W Europie wielokrotnie tworzono wspólne programy przemysłowe i zbrojeniowe. Prawie zawsze działał ten sam mechanizm. Projekty są przedstawiane jako wspólne, europejskie, budujące bezpieczeństwo i integrację. Gdy jednak spojrzymy na podział produkcji i technologii, okazuje się, że największe korzyści trafiają do najsilniejszych gospodarek.

Dobrym przykładem jest program myśliwca Eurofighter Typhoon. Produkcja była rozdzielona między kilka państw, ale kluczowe elementy powstawały w największych gospodarkach Europy.

W Niemczech firma Airbus Defence and Space odpowiadała za centralną część kadłuba i część systemów elektronicznych.

W Wielka Brytania koncern BAE Systems produkował przednią część samolotu i integrował systemy pokładowe.

Leonardo S.p.A. we Włoszech wytwarzało skrzydła i elementy elektroniki.

Już wtedy było widać, że wspólny program oznacza przede wszystkim rozwój przemysłu w krajach, które już posiadają silne zaplecze technologiczne.

Podobnie wygląda historia koncernu Airbus. Formalnie to europejski projekt, ale główne centra konstrukcyjne i największe zakłady znajdują się we Francji i w Niemczech. Tam powstają najbardziej zaawansowane technologie, tam powstają miejsca pracy i tam pozostaje największa część wartości dodanej.

Ten sam schemat widać w projektach zbrojeniowych nowej generacji, takich jak program czołgu MGCS, który jest rozwijany głównie przez koncerny Rheinmetall i KNDS pod przewodnictwem Niemiec i Francji.

Dlatego pojawiają się pytania także w przypadku programu SAFE. Oficjalnie ma on finansować europejską produkcję zbrojeniową. W praktyce największą przewagę mają firmy z państw, które już posiadają potężny przemysł obronny.

Nieprzypadkowo niemiecki koncern Rheinmetall już na początku programu zaczął zakładać spółki w Polsce, m.in. w Warszawie i w Gliwicach. Formalnie mogą one występować jako projekty działające w Polsce, ale kapitał, technologia i strategiczne decyzje pozostają w niemieckiej centrali.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie. Czy program SAFE zbuduje realną siłę polskiego przemysłu zbrojeniowego, czy raczej rozszerzy działalność największych koncernów zachodniej Europy, dla których Europa Środkowa stanie się przede wszystkim rynkiem produkcji i sprzedaży. Bo historia europejskich programów przemysłowych pokazuje jedno: wspólne projekty rzadko są naprawdę równe.

Dlatego w polskiej debacie pojawia się dziś inna koncepcja finansowania zbrojeń, oparta na inicjatywie prezydenckiej. Jej logika jest prosta: zamiast zadłużać państwo w zagranicznych mechanizmach kredytowych, środki na rozwój armii mogłyby w dużej części pochodzić z zysków NBP.

Taki model ma dwie zasadnicze zalety. Po pierwsze, nie tworzy dodatkowego zadłużenia państwa wobec zagranicznych instytucji finansowych. Pieniądze pozostają w krajowym systemie finansowym, a więc nie obciążają gospodarki długiem spłacanym przez kolejne pokolenia.

Po drugie, daje państwu znacznie większą swobodę decyzji. Polska sama decyduje, jakie systemy uzbrojenia rozwijać, które technologie kupować i gdzie lokować produkcję. W takiej logice środki przeznaczone na zbrojenia nie są tylko wydatkiem, lecz stają się inwestycją w rozwój własnego przemysłu.

Oznacza to nowe zamówienia dla krajowych zakładów, rozwój technologii i miejsca pracy dla polskich inżynierów. Pieniądze przeznaczane na bezpieczeństwo zaczynają pracować w gospodarce, zamiast w dużej części odpływać do zagranicznych koncernów.

Właśnie dlatego w dyskusji o bezpieczeństwie coraz częściej wraca prosta zasada: państwo naprawdę wzmacnia swoją siłę wtedy, gdy nie tylko kupuje broń, lecz potrafi ją również projektować i produkować u siebie. Właśnie dlatego gońmy nachalnych akwizytorów,a tych z Niemiec szczególnie.