafi budować własny język, własną estetykę i własną wizję czasu tak, aby dzieło mogło przekroczyć granice swojej epoki?
Historia uczy pokory. Współcześni Bachowi nie wiedzieli, że słuchają Bacha. Współcześni Mahlerowi nie wiedzieli, że słuchają Mahlera. Wielkość najczęściej rozpoznajemy dopiero po latach. A jednak pytanie pozostaje otwarte.
Czy współczesna sztuka nadal potrafi prowadzić człowieka ku przemianie?
Czy potrafi organizować czas równie głęboko jak czynili to Bach, Beethoven, Chopin, Mahler, Strauss, Lutosławski, Kurtág czy Pärt? Czy potrafi pozostawić po sobie rezonans trwający dłużej niż samo dzieło?
Być może odpowiedź znajduje się gdzieś pomiędzy orkiestrą i elektroniką. Pomiędzy tradycją i nowymi technologiami. Pomiędzy dźwiękiem i przestrzenią. Pomiędzy pamięcią i przyszłością.
A może siedzi dziś przy fortepianie. Przy syntezatorze. Przy komputerze. Prowadzi próbę chóru lub orkiestry. Albo patrzy nocą na mgławicę Rozeta i zastanawia się, jak zamienić światło w czas.
Bo sztuka nie polega na tworzeniu dźwięków. Sztuka polega na kształtowaniu czasu, który w tych dźwiękach pozwoli im wybrzmieć, i dotrzeć do słuchacza, odmieniając jego nastrój i percepcję rzeczywistości.
A jeśli dzieło potrafi sprawić, że człowiek wraca z tej podróży choć trochę odmieniony, być może właśnie wtedy rodzi się coś, co ma szansę przetrwać własne stulecie. I być może właśnie tam, za ostatnim dźwiękiem, za ostatnią odpowiedzią i za ostatnią pewnością, rozpoczyna się ten świetlisty prześwit, który widzimy w centrum Rozety.
Nie jako rozwiązanie. Nie jako cel. Lecz jako zaproszenie do dalszej drogi.
Wacław z Szamotuł: „Już się zmierzcha” | Szczeciński Chór Kameralny, Ludwika Mitkiewicz – conductof
Zostaw komentarz