Coraz częściej dochodzę do wniosku, że największym problemem polskiej polityki nie jest wcale to, kto ma jakie poglądy. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek zdobywa władzę i zapomina, że nie dostał jej na własność. A tak niestety jest w wielu przypadkach.

Kraków, Częstochowa… Referenda, w których mieszkańcy powiedzieli swoim włodarzom „dość”. Jedni reprezentowali KO, drudzy Lewicę. W innych samorządach podobne pretensje kierowane są pod adresem polityków prawicy.

Jeśli chodzi o Lewicę to uważam, że nie powinna istnieć na scenie politycznej w tym wydaniu. To dawne PZPR jedynie przemianowane. Oczywiście, w demokracji ma prawo istnieć partia o poglądach lewicowych, ale nie ta z panem Czarzastym jako symbolem.

Różne barwy partyjne, różne hasła, a jednak powraca to samo pytanie: co dzieje się z niektórymi ludźmi, kiedy już zasiądą w fotelach?

Czy urząd nadal jest dla nich służbą, czy staje się wygodnym miejscem do budowania własnych wpływów, układów i pozycji?

I nie jest to problem wyłącznie wielkich miast.

W samorządach również mamy prawo pytać, rozliczać i oczekiwać odpowiedzi. Mamy prawo interesować się tym, jak wydawane są nasze wspólne pieniądze, jakie inwestycje przynoszą rzeczywiste korzyści, jakie dodatkowe środki udaje się pozyskać i czy publiczne funkcje służą mieszkańcom, czy przede wszystkim budowaniu wizerunku osób, które je sprawują.

Bo samo podzielenie pieniędzy z budżetu nie jest jeszcze nadzwyczajnym osiągnięciem. To obowiązek. Prawdziwe efekty widać w rozwiązanych problemach, pozyskanych funduszach, dobrze przygotowanych inwestycjach i poprawie jakości życia mieszkańców.

A publiczna promocja? Powinna mieć swoje granice. Trudno nie zadać pytania, gdzie kończy się rzetelne informowanie mieszkańców, a zaczyna starannie przygotowany wizerunek osoby sprawującej funkcję publiczną.

Jedno zdjęcie czy jeden materiał nie przesądza o niczym. Ale gdy komunikacja urzędu coraz bardziej przypomina osobistą kampanię wizerunkową, mieszkańcy mają prawo pytać, kto za to płaci, jaki jest tego cel i czy rzeczywiście służy to interesowi publicznemu.

Nie ma nic złego w informowaniu o działaniach samorządu. Czym innym jest jednak informacja publiczna, a czym innym promocja konkretnych osób za pieniądze wszystkich mieszkańców. Publiczne środki powinny służyć przede wszystkim publicznym celom, a nie budowaniu prywatnego kapitału politycznego.

Nie twierdzę, że każdy samorządowiec działa w ten sposób. Byłoby to niesprawiedliwe. Wiem jednak, że żadna funkcja publiczna nie powinna chronić przed pytaniami, krytyką ani oceną społeczną.

I właśnie dlatego tak zastanawiają mnie sondaże.

Jeżeli w kolejnych miejscach mieszkańcy wyrażają sprzeciw wobec sposobu sprawowania władzy, dlaczego poparcie dla niektórych ugrupowań na szczeblu krajowym nadal pozostaje wysokie?

Może wyborcy oddzielają lokalnych włodarzy od partii. Może w wyborach parlamentarnych kierują się innymi sprawami. Ale może powinniśmy też uważniej przyglądać się temu, jak w praktyce funkcjonuje nasza demokracja.

Bo demokracja to nie tylko możliwość oddania głosu. To również prawo do zadawania niewygodnych pytań, domagania się przejrzystości i oczekiwania, że osoby sprawujące władzę będą traktować obywateli z szacunkiem.

Nie chcę Polski, w której trzeba należeć do właściwego środowiska, by być wysłuchanym. Nie chcę samorządów, w których krytyka jest odbierana jako wrogość. I nie chcę polityki, w której ważniejsze od efektów pracy staje się to, kto z kim trzyma.

Jest jeszcze coś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko: strach przed zabraniem głosu.

Bo co dzieje się z demokracją, kiedy ludzie zaczynają się zastanawiać, czy za zadanie niewygodnego pytania nie spotka ich publiczne upokorzenie, zarzut braku lojalności albo zawodowe konsekwencje?

Kiedy krytykę odbiera się jak osobistą obrazę, a sprzeciw traktuje jak atak na autorytet, ludzie uczą się milczeć. Nie dlatego, że nie mają nic do powiedzenia, lecz dlatego, że zaczynają kalkulować, ile może ich kosztować powiedzenie prawdy.

A przecież urząd publiczny nie jest prywatnym folwarkiem, a krytyczne pytanie nie jest obrazą majestatu. W demokracji lojalność wobec wspólnoty nie może oznaczać obowiązku milczenia.

Jeśli chcemy mieć dobre samorządy, musimy tworzyć przestrzeń, w której można się nie zgadzać, wskazywać błędy i domagać się wyjaśnień bez obawy, że sama krytyka zostanie potraktowana jako przewinienie.

Nie ma znaczenia, czy ktoś nosi barwy prawicy, centrum czy lewicy. Standardy powinny obowiązywać wszystkich.

Bo stanowisko kiedyś się kończy. Partyjne szyldy się zmieniają. Pozostaje natomiast pytanie, co naprawdę zrobiliśmy dla ludzi, którym obiecaliśmy służyć.

Władza przemija. Odpowiedzialność za jej sprawowanie pozostaje.

I może właśnie od tego powinniśmy zacząć naprawę naszego życia publicznego.

A Wy? Czy potrafimy jeszcze rozliczać polityków z rzeczywistych efektów ich pracy, niezależnie od tego, z jakiej partii pochodzą?

#Samorząd #Odpowiedzialność #Jawność #Demokracja