Sześć lat temu miałem pierwszy atak serca. Karetka zabrała mnie do szpitala prosto z kajaka, którym pokonywałem szumy na Tanwi. Nie pamiętam, czy byłem wtedy bardziej przerażony, czy zszokowany, że zawał przydarzył się komuś takiemu, jak ja – kajakarzowi, tenisiście, sportowcowi!
Ale naprawdę zacząłem się bać, kiedy czekałem na pomoc w biłgorajskiej lecznicy przypominającej “Szpital na peryferiach” z czeskiego filmu, i kiedy zamiast doktora Strossmayera wyszedł do mnie lekarz Murzyn i wesoło oznajmił:
– To zawał, ale tu nie możemy panu pomóc. Jeżeli przeżyje pan noc, rano ambulans odstawi pana do kliniki w Zamościu.
Przeżyłem. W zamojskiej klinice wszczepili mi dwa stenty i położyli na łóżku pod oknem z widokiem na roztoczańskie wzgórza. Zaraz po operacji, leżąc w szpitalnym łożu, nawet byłem rad z zaistniałej sytuacji. Najbardziej cieszyłem się z tego, że nie będę już musiał chodzić do szkoły, gdzie miałem pod opieką wyjątkowo trudnego ucznia, i że będę miał dużo czasu na czytanie.
Wracam do tych wspomnień pod wpływem lektury Mikołaja Grynberga pt. “Rok, w którym nie umarłem” Książka została napisana w konwencji kreatywnego reportażu, polskiej specialite a la maison, w której fakty splatają się z fikcją, jak życie ze śmiercią.
Ale opowieść Grynberga wpędziła mnie w kompleksy. Czytając jego kardiologiczną story, czułem się, jak ubogi duchem krewny. Bowiem bogactwo zawałowych wzruszeń, którymi pisarz dzieli się z czytelnikami, oszałamia.
Powiedzieć o autorze, że jest czułym narratorem własnej historii choroby, to nic nie powiedzieć. Kartki jego książki są, aż mokre od łez, a wzruszających momentów jest tam więcej, niż przecinków w zdaniach.
Narrator na każdej stronie opowieści, ulega ekstremalnym emocjom. Płacze, gdy boi się, że umrze i płacze z radości, że żyje.
Łka nawet w najmniej do tego oczekiwanych okolicznościach, jak wtedy kiedy, zobaczył, że matka przyniosła jego sąsiadowi zza szpitalnego parawanu – blachę z ciastem.
Bohater zakochuje się w lekarzu, który go operował i przeżywa epifanię zjednoczenia z sąsiadami leżącymi na OIOM-ie, gdy rytmy ich serc, odmierzane pikaniem monitorów, ulegają synchronizacji.
Lektura nominata nagrody Nike, nie tylko przysporzyła mi kompleksów, ale też zdenerwowała.
Albowiem autor reportażu wciąż wraca do myśli o czających się w przyszłości kolejnych zawałach. Panicznie boi się powtórnego ataku serca. Chciałby znaleźć sposób na zmierzenie czasu, jaki pozostał mu do końca i planuje własny pogrzeb. To irytująca obsesja.
Ja po zawale o tym nie myślałem. Cieszyłem się z każdego objawu powrotu do zdrowia. Z dobrego jedzenia, alkoholu, seksu – jak na emocjonalnego prostaka przystało.
Drugi zawał przydarzył mi się w krakowskim szpitalu, podczas wykonywania zabiegu koronarografii.
– Miał pan szczęście, że złapał pana na stole operacyjnym. Taki zbieg okoliczności, to jak wygrana w totolotka – powiedział lekarz, który mnie operował.
Po tym drugim, “szczęśliwym” zawale czuje się, jak nowo narodzony i nie myślę o trzecim.
Wchodzę na 4 piętro, jeżdżę na wycieczki rowerowe i znowu przymierzam się do wioseł.
Na jutro planuję wielką, kajakową wyprawę do Wolina, gdzie w ramach Festiwalu Słowian i Wikingów odbędzie się rekonstrukcja bitwy o Jomsborg.
Na straganie zostały mi jeszcze niesprzedane łuk i strzały. Zabiorę je ze sobą i stanę do walki po stronie Słowian!
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz