Nie  stosuję   się  do  wymaganej  przez stan wyjątkowy  subordynacji niewałęsania  po przygranicznej  z Białorusią strefie… i puszczam wodze pamięci, jak to przez cały graniczący  z tym państwem  odcinek  Bugu – płynąłem kajakiem. W PRL  na wodzie, na szlakach nie czuło się zepsutego oddechu historii, która nas wepchnęła w kleszcze realnego socjalizmu. Za każdym razem, odbijając kajakiem od brzegu człowiek — odzyskiwał wolność.

Znowu nie mogę sobie przypomnieć dokładnej daty, ale to chyba był rok 1977, albo 78  kiedy wziąłem udział w  organizowanym przez   „Express Wieczorny”  spływie tfu… „przyjaźni”  Bugiem — od Horodła do Siemiatycz. Głównym inicjatorem tej wyprawy był, sędziwy już  wtedy dobrze  redaktor sportowego działu Niedźwiecki (?). Był on też zapalonym brydżystą, opiekował się kadrą narodową brydża porównawczego kobiet. Spotkałem go później po spływie ( a może jednak wcześniej?) kiedy z żoną w ramach Mistrzostw Polski Mikstów w Łańcucie, reprezentowaliśmy, grając u Potockich w pałacu — województwo opolskie. Nawet zwabił moją żonę do kadry, ale zaraz z niej zrezygnowała, bo mieliśmy ze wsi, gdzie wtedy mieszkaliśmy – 20 kilometrów do najbliższej stacji.

No więc ten spływ Bugiem — odbywał się w niesamowitej atmosferze uniesienia. Na wieść  o możliwości płynięcia niedostępną dotąd rzeką, po której środku biegła  granica z ZSRR na spływ zgłosili  się  również  Matuzalemowie wioseł. Bardzo starzy, ale bardzo jeszcze wtedy dziarscy panowie. To był początek lipca, albo koniec czerwca. Kojarzę go, z tym że odbywał się zaraz po zakończeniu spływu Plebańczyka Sanem, bo stawił się tez  na niego, jadący z Przemyśla jego uczestnik liczący prawie 80 lat. Płynął na dmuchanym „Rekinie”, zawsze na samym końcu spływu. Parę razy go nawet na rzece, która właściwie cały czas  płynęła pod prąd, zawracana wiatrem za swoim kajakiem-    holowałem. Zebrana na tym spływie-  ocalała z wojennej zawieruchy  elita kajakarzy, z nostalgią wspominała swoje dawne   szlaki po kresowych rzekach i jeziorach  obecnie  niedostępnych, okropnie przy tym   złorzecząc Sowietom. Krzyczeli głośno, że  płyną środkiem Polski. Śpiewaliśmy zakazaną „Pierwszą Brygadę”, i  „Jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon”. Opowiadaliśmy sobie, zaśmiewając się do rozpuku…  antyradzieckie dowcipy. Albo  zapamiętaną  przez mnie  przyśpiewkę „ Wymieniali Corvalana na  jednego chuligana, trzeba teraz znaleźć taką bladź,  żeby Lońkę wymieniać”. Młodszym czytelnikom  wyjaśnię, że  w tej przyśpiewce chodziło o głównego  chilijskiego  komucha, którego Pinochet zamknął, a  sowieci  postanowili — wymienić go na znanego dysydenta Władymira Bukowskiego, a „Lońka” w tekście to urzędujący wtedy naczelny satrapa ZSRR.

Wiedzieliśmy jednocześnie również o tym, że na spływ skompletowano też ekipę esbecką, ale tych osiłków w zupełnie nowych składakach — izolowaliśmy. Jak taki jakiś… dopłynął do utworzonej na leniwszym odcinku Bugu „tratwy” złożonej  z dryfujących  kajaków  kresowych rewizjonistów, towarzystwo się natychmiast rozdzielało.  Bug  zachwycał swoją urodą rzeki nieuregulowanej. Wysokie brzegi podziurawione ptasimi gniazdami. A kiedy  się obniżały,  po polskiej stronie widać było   rozległe błonia, na których pasły się tabuny koni, dalej  dostrzec można było   zamożne  zagrody, wieżyczki  kościołów, a nawet   gdzieniegdzie, błyszczące w słońcu banie cerkiewek. A po radzieckiej stronie widać  tylko  było  ścianę  gęstego ponurego  lasu i rozstawione co  dwa  kilometry  wieżyczki  wartowników. O świcie i wieczorem  stamtąd  dochodził  warkot traktorów  pracowicie bronujących pas  granicznej zony. Opowiadając później swoim znajomym  wrażenia  z tego spływu, mówiłem o pejzażu,  przez który przepływał Bug … po jednej stronie Szołochow, a po drugiej – Sołżenicyn.

Mieliśmy także  silną  obstawę WOP, którą dowodził major, może nawet  pułkownik, będący w stałym kontakcie ze swoimi sowieckimi odpowiednikami, którzy cały czas przez lornetki nas z prawego brzegu Bugu obserwowali i podnosili okropny raban, że się niekiedy, jak jakieś dziecko wsunęło się do kokpitu, tak, że nie było go widać  i wtedy  nie mogli nas wszystkich doliczyć. Bali się straszliwie tego, że ktoś od nas do nich się przedostanie. Pokona rzekę, cały system drutów kolczastych, przebrnie przez zaorane pasy, umknie uwadze wież obserwacyjnych…. wybierze wolność. He, he!