- Nie, nie jest właściwe okazywanie wrogości Ukraińcom za to, że nie podoba nam się polityka polskich władz wobec Ukrainy. Za politykę polskich rządów powinni odpowiadać polscy politycy, a nie imigranci uciekający przed wojną. Niemniej taka reakcja społeczna na nachalnie proukraińską politykę była oczywista.
- Uważam, że silna i trwała współpraca Polski i Ukrainy miałaby bardzo korzystny wpływ na naszą sytuację. Być może doprowadziłaby nawet do zmiany geopolitycznej sytuacji w naszym regionie.
- I co z tego? Z tego wcale nie wynika, że taki związek kiedykolwiek powstanie. Ponieważ nie wystarczą do tego wyłącznie nasze chęci.
- Przeszkodą nie jest tu bowiem postawa polskiego społeczeństwa, lecz nastawienie społeczeństwa ukraińskiego. Ukraińska wspólnota narodowa definiuje się przecież w opozycji do polskości.
- Niechęć Ukraińców do Polaków przypomina naszą nieufność do Niemców. Nie należy więc tego łączyć z jakimiś konkretnymi zdarzeniami. Po prostu negatywny stosunek do Polski jest częścią ukraińskiej tożsamości. W ten właśnie sposób naród ukraiński siebie definiuje.
- Dlatego ukraińska niechęć do Polski bez wątpienia została wzmocniona w czasie trwającej obecnie wojny. Nie zmienią tego oficjalne gesty sympatii. Tu nie chodzi o to, że coś złego się wydarzyło. Po prostu walcząca Ukraina wzmacniała swoje tożsamościowe fundamenty, w których historycznie zakorzeniona jest wrogość do Polski.
- Niezależnie więc od tego, co my zrobimy, aby stworzyć warunki do pojednania z narodem ukraińskim, niczego to nie zmieni. Problem nie tkwi w nas. Dlatego nasze chęci niczego nie zmienią. To niechęć Ukraińców do Polski ma charakter fundamentalny, a nawet fundamentalistyczny. Dlatego Ukraińcy muszą przepracować swój stosunek do nas. Jeżeli tego chcą.
- Tymczasem Ukraińcy zawsze mają pod ręką długą listę pretensji do polskiego społeczeństwa — poczynając od ciemiężenia ludności ukraińskiej w dobie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, aż po akcję „Wisła” i blokowanie importu ukraińskiego zboża. Jednak wcale nie jest to lista polskich win. To miara ukraińskiej niechęci do nas, która ma ich usprawiedliwić, dlaczego nie chcą pojednania.
- Nawet polska pamięć o ofiarach zbrodni wołyńskiej traktowana jest jako kolejna nasza wina. Bowiem w świadomości ukraińskiej Wołyń był efektem krzywd doznanych przez naród ukraiński. Powinien więc nas skłonić do refleksji nad naszymi błędami w relacjach z Ukrainą. Tymczasem my występujemy w roli ofiary. To jest kolejny dowód naszej złej woli. Dlatego z ukraińskiego punktu widzenia przeszkodą w naszych relacjach jest nasza pamięć o zbrodni, a nie ich zbrodnia.
- To prawda, Ukraina nie była jednolita. Tożsamość oparta na wrogości wobec Polski ukształtowała się w Zachodniej Ukrainie. Wschodnia Ukraina była inna — bardziej antyrosyjska niż antypolska. Z tej tradycji wywodził się Symon Petlura, sojusznik Polski i przyjaciel Piłsudskiego. Ale Wschodnia Ukraina przegrała i jej już nie ma.
- W okresie międzywojennym z pomocą władz komunistycznych antypolski nacjonalizm zachodnioukraiński zniszczył tożsamość Wschodniej Ukrainy. Pozytywny stosunek do Polski potraktowano bowiem jako dowód zdrady sprawy narodowej. Nazywano to ukrainizacją Ukrainy. W konsekwencji dzisiaj cała Ukraina utożsamia się z tradycją śmiertelnego konfliktu z żywiołem polskim.
- Natomiast skłonność naszych analityków do odwoływania się do epizodu przyjaźni polsko-ukraińskiej z czasów Petlury jest rodzajem auto-manipulacji. Na Ukrainie nikt już nie pamięta o Petlurze, a jeżeli już, to jest traktowany jako zdrajca sprawy narodowej. Dlaczego? No właśnie z powodu jego przyjaznych relacji z Polską.
- A jednak propagatorzy idei budowy Polski Jagiellońskiej opartej na pojednaniu polsko-ukraińskim nie chcą brać tego pod uwagę. Nie jest tak, że oni tego nie wiedzą. Oni świadomie siebie oszukują. Mają bowiem tak ważną misję polityczną, która w ich przekonaniu usprawiedliwia nawet manipulowanie prawdą historyczną.
- Chcą więc też wierzyć, że ukraińskie pretensje do Polski są wygłaszane ze szczerą intencją znalezienia rozwiązania. Inaczej musieliby przyznać, że ich wielkie projekty polityczne nie są nic warte. Biją się więc w pierś za wszystkie polskie winy, w przekonaniu, że doprowadzi to do pojednania z narodem ukraińskim.
- Problem polega jednak na tym, że lista ukraiński pretensji do Polski, nie jest wcale preliminarzem pokojowym. To jest akt oskarżenia. A polskie bicie się w pierś – jest przyznaniem się do winy. To wcale nie zaspakaja roszczeń ukraińskich.
- W pewnym momencie naszej historii narodziło się przekonanie, że jedynym skutecznym narzędziem polskiej polityki może być badanie naszych win i przepraszanie. Byliśmy wiele lat pod zaborami, okupacją i komunizmem, ale okazało się, że to my jesteśmy za wszystko winni. Za rozbiory. Za komunizm. Za holokaust. Za rzeź wołyńską. Za klęskę Petlury.
- Być może niektórym wydaje się, że maniera przepraszania za wszystko jest moralnie wzniosła. To rodzaj naszego nowego mesjanizmu. Bo my jak Chrystus narodów bierzemy na siebie odpowiedzialność za nasze i wasze winy.
- Problem polega tylko na tym, że to niczego nie rozwiązuje. Przynajmniej w relacjach z Ukrainą. Ponieważ przeszkodą na drodze do naszego pojednania jest postawa ukraińska, a nie nasza. To Ukraina musi się zmienić. Natomiast my powinniśmy jasno sprecyzować nasze oczekiwania w tym względzie. Bo dla mnie posługiwanie się banderowskimi flagami jest aktem wrogości wobec Polski. Być może Ukraińcy powinni to wiedzieć?
- Nie uważam, aby taka polska asertywność oznaczała zaprzepaszczenie szansy, na porozumienie. Przeciwnie, tylko wtedy nasze relacje będą miały zdrowe podstawy. Bo muszą się one opierać na wzajemnym poszanowaniu swoich wartości.
- Dlatego postawa prezydenta Karola Nawrockiego, wobec Ukrainy, budzi moją nadzieję. To nie jest żaden akt wrogości, ale budowanie normalnych relacji między naszymi narodami o trudnej historii. Do tej pory strona polska tak jakby nie była reprezentowana.
Zostaw komentarz