Dyktatura ajatolachów w Iranie rządziła nie tylko przy pomocy bagnetów, ale też przy pomocy świętych ksiąg. Tam przemoc nie była tylko narzędziem polityki. Była przedstawiana jako wola Boga.Wystarczy zajrzeć do historii. W 1988 roku, na podstawie fatwy wydanej przez Ruhollah Khomeini, w irańskich więzieniach rozpoczęła się cicha rzeź na więźniach odsiadujących wyroki. Specjalne „komisje śmierci” przesłuchiwały więźniów politycznych. Jedno pytanie o poglądy, jedno zdanie uznane za niewłaściwe i zapadał wyrok śmierci. Tysiące ludzi zniknęło w kilka tygodni. Wielu z nich miało wyjść na wolność. Zamiast tego trafili do masowych, bezimiennych grobów.
Kiedy po latach Irańczycy wyszli na ulice w 2009 roku, domagając się uczciwych wyborów, odpowiedź była równie przewidywalna jak brutalna. Protesty Zielonego Ruchu zostały zdławione przez oddziały Korpusu Rewolucyjnej Gwardii Islamskiej i podporządkowane im milicje. Demonstrantów bito, porywano, zamykano w więzieniach. Setki ludzi zginęły, tysiące trafiły do więziennych cel.
A potem przyszedł rok 2022. Świat zobaczył twarz tego systemu w historii jednej dziewczyny. Mahsa Amini została zatrzymana przez policję moralności za rzekomo źle założony hidżab. Kilka godzin później była martwa. Jej śmierć wywołała największą falę protestów od lat. Władza odpowiedziała tak, jak odpowiada zawsze: kulami, więzieniami i kolejnymi wyrokami śmierci.
To nie są wyjątki. To jest system. Iran od lat znajduje się w czołówce państw wykonujących najwięcej egzekucji na świecie. Na szubienicach wieszani są przeciwnicy polityczni, przedstawiciele mniejszości, a czasem po prostu ludzie, którzy powiedzieli o jedno zdanie za dużo.
Mechanizm jest stary jak każda tyrania. Najpierw ogłasza się, że władza ma mandat od Boga. Potem każdy sprzeciw staje się bluźnierstwem. A bluźnierców można już bez skrupułów zamykać, torturować i wieszać. Dlatego reżim ajatollahów w Iranie nie jest tylko autorytarną władzą. Jest przykładem tego, co dzieje się wtedy, gdy religia staje się narzędziem państwa, a państwo zaczyna uważać się za strażnika dusz. Wtedy zawsze pojawiają się więzienia, groby bez nazwisk i cisza wymuszona strachem.
A jednak w Iranie ta cisza co jakiś czas pęka. I za każdym razem przypomina światu jedną rzecz: nawet najbardziej brutalny reżim nie jest w stanie na zawsze zamknąć ust całemu narodowi.Przez lata świat nie reagował.
A teraz spójrzmy na coś jeszcze bardziej osobliwego. W czasie gdy świat patrzy na zbrodnie reżimu w Iranie, gdy pamięta się o tysiącach zamordowanych więźniach politycznych, o kobietach bitych na ulicach przez policję moralności, o ludziach wieszanych na dźwigach za „bluźnierstwo” – pojawia się obraz, który w Polsce powinien wywołać zwykłe zdumienie.
Oto polski europoseł Grzegorz Braun publicznie demonstruje sympatię wobec Teheranu, pisząc choćby hasło „Teheran-Warszawa, wspólna sprawa”. I odwiedza irańską ambasadę.
Człowiek, który w polskim Sejmie zgasił gaśnicą świece chanukowe podczas uroczystości żydowskiego święta, wywołując międzynarodowy skandal.
Potrafił też publicznie podważać istnienie komór gazowych w Auschwitz.
I nagle okazuje się, że gdzieś na końcu tej historii spotykają się dwa światy: teokratyczny reżim, który od lat nienawidzi Izraela i Żydów,raz europejski polityk, który od dawna flirtuje z antysemicką retoryką, traktując ją po prostu jako wygodne narzędzie polityki.
Zostaw komentarz