Komisja Europejska opublikowała białą księgę w 2017.
Białą, bo jeszcze niewinną. Księgę, bo brzmi poważnie. I „wizję”, bo jak wiadomo – wizje najlepiej sprzedaje się tym, którzy jeszcze nie zdążyli zapytać o rachunek.
To nie jest żaden krok ku federalizacji – skądże! To tylko „pogłębienie integracji”, „wzmocnienie koordynacji” i „zwiększenie efektywności wspólnego działania”. Czyli dokładnie to samo, co zawsze, tylko z większą liczbą przypisów i mniejszą czcionką przy słowie „suwerenność”.
Biała księga działa jak ulotka biura podróży:
> „Wyjazd fakultatywny. Nikt nie zmusza. Ale autokar już rusza.”
Na początku jest delikatnie. Nikt nie mówi o superpaństwie, konstytucji ani jednym prezydencie. Mówi się o „wspólnych standardach”, „harmonizacji” i „dobrowolnej solidarności”. Dobrowolnej oczywiście do momentu, aż okaże się obowiązkowa. Jak zawsze.
Federalizacja po europejsku to proces jak gotowanie żaby. Bez wrzątku. Najpierw raport, potem mapa drogowa, następnie mechanizm, a na końcu pakiet wdrożeniowy, którego nikt poza autorami nie rozumie, ale wszyscy już muszą stosować. Demokracja proceduralna w wersji deluxe.
Narody? Oczywiście zostają. Jako dziedzictwo kulturowe. Coś jak regionalne stroje – można założyć na festyn, byle nie na posiedzenie decyzyjne. Państwa narodowe będą miały przyszłość: w folderach promocyjnych i muzeach integracji.
Najzabawniejsze jest to, że wszystko to dzieje się dla naszego dobra. Dla bezpieczeństwa, klimatu, stabilności, równości, różnorodności i jednolitości – jednocześnie. Kto protestuje, ten nie rozumie wyzwań XXI wieku. Albo, co gorsza, czytał przypisy.
Biała księga to nie manifest. To instrukcja demontażu, opisana językiem konsultanta: bez emocji, bez polityki, bez odpowiedzialności. Jeśli coś pójdzie nie tak, winny będzie „proces”. Proces nigdy nie przeprasza.
A kiedy ktoś zapyta: „kiedy właściwie zgodziliśmy się na federalizację?” – odpowiedź już jest gotowa:
> „To nie była decyzja. To była ewolucja.”
I właśnie dlatego biała księga jest taka biała.
Bo czarne litery pisze się później.
Felieton felietonem, ale założenia są dość czytelne – tylko zapisane językiem, który usypia czujność szybciej niż posiedzenie rady nadzorczej o 7:30. W skrócie, Komisja Europejska zakłada, że:
1. Suwerenność jest pojęciem elastycznym
Formalnie zostaje, praktycznie przechodzi „rebranding”. Państwo nadal istnieje, ale głównie po to, by wdrażać decyzje zapadające gdzie indziej. Najlepiej bez zadawania pytań, bo pytania spowalniają integrację.
2. Decyzje centralne są z definicji mądrzejsze
Bruksela wie lepiej – bo ma dane, modele, algorytmy i ekspertów od wszystkiego, od klimatu po emocje wyborców. Lokalny kontekst? Uroczy folklor.
3. Integracja nie jest wyborem politycznym, tylko koniecznością
Nie dlatego, że ktoś ją chce, ale dlatego, że „świat się zmienia”. Skoro się zmienia, to trzeba oddać kolejne kompetencje – logika nie do podważenia.
4. Różnice między państwami są problemem technicznym
A skoro technicznym, to można je ujednolicić regulacją. Kultura, historia, modele społeczne? Do wyrównania w następnym pakiecie legislacyjnym.
5. Demokracja ma być efektywna, nie uciążliwa
Konsultacje społeczne – tak. Referenda – już mniej. Weto? Absolutnie nie. Demokracja działa najlepiej wtedy, gdy nie przeszkadza w zarządzaniu.
6. Solidarność jest obowiązkiem, ale asymetrycznym
Jedni solidaryzują się pieniędzmi, inni decyzjami, jeszcze inni posłuszeństwem. Kto dokładnie czym – ustala się później, najlepiej po fakcie.
7. Federalizacja nie istnieje (dopóki nie jest skończona)
To nie federalizacja, to „wzmocniona współpraca”, „nowa architektura” albo „odpowiedź na kryzys”. Słowo zakazane pojawi się dopiero w podręcznikach historii.
8. Proces jest ważniejszy niż odpowiedzialność
Nie ma winnych, są tylko etapy. Jeśli coś nie działa – trzeba więcej integracji. To jedyne lekarstwo przewidziane w recepcie.
Krótko mówiąc:
założeniem białej księgi jest to, że nikt nie musi się zgadzać, wystarczy, że nikt skutecznie nie zaprotestuje.
W białej księdze nie mogło też zabraknąć wspólnej armii, choć oczywiście nikt nie używa tego nieeuropejskiego, agresywnego słowa. To byłoby zbyt szczere. Mówi się więc o „wzmocnionej współpracy obronnej”, „komplementarności zdolności wojskowych” oraz „strategicznej autonomii”. Brzmi jak siłownia dla urzędników – zero potu, same wykresy.
Według wizji Komisji Europejskiej, każdy kraj zachowa własną armię. Tak jak zachowa własną walutę w muzeum bankowości i własną politykę zagraniczną w podręcznikach. Żołnierze będą narodowi, ale dowodzenie już wspólne. Sprzęt wspólny. Doktryna wspólna. Decyzje – oczywiście kolektywne, czyli takie, za które nikt konkretny nie odpowiada.
Zostaw komentarz