W sezonie rezerwat Sine Wiry staje się jedną z najczęściej wybieranych tras spacerowych. Ci, którzy podążają dalej niż większość, po pierwszym kilometrze mijają charakterystycznego „łosia zawojskiego”, a kolejny odcinek prowadzi do miejsca, gdzie przed laty tętniła życiem wieś Zawój. Kilka minut marszu leśną ścieżką pod górę i nagle spośród drzew wynurzają się stare nagrobki oraz fundamenty cerkwi. Nie ma tu rwących potoków ani panoram połonin. Jest cisza — jakby niosła w sobie historię, której nikt nie wypowiada na głos.
Turyści pochylają się nad nagrobkami, odczytują inskrypcje i treści tablic. Jedna z nich wspomina Pelagię Szczerbę. Według przekazu, który dziś oficjalnie funkcjonuje na tablicy i w opowieściach przewodników, młoda kobieta miała zginąć z rąk komunistów, niosąc mężowi obiad w pole.
Jest jeszcze jedna, zupełnie inna relacja: Pelagia miała stać się przypadkową ofiarą podczas szturmu NKWD, wojska i milicji na wieś, w której stacjonował oddział UPA. Miała wybiec z domu, próbując uratować krowę — jedyne źródło utrzymania rodziny — i w chaosie strzelaniny została trafiona.
Która z tych historii jest prawdziwa, nie dowiemy się nigdy. Rodzina Pelagii, która wciąż przyjeżdża, by zapalić znicz, milczy.
Kolejna postać o tym samym nazwisku, o której nie mówi się wcale — Jan Szczerba, gajowy z Zawója. Ukrainiec, który sprzeciwiał się brutalności UPA. Człowiek, który nie godził się na mordy, rabunki i zastraszanie okolicznych Polaków. Za swoje przekonania zapłacił życiem — został bestialsko zamordowany na początku czerwca 1945 roku. Według przekazów na ścianie jego leśniczówki napisano słowo „zradnyk” — zdrajca.
Nie ma go na tablicach, nie pojawia się w opisach historii wsi. Jakby ktoś naprawdę chciał, by zapomniano o Ukraińcu zamordowanym przez własnych rodaków.
Nie wiadomo, gdzie znajduje się jego grób. Czy został pochowany tam, gdzie go zamordowano, czy może ktoś zdołał zorganizować mu cichy, godny pogrzeb na cmentarzu w Zawóju. Dziś to jedna z tych tajemnic, które zna już chyba tylko stara lipa — strażniczka mogił tych, którzy zostali tu na zawsze. Ona pamięta każdy szept, każde milczenie, każdą łzę.
Kiedyś, gdy byłem tam z człowiekiem, którego ojciec walczył na tym terenie, zatrzymaliśmy się przy cerkiewnym wzgórzu. Stał długo w milczeniu, jakby próbował dojrzeć ślady, których czas już dawno zatarł. W końcu powiedział cicho: „Tu zginęło kilku naszych. Upowcy bili do nich z MG. Okopali się obok cerkwi. Mój ojciec tam był…”. I znowu zapadła cisza — jakby nadal unosił się w niej huk dawnych strzałów.
Dziś turyści przechodzą przez teren dawnej wsi, nie myśląc, ile historii nie zostało opowiedzianych, ile imion nie zapisano, ile wspomnień ktoś kiedyś postanowił przemilczeć…
Pelagia Szczerba — młoda kobieta pochowana dziś pod ziemią, na której się urodziła — pozostaje symbolem tego, jak łatwo ginie prawda w czasie, w którym śmierć przychodziła zbyt często i zbyt szybko. Czy zginęła dlatego, że ktoś celowo ją zabił? Czy padła ofiarą przypadkowego strzału w szturmie? Czy wybiegła ratować krowę, czy niosła obiad mężowi? Nie sposób tego rozstrzygnąć. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć więcej — a ci, którzy wiedzą, milczą.
Pozostaje więc tylko cisza, w której mieszają się wszystkie możliwe wersje. Cisza, która nie wskazuje winnych ani nie wybiela sprawców. Cisza, która pamięta tragedię, lecz nie zamyka jej w jednym wygodnym zdaniu.
Tak jak pamięta Jana Szczerbę — gajowego niewpisującego się w żadną współczesną historię, a przecież zabitego i zapomnianego.
A może właśnie tak kończą się opowieści miejsc takich jak Zawój — bez ostatecznych odpowiedzi, bez pewników, bez pełnych imion i dat. Z pytaniami, które przetrwały dłużej niż ci, których dotyczą.
W tej dolinie, gdzie mgły snują się jak niedopowiedziane zdanie, Pelagia i Jan pozostają już tylko szeptem przeszłości. I nawet jeśli nigdy nie dowiemy się, jak dokładnie zginęli, jedno jest pewne: oboje stali się częścią tej samej, cichej historii o Bieszczadach — opowieści, w której życie i śmierć splatały się częściej, niż ktokolwiek chciałby pamiętać.
A las, jak zawsze, milczy.
Ale w jego milczeniu pobrzmiewa więcej, niż potrafimy wysłuchać.

Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz