Tomasz Bagiński, który sprzedał swoje nazwisko i oskarową estymę Netflixowi, aby robić za tępego asystenta showrunnerki serialu „Wiedźmin”, powiedział niedawno, że bohaterką nowych odcinków będzie przede wszystkim Ciri a nie Geralt.

Mieści się to oczywiście w schemacie ultrapostępowej produkcji, która słabo radzi sobie z nadaniem jakieś psychologicznej głębi męskim bohaterom i po prostu ucieka na bardziej pewny grunt. Generacja „woke” z upodobaniem serwuje nam raz po raz wizerunki dzielnych superbohaterek wygłaszających feministyczne sentencje pomiędzy jedną a drugą sceną walki.

Szkoda tylko, że z oryginalnego uniwersum stworzonego przez Sapkowskiego już nic nie zostało – dosłownie wszystko zostało ugotowane w mdłej politpoprawnościowej zupie.

W ten sam sposób Amazon potraktował uniwersum tolkienowskie w swojej realizacji Władcy Pierścieni i w ten sposób nowa kultura amerykańska kanibalizuje wszystko, co zdoła kupić.

Uważam, że pan Bagiński wykonuje paskudną robotę. Płacą mu pewno dobrze, ale się po prostu zeszmacił. A pan Sapkowski może co najwyżej rwać włosy z głowy. Pewno do głowy mu nie przyszło, że za milionowe kwoty liczone w dolarach z jego epickiej prozy wyjdzie takie gówno.

Rację mają krytycy – już lepiej skończyć te męki, bo „Wiedźmin” z sezonu na sezon robi się coraz bardziej niestrawny (czytaj więcej).