Skończył się morski sezon handlowy, więc zwinąłem swój kramik i wróciłem do Warszawy, do nauczycielstwa. Złakniony kultury, spragniony sztuki wyszedłem na miasto, nasycić duchowe głody. Wypchany portfel mile łaskotał mnie w siedzenie, a buty z eco-skóry cicho sunęły po nowym bulwarze Trzaskowskiego.

Bo chociaż byłem tylko nauczycielem pomocniczym – w głębi ducha czułem się artystą. Dlatego jak na artystę przystało pierwsze kroki skierowałem do Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Wprawdzie moje twórcze aspiracje, kolidowały z realiami, które nie konkretyzowały się w żadnych dziełach, więc cierpiałem na ambiwalencję tożsamościową – ale tylko czasami. W takich, gorszych chwilach łapała mnie chandra i nękał kompleks białego Murzyna.
Lecz tym razem byłem w dobrej formie. Bez kompleksów otwarłem pierzeje białego gmachu i w eco lansadach sfrunąłem na marmurowe posadzki Muzejonu.

Najpierw załatwiłem, co trzeba w toalecie, później z małymi trudnościami związanymi z moimi brakami w angielszczyźnie, zamknąłem swój plecak w skrytce. Tak przygotowany byłem gotów na spotkanie ze sztuką nowoczesną.
Stanąłem przed kasą, nad którą widniały tytuły prezentowanych ekspozycji i poprosiłem recepcjonistę o bilet. Śniady bileter uważnie obejrzał moją legitymację nauczycielską, później zajrzał mi porozumiewawczo w oczy i rzekł nienaganną polszczyzną:
– W tej chwili dostępne są trzy wystawy czasowe, ale ponieważ jest już późno, więc wszystkich i tak nie zdąży pan zwiedzić. Radzę skupić się na jednej. Sądzę, że dla pana najodpowiedniejsza będzie – ta, zatytułowana – “Drogi Czarnych wkraczają na Biały Ląd”. Po czym uścisnął mi rękę i zainkasował czterdzieści złotych gotówką.

Przed wejściem na wystawę, zatrzymałem się jeszcze przy posągu, który wydawał mi się skądś znajomy. Rzeźba przedstawiała dwóch słusznego wzrostu proletariuszy z amputowanymi u nasady ramion rękami. Brązowi inwalidzi smutno spoglądali w stronę “Białego Lądu” i wcale nie wyglądali na zdobywców.
Zrobiło mi się ich żal, więc pstryknąłem sobie zdjęcie z kalekami – też bezrękie, bo w geście solidarności swoje kończyny skryłem za plecami.

Tabliczka przynależna do rzeźby informowała, że jest to, albo raczej był – Pomnik Przyjaźni Polsko-Radzieckiej dłuta Aliny Szapocznikow, który zdobił hol Pałacu Kultury w Warszawie. W ostatnim zdaniu autor inskrypcji jakby z żalem napisał, że w XXI wieku pomnik został pocięty, a usunięte części zagubiono, tak samo, jak zagubiono pasję i wiele innych atrybutów sztuki zaangażowanej”.

Ta nostalgiczna refleksja mi się nie spodobała, bo wciąż pamiętałem, chociaż chętnie bym o tym zapomniał, pewne dzieło sztuki nowoczesnej, które oglądałem w ubiegłym roku po powrocie znad morza w krakowskim MOCAK – u. Autor owego obrazu z taką pasją zaangażował się w promocję wartości LGBT, że w swojej krucjacie, jako atrybutu użył obnażonego członka Marszałka Piłsudskiego.

Ale porzucam dygresje i wracam do tematu.

Wystawę pt. “Drogi Czarnych wkraczają w Biały Ląd”, otwierało dzieło w kształcie gablotki – ołtarza, w której stały: butelka po czystej wódce, słoiki z przetworami domowymi i pocztówka z Togo. Ołtarz wieńczyła głowa Karola Marksa, podświetlona na czerwono z wbitą w potylice gwiazdą Dawida. O gablotkę opierała się stara laska.
Całość instalacji nosiła, nie wiedzieć czemu, nazwę – “Pożegnanie z Afryką”.

Widoki tego ołtarzyka, a wcześniej bezrękich proletariuszy oraz złe wspomnienia z MOCAK-u tak mnie przygnębiły, że straciłem dobre samopoczucie i dopadła mnie czarność.

Odeszła mi ochota na sztukę nowoczesną i czmychnąłem z Białego Lądu z powrotem do mojej murzyńskości.

Ślizgając się na marmurowej posadzce, uciekałem z Muzeum, a śniady recepcjonista żegnał mnie uniesioną dłonią.
– Murzyni wszystkich krajów łączcie się – pomyślałem, oddając mu gest naszej, czarnej solidarności.

Autor: Marek Szarek