Niedawno popełniłem felietonową fraszkę, opowiadającą o moich nadmorskich przygodach handlowych i towarzyskich.
Pozwoliłem sobie tam na żartobliwą aluzję do niesławnej kolizji drogowej, którą jakiś czas temu spowodował był – Jerzy Stuhr.

A w dniu następnym dowiedziałem się, że aktor zmarł w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie.
W ten sposób, życie napisało dalszy ciąg mego felietonu, a śmierć go spuentowała.
Zgon artysty spowodował wysyp wspomnień i komentarzy, związanych z życiem i sztuką Jerzego Stuhra.
Większość wypowiedzi oddawała zmarłemu cześć, jako artyście i dystansowała się do jego obyczajów politycznych.

Z jednej strony słychać było pienia i hołdy, składane Panu Jerzemu za niezapomniane kreacje aktorskie, a z drugiej – głosy wypominające mu niesławne wystąpienie, w którym oświadczał, że wstydzi się mówić po polsku za granicą. Ta deklaracja złożona przez człowieka, dla którego mowa ojczysta była narzędziem pracy, a sztuka słowa zródłem sławy, wzbudzała największe oburzenie.

Dlatego uważam, że artyści żyjący w krajach wolnych i demokratycznych, powinni być wstrzemięźliwi w okazywaniu swoich wyborów politycznych, a już na pewno nie powinni obrażać pogardliwymi sądami rodaków o odmiennych poglądach.

Oczywiście, te zastrzeżenia nie dotyczą dyktatur i państw totalitarnych, gdzie sztuka i życie splatają się w jeden węzeł, ciasno zawiązany na gardłach obywateli. Tam artysta ma nie tylko prawo ale i obowiązek walczyć dowolnym orężem.

Nie mam też zastrzeżeń wobec wypowiedzi o charakterze politycznym, zaszytych w samej twórczości bo jej materią jest fikcja, a probierzem słuszności sukces lub klęska artystyczna.

Wracając zaś do Jerzego Stuhra. Był wielkim aktorem teatralnym i filmowym.
Nie zdążyłem zobaczyć go w jego ostatniej roli w sztuce T. Słobodzianka pt. “Geniusz”, gdzie wcielił się w postać twórcy metody aktorskiej – Stanisławskiego. Bez Stanisławskiego nie byłoby współczesnego teatru i filmu w formie, jaką znamy. To “systiema aktiorskiej raboty” radzieckiego teoretyka uformowała największe gwiazdy amerykańskiego kina: De Niro, Pacino, Hoffmana…
Krytycy pisali, że Stuhr stworzył w “Geniuszu” – nomen omen genialną kreację. Wierzę bo miał doskonale opanowane rzemiosło, talent i naturalną vis comica, a dramat Słobodzianka dał mu pole do popisu.

W “Geniuszu” aktor odtwarzający postać Stanisławskiego pouczał Stalina, jak powinien się zachowywać w trakcie przemówień, żeby zrobić mocniejsze wrażenie na słuchaczach. Pokazywał wodzowi światowego proletariatu, jak przekuć w siłę niesprawność lewej ręki, którą generalissimus wstydliwie chował za pazuchą. Radził, jak z banalnej czynności nabijania fajki, zrobić misterium grozy, którym można trzymać w napięciu przerażonych towarzyszy, jak myszy hipnotyzowane przez węża.
Żałuje, że nie oglądałem tego spektaklu.

Zdarza się, że niektórzy wybitni aktorzy padają ofiarą złudnego przeświadczenia, że wielkość ich osób jest równa postaciom, które odgrywają. Że nie tylko na scenie są równi Cezarom.

To megalomanica paranoica idendificata – aktorska choroba zawodowa. Bywa zaraźliwa. W minionym okresie chorowało na nią wielu polskich ludzi teatru. Być może przez chwile uległ jej tez Wielki Aktor.

Nie wiem, w jakim języku rozmawia teraz Jerzy Stuhr z Panem Bogiem. Mam nadzieję, że w języku miłości i dobrej pamięci Bo na nie zasłużył.

Autor: Marek Szarek