To już 40 lat. Na temat stanu wojennego wypowiadają się coraz częściej „eksperci”, którzy wtedy mieli lat 5, albo ich wcale na świecie nie było. Ja byłem. Nie oceniam sytuacji tylko po raz kolejny daję świadectwo tego jak było. Miałem wtedy 26 lat i mieszkaliśmy na tak zwanych Pszowskich Dołach koło Ś.P. Kopalni Anna. Pracowałem w redakcji gazety Górnicze Wiadomości.

Niedziela, 13 grudnia 1981 roku. Małoletnie dziecko bardzo rozczarowane było brakiem Teleranka. Na ekranie latał tylko śnieg. A zima była sroga tego roku. Na szczęście odbieraliśmy zza bliskiej granicy telewizję czeską. I tamtejszy spiker nam oznajmił, że ponieważ tak zwana Solidarita źle się zachowuje Generał zrobił stan wojenny…

Telefony wyłączone. Na kopalni Anna którą obsługiwałem dziennikarsko nikt nic nie wie. Sekretarz partii siedzi nad kartką papieru gdzie napisał tylko Bracia Górnicy. I dalej stop.

Natomiast plac przed cechownią pełny. Przewodniczący H przez mikrofon przemawia w stylu – My nie, my nigdy nie poddamy się! Nagle pada hasło – Jadą czołgi od Jastrzębia! A trzeba wiedzieć, że to było już po Wujku i strach zapanował i tu. Ponad 700 ludzi w popłochu zjechało pod ziemię i podjęło strajk okupacyjny. Trwał tydzień.

Górnicy pojedynczo zaczynali wyjeżdżać na powierzchnię, albo wychodzić drabinami. Jeden z nich Andrzej, który jak ja był poetą przyszedł do nas. Był głodny, zziębnięty i zagubiony. Nikt ich nie nie widział sensu dalszego protestu…

Gazeta w Wodzisławiu została zawieszona a potem zlikwidowana. A potem było ze mną tak jak z Bogusławem Lindą w filmie

Kieślowskiego Przypadek. Biegnie co sił po peronie i próbuje zdążyć na odjeżdżający pociąg.

Albo zdąży i zostanie sługusem reżimu, albo nie i zejdzie do podziemia drukować gazetki na powielaczu. Ja zdążyłem bo odebrałem w styczniu 1982 telefon z Katowic. A co by było gdybym nie zdążył? Życie to wielka loteria. I nie ma mądrych, którzy wiedzieliby z góry co ich czeka.

Zbigniew ZEW Wieczorek