Polska „zmusiła” Rosję i Niemcy do budowy Nord Streamów przez zablokowanie Jamału II? – stek bzdur.
W ostatnim czasie znowu krąży opowieść, według której Polska sama jest winna powstania gazociągów Nord Stream. Mieliśmy zablokować budowę Jamału II, czym „zmusiliśmy” Rosjan i Niemców do poprowadzenia gazociągu przez Bałtyk. „Gdybyśmy tylko zachowali się rozsądniej, rosyjski gaz płynąłby przez Polskę, zarabialibyśmy na tranzycie, mielibyśmy wpływ na Moskwę, a całego Nord Streamu prawdopodobnie by nie było” – głoszą tezy nadawane przez tuby rosyjskiej propagandy.
Brzmi logicznie. Ma nawet oparcie w kilku prawdziwych wydarzeniach. Problem polega na tym, że wydarzenia te zostały pomieszane, pozbawione kontekstu i połączone w zmyślony ciąg przyczynowo-skutkowy. Zacznijmy od sprawy podstawowej. Pod nazwą „Jamał II” występowały co najmniej dwa różne projekty.
Porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 roku przewidywało powstanie systemu dwóch równoległych gazociągów biegnących przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Docelowa przepustowość całego systemu miała wynosić około 65 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Powstała tylko pierwsza nitka, której przepustowość wynosiła niespełna 33 mld metrów sześciennych. To ona jest właściwym gazociągiem Jamał–Europa.
Tymczasem rosyjska propozycja przedstawiona Polsce w 2000 roku nie dotyczyła po prostu wybudowania obok istniejącego gazociągu drugiej, równoległej nitki do Niemiec. Rosjanie chcieli zmienić jej trasę. Nowy rurociąg miał prowadzić z Kobrynia na Białorusi przez wschodnią Polskę do Wielkich Kapuszan na Słowacji. Stamtąd gaz mógł być przesyłany dalej do Europy Środkowej i Południowej.
Nie był to więc Jamał II w pierwotnym znaczeniu. Była to tak zwana pieremyczka, czyli łącznik pozwalający Rosji ominąć ukraiński system przesyłowy. Oficjalne dokumenty polskiego rządu nazywały tę koncepcję „zupełnie nowym przedsięwzięciem”, niemieszczącym się w porozumieniu z 1993 roku. Już w tym miejscu cała propagandowa opowieść zaczyna się sypać. Polska nie odrzuciła bowiem zwyczajnie wybudowania uzgodnionej drugiej nitki Jamału. Rosja zmieniła projekt i zaproponowała rurociąg o innym przebiegu oraz innym znaczeniu geopolitycznym.
Co więcej, Polska początkowo wcale nie odpowiedziała prostym „nie”. W lutym 2000 roku Ministerstwo Gospodarki poinformowało Gazprom, że generalnie popiera zmianę kierunku drugiej nitki z zachodniego na południowy. Zastrzegło jednak, że jej dokładny przebieg powinien zostać ustalony przez ekspertów, zgodnie z rachunkiem ekonomicznym i polskim prawem, w tym przepisami środowiskowymi. Warszawa brała też pod uwagę konsekwencje dla Ukrainy, ponieważ jednym z oczywistych celów projektu było osłabienie jej znaczenia tranzytowego.
Można dyskutować, czy rząd Jerzego Buzka postąpił wtedy właściwie. Można twierdzić, że należało wziąć pieniądze, zbudować rurociąg i uzyskać dodatkowe narzędzie wpływu. Można też bronić stanowiska, że pomaganie Rosji w gospodarczym i strategicznym duszeniu Ukrainy było sprzeczne z polskim interesem. To jest normalny spór o ocenę konkretnej decyzji. Nie można natomiast uczciwie twierdzić, że Polska zablokowała budowę uzgodnionej drugiej nitki Jamału i wypchnęła Rosjan na Bałtyk. To po prostu nieprawda.
Najlepszym dowodem są dalsze działania polskich władz. W listopadzie 2003 roku Polska złożyła wniosek o wpisanie Jamału II na unijną listę projektów szybkiego startu. Premier Leszek Miller interweniował w tej sprawie u przewodniczącego Komisji Europejskiej Romano Prodiego. Polscy przedstawiciele zabiegali o poparcie projektu w kolejnych instytucjach europejskich. Rząd stwierdzał wprost, że gazociąg bałtycki jest konkurencją dla Jamału II, „o który zabiega Polska”.
Jeszcze w 2005 roku premierzy Polski, Litwy i Łotwy wspólnie popierali budowę Jamału II albo alternatywnego gazociągu Amber, biegnącego przez państwa bałtyckie i Polskę. Warszawa przekonywała, że taki szlak zwiększy bezpieczeństwo całego regionu. Mamy więc państwo, które rzekomo „zablokowało Jamał II”, a następnie przez kilka lat zabiegało o jego budowę w Moskwie i Brukseli. Dość osobliwy sposób blokowania inwestycji.
Jeszcze bardziej kompromitująca dla tej opowieści jest chronologia Nord Streamu. Prace nad bezpośrednim połączeniem rosyjskich złóż z Niemcami przez Bałtyk rozpoczęły się, zanim Polska miała odrzucić rosyjską propozycję. Gazprom i fińska spółka Neste utworzyły North Transgas w 1997 roku. Studium wykonalności wykonano w 1998 roku. Już w 1999 roku za najkorzystniejszy uznano wariant prowadzący przez Bałtyk do Niemiec. Obejmował on Greifswald jako podstawowy punkt wyjścia na ląd. Polska i państwa bałtyckie w ogóle nie znajdowały się w zakresie analizowanego projektu. Wszystko to opisano w dokumentacji samej spółki Nord Stream.
Rosyjsko-niemiecki projekt nie narodził się więc po polskim sprzeciwie wobec pieremyczki. Jego studium techniczne powstało wcześniej, a trasa bałtycka została wybrana w 1999 roku. W 2004 roku Rosja uzyskała polityczne poparcie Niemiec. We wrześniu 2005 roku, w obecności Władimira Putina i Gerharda Schrödera, Gazprom oraz niemieckie koncerny podpisały porozumienie. Budowa rozpoczęła się w 2010 roku, a dostawy pierwszą nitką ruszyły w 2011 roku. Druga nitka pierwszego Nord Streamu zaczęła działać rok później.
Rosja chciała uzyskać bezpośrednią drogę do Niemiec, nad którą państwa naszego regionu nie miałyby żadnej kontroli. Niemcy chciały otrzymywać rosyjski gaz krótszym szlakiem, obniżyć koszty importu i zostać głównym europejskim węzłem jego dalszej dystrybucji. Gazprom chciał ograniczyć znaczenie Polski, Białorusi, Słowacji, a przede wszystkim Ukrainy. Niemcom też bynajmniej nie zależało na wzmacnianiu pozycji państw regionu. Dlatego projekt ten polscy politycy zaczęli nazywać gazowym odpowiednikiem „paktu Ribbentrop–Mołotow”. Nikt Niemców ani Rosjan do tego nie zmuszał. Podjęli świadomą decyzję, bo projekt odpowiadał ich ówczesnym interesom.
Jeszcze bardziej absurdalne jest przypisywanie polskiej polityce odpowiedzialności za Nord Stream 2. Porozumienie dotyczące jego budowy Gazprom oraz pięć zachodnioeuropejskich koncernów podpisały we wrześniu 2015 roku. Było to już po rosyjskiej aneksji Krymu, rozpoczęciu wojny w Donbasie i ujawnieniu imperialnego kursu Moskwy. Projekt obejmował kolejne dwie nitki o łącznej przepustowości 55 mld metrów sześciennych rocznie. Sam Aleksiej Miller nazywał go w komunikacie Gazpromu podwojeniem „beztranzytowego szlaku” przez Bałtyk. Nie ukrywał więc jego zasadniczej funkcji.
Nord Stream 2 nie powstawał dlatego, że piętnaście lat wcześniej Polska nie przyjęła bez zastrzeżeń rosyjskiego projektu na swoim terytorium. Powstawał dlatego, że Rosja chciała wyeliminować zależność od tranzytu przez Ukrainę, a Niemcy chciały przejąć centralną rolę w handlu rosyjskim gazem w Europie.
Istotą Nord Streamu nie było bowiem samo dostarczenie gazu do Europy. Istniejące gazociągi lądowe dysponowały dużymi, częściowo niewykorzystywanymi mocami. Istotą było stworzenie takiego układu, w którym Rosja mogłaby utrzymywać dostawy do Niemiec, jednocześnie odcinając Ukrainę, Polskę i pozostałe Europy Środkowo-Wschodniej. Moskwa zyskiwała swobodę szantażu. Berlin otrzymywał bezpośredni dostęp do surowca i rolę pośrednika. Traciły państwa położone między nimi.
Dokładnie dlatego przesuwanie odpowiedzialności na Polskę jest tak użyteczne dla rosyjskiej propagandy. Z Moskwy zdejmuje odpowiedzialność za świadomie realizowaną strategię. Niemieckim elitom pozwala występować w roli pragmatyków, którzy zostali zmuszeni do reakcji na nieodpowiedzialność Polaków i Ukraińców. Nas przedstawia jako rusofobicznych awanturników, którzy przez własną głupotę sprowadzili na siebie nieszczęście. Mechanizm tej opowieści jest zawsze taki sam. Gdyby Europa Środkowo-Wschodnia była bardziej uległa, Rosja nie musiałaby jej omijać, szantażować ani atakować. Odpowiedzialny nie jest ten, kto buduje narzędzie nacisku, tylko ten, kto nie chciał się wcześniej podporządkować.
Takie stwierdzenia nie są niczym innym jak stekiem antypolskiej, kłamliwej propagandy. Nord Stream 1 i 2 nie były karą za polskie błędy. Były i są infrastrukturą strategicznego układu rosyjsko-niemieckiego. Moskwa chciała przesyłać surowce na Zachód z pominięciem państw, na które zamierzała wywierać presję. Niemcy świadomie uznały, że im się to opłaca.
Zwróćmy na koniec uwagę na dwie, ciekawe, koincydencje czasowe. Pierwsza z początków XXI wieku. Nord Stream został ostatecznie „przyklepany” gdy w Berlinie u władzy był socjaldemokrata Gerhard Schröder, który po odejściu z funkcji kanclerza okazał się rosyjską, wysokopłatną prostytutką polityczną. W tym samym czasie (1998-2005) szefem niemieckiego wywiadu BND był August Hanning, ostatnio zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa, zdrady stanu oraz pozyskiwania tajnych informacji na rzecz obcych państw, w tym Rosji.
W Polsce natomiast w latach 2001 – 2005 rządzili sojusznicy niemieckiej socjaldemokracji z SLD. Rząd Millera zerwał w 2002 roku porozumienie z Norwegami i Duńczykami, które wypracowane zostały na końcówce rządów AWSu. Umowy ze Skandynawami prowadziły do importu surowców z tych państw oraz budowy potrzebnego dla dywersyfikacji dostaw gazociągu Baltic Pipe. SLD „wysadziło” projekty polskiej niezależności gazowej w powietrze zanim doszło do ich realizacji. Ich siostrzana partia w Berlinie w tym samym czasie dogrywała zaś z Moskwą projekt energetycznej pętli, mającej zacisnąć się nad całym regionem Europy Środkowo-Wschodniej.
Baltic Pipe został o kilka lat opóźniony, na szczęście lewica trafiła na margines polskiej polityki i kolejne rządy przystąpiły do jego realizacji. Z tym wiąże się druga koincydencja czasowa. Napaść Rosji na Ukrainę nie nastąpiła bowiem w losowym terminie, w wyniku przypadku. Pierwsza rosyjska agresja miała miejsce 1.5 roku po oddaniu do użytku obydwu rur Nord Stream 1 w 2012. Pełnoskalowa inwazja w lutym 2022 roku również została ściśle skoordynowana z projektami energetycznymi. Nord Stream 2 został oddany do użytku pod koniec 2021. Na drugą połowę 2022 zaplanowane było z kolei uruchomienie polskiego projektu Baltic Pipe, czyli bajpasu bezpieczeństwa, który stanowi jeden z fundamentów naszej niezależności energetycznej.
Podsumowując:
– Nord Streamy to rosyjsko-niemiecki plan pętli infrastrukturalnej zaciśniętej nad Europą Środkowo-Wschodnią, pochodzący z końca lat 90.
– Polska nie zablokowała Jamał II, natomiast postawa Moskwy jasno dawała do zrozumienia, że jego ew. powstanie musiałoby się odbywać w całości pod jej dyktando,
– energetyczne uzależnienie Niemiec i innych państw zachodu od swoich dostaw oraz sabotowanie polskiej niezależności w tym zakresie Moskwa realizowała za pomocą korupcji najwyższych urzędników państwowych, operacjami wywiadowczymi oraz działalnością zaprzyjaźnionych sił politycznych,
– projekty Nord Streamów, podobnie jak South Stream, służą Kremlowi zarówno w celu uzyskania narzędzia nacisku na tych, którym surowce są dostarczane, jak i możliwości militarnej presji na tych, których tranzyt zaczął omijać,
– w oficjalnie komunikowanych celach strategicznych Moskwy jest nie tylko uzyskanie dominacji nad Ukrainą ale również poszerzenie strefy wpływów nad Wisłę, Bałtyk i w Karpaty.
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz