Gdy pole kwitnie, niezwykle trudno jest odróżnić szlachetne zboże od zwykłego chwastu. Z daleka wszystko mieni się kolorami, pachnie i kusi oko. Dlatego prawdziwy, sprawiedliwy sąd nad ludzkimi ideami nigdy nie odbywa się wiosną. On przychodzi znacznie później, dopiero w czasie żniw.
Siedzę sobie w swoim ogrodzie, patrzę na zasianą przeze mnie i już bujną łąkę kwietną i zaczynam zauważać, że przypomina mi ona nasz współczesny, wielce cyfrowy świat, gdzie na dobre ruszył powrót metafizyki. W sieci coraz gęściej robi się od treści związanych z magią, tarotem, czakrami, współczesnymi wiedźmami, okultyzmem i duchowością ostentacyjnie stojącą „w opozycji do Kościoła”. To już dawno przestał być margines dla dziwaków czy nastolatek szukających wrażeń. To jest rosnący nurt kultury popularnej. Okazuje się, że ludzie, nawet jeśli masowo odchodzą od religii instytucjonalnej, wcale nie przestają rozpaczliwie szukać sensu, tajemnicy i kontaktu z „czymś więcej”. Metafizyka, którą tak pilnie grzebano, wraca z zaświatów. Tyle że często przychodzi w poprzebieranych, tandetnych, internetowych szatach.
Przez całe stulecia oświecony racjonalizm próbował z uporem godnym lepszej sprawy wypchnąć religię z samego centrum ludzkiej kultury. Medycyna miała zastąpić modlitwę, a „mędrca szkiełko i oko” – wiarę. Ale człowiek, na nieszczęście dla racjonalistów, nie jest skonstruowany z samego czystego rozumu. Człowiek do życia potrzebuje także symboli, rytuałów, nadziei, głębokiego sensu i odpowiedzi na to jedno, najważniejsze pytanie: „po co?”. Nauka jest genialna, gdy odpowiada na pytanie „jak?” – jak działa komórka, jak lata samolot, jak rozszczepić atom. Słabiej jednak radzi sobie z pytaniami egzystencjalnymi. Dlatego po gwałtownym odsunięciu religii w kulturze wcale nie powstała sterylna, racjonalna próżnia. Powstał za to wielki ugór, przestrzeń oczekująca na nowe treści.
Co ciekawe, uważny obserwator zauważy, że sam racjonalizm też został w końcu przez współczesność odstawiony na boczny tor. I tak oto zostaliśmy z ugorem po obu tych wielkich systemach, bez dawnego, chrześcijańskiego gospodarza i bez wspólnego, rozumowego porządku. Ten ugór nie zamienił się jednak w suchą pustynię. Stał się żyzną glebą. Na tym postindustrialnym i postchrześcijańskim polu zaczęły nagle wyrastać najbardziej egzotyczne, antyracjonalistyczne, ezoteryczne i pseudoduchowe twory.
Dzisiejszy ugór przypomina raczej dzikie, zapuszczone pole, udające łąkę kwietną. Samosiejki zboża, oset i kąkol kwitną tam obok siebie równie bujnie. Na tym etapie, dopóki słońce grzeje, nie sposób gołym okiem rozpoznać, co jesienią da pożywny plon, a co tylko ładnie wygląda na zdjęciu z filtrem. Ruchy typu New Age i im podobne mody stały się idealną odpowiedzią na duchową pustkę nowoczesności. To nie jest jedna, spójna religia z własnym katechizmem. To synkretyczna mieszanina ezoteryki, psychologii, okultyzmu, terapii, wyrwanych z kontekstu strzępków duchowości Wschodu i pseudonaukowego bełkotu. Wielu ludzi szuka tam sensu zupełnie uczciwie, z czystego głodu duszy, ale trafia na grunt szalenie śliski. Obietnica wielkiego „rozwoju osobistego” błyskawicznie zamienia się w twardą zależność od samozwańczego guru, marketingowej techniki albo rzekomo „tajemnej wiedzy”.
W tej opowieści potrzebna jest zresztą konkretna figura, powiedzmy sobie: fałszywy prorok w wersji cyfrowej. Taki współczesny Sowizdrzał, trochę guru, trochę coach, trochę internetowy wróżbita i domorosły szaman, który z równym wdziękiem sprzedaje garnki filtrujące wodę i subskrypcje na odblokowanie czakry obfitości. To ktoś, kto z namaszczeniem rozprawia o uzdrawiającej energii kosmosu, ale co miesiąc drży na widok własnego rachunku za prąd. Albo wróżka, która z pełnym przekonaniem przepowiada globalne losy świata, choć sama nie była w stanie przewidzieć własnego, rychłego rozwodu. Ta postać nie służy temu, by wyśmiewać ludzką tęsknotę za sacrum. Służy pokazaniu, jak łatwo ten święty głód zostaje dziś przechwycony przez sprytnych handlarzy tajemnicą.
Bo na tej naszej współczesnej łące kwietnej obok idei błyskawicznie wyrastają stragany. Tam, gdzie człowiek szuka ratunku, ktoś natychmiast próbuje ten ratunek zapakować w ładne pudełko, wycenić i sprzedać z rabatem obowiązującym tylko do północy. Trzeba więc zapytać nie tylko o to, co na tej łące rośnie, ale przede wszystkim: kto zbiera z niej bukiety i ile każe sobie za nie płacić?
A glebą pod to wszystko jest nasza potworna, wielkomiejska samotność. Człowiek żyje dziś w wiecznym tłumie, ma setki wirtualnych kontaktów, codziennie przesuwa kciukiem tysiące twarzy na ekranie, ale coraz częściej nie ma na całym świecie ani jednej żywej duszy, przy której mógłby spokojnie usiąść i bez wstydu powiedzieć, że panicznie się boi, że niczego nie rozumie, że nie wie, po co to wszystko. Samotność to niesamowite podłoże, na niej równie dobrze rośnie czysta, głęboka modlitwa, jak i uzależnienie od tarota. Łatwo jest śmiać się z ludzi, którzy szukają dziś rozpaczliwie znaków w układzie gwiazd czy kartach. Warto jednak najpierw zobaczyć, jak bardzo musieli być głodni i osieroceni, skoro z braku chleba zaczęli jeść kolorowe, trujące płatki z przydrożnych chwastów.
Do tej naszej współczesnej wieży Babel musimy dopisać jeszcze jednego bohatera: sztuczny twór udający istotę myślącą. Nowy, cyfrowy kapłan bez twarzy. To on, za pomocą bezdusznych linijek kodu, decyduje, komu dzisiaj wyświetli tradycyjne kazanie, komu horoskop, komu akademicki wykład o fizyce kwantowej, a komu filmik o tym, że jego „czakra portfela” wymaga pilnego, płatnego odblokowania. Algorytm, bo tak go nazywają, sam nie wierzy w nic, nie ma sumienia ani Boga, ale potrafi z chirurgiczną precyzją mapować i karmić nasze ludzkie lęki, wiary i chorobliwą ciekawość. Wie o nas więcej niż my sami, ale wciąż nie ma zielonego pojęcia, czym w ogóle jest człowiek.
I tak budujemy tę naszą technologiczną, cyfrową i informacyjną wieżę, ale im wyżej się wznosimy, tym bardziej tracimy wspólny język. Doszło do całkowitego pomieszania słowników. Te same fundamentalne słowa, takie jak prawda, wolność, natura, dusza, ciało czy człowiek, znaczą dziś dla ludzi z różnych cyfrowych plemion coś zupełnie innego. Dlatego grożą nam wojny światopoglądowe, choć nie będą to klasyczne starcia religijne ateizmu z wiarą. Wchodzą tu bowiem dodatkowe żywioły: neopogaństwo, religijne synkretyzmy, ezoteryka udająca psychologię oraz pseudonauka przebrana za duchowość. Dlatego to będzie cicha, podjazdowa, bezwzględna wojna definicji, słowników i duchowych plemion, w której ludzie, patrząc na ten sam las i tę samą miedzę, będą widzieć zupełnie inne rzeczywistości.
Warto jednak zrobić w tym miejscu sowizdrzalską przewrotkę i zapytać przewrotnie: a czy to na pewno oświecony racjonalizm był od zawsze prawowitym gospodarzem tego pola, a metafizyka jedynie dzikim chwastem? Może było dokładnie odwrotnie? Może to właśnie racjonalizm wyrósł jako rzekomo pożyteczna, zbawienna, ale niezwykle zaborcza roślina na potężnym, odwiecznym polu ludzkiej metafizyki i z czasem, w swojej pysznej ślepocie, uznał, że całe pole należy wyłącznie do niego? To pytanie nie unieważnia przecież ludzkiego rozumu, bo bez rozumu człowiek błyskawicznie dziczeje i zaczyna klękać przed byle świecącym kamykiem w trawie. Ale przypomina, że sam suchy intelekt, jeśli zapomni o wielkiej Tajemnicy, zaczyna przypominać ekonoma, który z ołówkiem w ręku bezbłędnie liczy snopy w stodole, ale kompletnie zapomniał, po co w ogóle siał zboże.
Nasze rozważania dotyczą jednak przede wszystkim tego chaosu myślowego w postchrześcijańskich społeczeństwach Zachodu, gdzie osłabła zarówno wspólna tradycja, jak i wspólny, racjonalny język. Na ten wielki ugór nie wchodzą przecież wyłącznie ezoteryczne mody, joga, tarot czy internetowe stragany z sensem życia. Wchodzi tam także islam. Religia, która w wielu swoich nurtach zachowuje silną tożsamość, zwartą wspólnotę, wyraźny rytuał, jasne normy moralne, własny kalendarz i poczucie cywilizacyjnej misji.
Dlatego w naszej rolniczej metaforze islam nie jest ani kolejnym polnym kwiatkiem, ani zwykłym chwastem na zachodniej łące. On nie pojawia się jako kolejna prywatna opcja duchowa do wyboru między horoskopem a warsztatami świadomego oddechu. Islam, rozumiany jako zwarta propozycja religijno-cywilizacyjna, wchodzi na to porzucone pole jak twardy, zdecydowany rolnik z własnym, gotowym planem zasiewu. On nie pyta obecnych na łące, co tu teraz ładnie kwitnie i jakie mają wibracje. On na początku pyta, kto jest formalnym gospodarzem pola. Jeśli zamiast jednej odpowiedzi słyszy piskliwy, zaprzeczający sobie wielogłos, wie już, że musi określić, według jakiego prawa będzie ono odtąd uprawiane. Nie oznacza to, że każdy muzułmanin jest zagrożeniem, bo islam jest ogromny, zróżnicowany i nie da się go uczciwie sprowadzić do jednego, uproszczonego obrazu. Trzeba jednak z realizmem zauważyć, że cywilizacyjnie jest to siła znacznie bardziej zwarta niż nasza zachodnia, rozemocjonowana łąka duchowych mód i prywatnych, płynnych przekonań. Wobec naszej zachodniej niepewności islam bywa kulturą gotową po prostu twardo zagospodarować miejsce pozostawione bez opieki.
I tu pojawia się pytanie najważniejsze, które musimy sobie zadać na tej miedzy: czy postchrześcijański Zachód jeszcze w ogóle wie, co sam chce uprawiać w swoim, jeszcze na razie, gospodarstwie? Bo jeżeli gospodarz ostatecznie przestał wierzyć w sens, cel i wartość swojej własnej uprawy, to nie powinien się potem głupio dziwić, że pewnego dnia na jego ziemię przychodzi ktoś zupełnie obcy, bez pytania wbija głęboko w glebę swój własny palik, rozciąga sznur i mówi krótko: odtąd, panowie, siejemy wyłącznie po mojemu.
Żniwa, które nadchodzą, nie będą neutralne. To moment ostatecznej prawdy. Trzeba bowiem wiedzieć, że nie każdy przychodzi na to pole po ziarno, by upiec chleb. Niektóre duchowości chcą człowieka autentycznie nakarmić i wyzwolić, inne chcą go bezczelnie wykorzystać, zmielić, zasuszyć na pamiątkę w swoim klaserze albo bez pytania przesadzić do własnego, zamkniętego ogródka. Istnieją idee, z których wyrasta plon dla ludzi, ale są też takie, dla których to sam zagubiony człowiek staje się darmowym plonem. Pytanie o żniwa nie jest więc sielankową opowieścią ogrodnika. To sprawa życia i śmierci: kto tu naprawdę zbiera i co w ogóle zostanie z człowieka po tych zbiorach?
A stary obserwator stoi przy miedzy. Opiera się na kiju, patrzy uważnie na tę barwną łąkę, na rzadkie kłosy zboża, na bujne chwasty, na guru nerwowo sprawdzającego zasięgi w smartfonie, na algorytm bez twarzy, na jarmarczne stragany z duchowością i na nowych rolników, którzy idą zza horyzontu z własnym planem zasiewu.
Stary nie rwie się od razu, by wszystko gwałtownie wyrywać, zbyt dobrze pamięta ewangeliczną przestrogę o pszenicy i kąkolu, by nie zniszczyć tego, co dobre. Nie zamierza też jednak potulnie udawać, że każdy ładny kwiatek pachnie u nas chlebem.
Przeżuwa źdźbło trawy i mówi pod nosem: poczekajmy spokojnie do żniw. Wtedy dopiero czarno na białym okaże się, kto siał, kto tylko handlował bukietami, kto bezmyślnie deptał pole, a kto naprawdę miał w ręku żywe ziarno.
Zbigniew Grzyb
z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz