Aby zrozumieć proces wyłaniania się Nowożytności ze Średniowiecza trzeba zrozumieć samo Średniowiecze, które nie stanowi jakiegoś spójnego okresu historycznego, ale właściwie jawi się jako okres wielkiego chaosu, permanentnego kryzysu – zarówno w zakresie porządku świeckiego jak ideowego. Jedyne, co sprawia wrażenie, że Średniowiecze wydaje się współczesnym raczej pewnym „punktem startowym” dla kolejnych epok a nie samodzielną ogromną epoką, jest nikła znajomość jego wewnętrznej dynamiki. W efekcie – współczesnym wydaje się, że „był czas katedr i stosów” a po nim nastał świat „humanizmu i nauki” – a zmiana nastąpiła jak gdyby tak dlatego, że „ludzie nagle zmądrzeli” – porzucili „zabobon” i zajęli się „nauką”.

W efekcie – sam Renesans jest również przedstawiany w sposób „zdziecinniały” – przede wszystkim z perspektywy zmiany środków wyrazu artystycznego, wzrostu zainteresowania antykiem i sprzeciwem wobec „tyranii” Kościoła. Jednak filozoficzno-teologiczne postawy epoki oraz jej głębokie zróżnicowanie są tu właściwie zapoznane tak samo, jak w przypadku epoki wcześniejszej.

Za wykształcenie się tak skrajnie uproszonego obrazu odpowiada przede wszystkim Pozytywizm – z jego liniową koncepcją postępu i sekularyzmem. Odrodzenie jest tu właściwie rozumiane jako przygotowanie do Oświecenia i charakterystycznej dla niego „metody naukowej”. Z takiej perspektywy Renesans, to wyraz lepszego zrozumienia świata wynikającego z „odrzucenia skostniałych koncepcji scholastycznych”. Zarazem, poza być może wąskim gronem studentów filozofii i teologii, w ogóle nie uczy się dziś czym właściwie była owa „scholastyka” i dlaczego przez ponad 500 lat stanowiła podstawę, na której oparty był światopogląd średniowieczny. Scholastyka, to dla człowieka współczesnego po prostu „jakieś bzdury” a Średniowiecze – całe – to właściwie „Mroki Średniowiecza” – tak, jak opisał je Józef Putek w swojej głośnej książeczce. Tym trudniej ludziom współczesnym zrozumieć, że „prawdziwy” zabobon zaczął się właśnie w Odrodzeniu i to Renesans a nie Średniowiecze jest czasem rozkwitu magii, alchemii, wszelkiego okultyzmu, wiary w demony i czarownice, wojen religijnych i niegasnących stosów. Mówiąc wprost – system współczesnej edukacji jest skrajnie pozytywistyczny i oparty na oświeceniowej idei postępu rozumianej właściwie jako heglowski „Duch Dziejów” pchający historię w stronę „coraz lepszej” współczesności. Ahistoryzm czy wręcz prezentyzm jest jej cechą immanentną.

Tymczasem Renesans zrodził się w samej scholastyce. To jak najbardziej scholastyczne dociekania ujawniły nierozwiązywalne sprzeczności w średniowiecznym światopoglądzie, które narosły przez pokolenia w związku z podejmowanymi przez Kościół próbami przezwyciężania kolejnych herezji i budowy spójnego systemu doktrynalnego, w którego centrum znajdował się urząd papieski – urząd, którego powaga była notorycznie nadwyrężana ciągnącymi się przez całe wieki skandalami, walkami o władzę i narastającym apodyktyzmem.

Te wewnętrzne konflikty wynikały wprost z tego, że doktryna katolicka powstawała w wyniku specyficznego zlania się w obrębie jednego systemu wielu różnych prądów religijnych, ruchów mistycznych i poglądów filozoficznych, które od czasów najdawniejszych próbowano jakoś uporządować tak, aby zmieścić nauczanie Jezusa w tych dużo szerszych ramach. Aby zrozumieć dlaczego w ogóle takie próby podejmowno, trzeba zrozumieć, że Chrześcijaństwo powstało i rozwijało się w Imperium Rzymskim i na gruzach tego, co po nim zostało a prawdziwą istotą Rzymu, jego naczelną zasadą było prawo rzymskie, skonstruowane jako logiczny, maksymalnie domknięty system wzajemnie ze sobą powiązanych zasad. Chrześcijaństwo zachodnie rozwijało się zatem jako próba uporządkowania w systemie, którego struktura odzwierciedlała prawo rzymskie tak różnych nurtów jak: nauczanie Chrystusa, tradycję żydowską, myśl grecką, manicheizm i hermetyzm.

Mechanizm ten powoli, ale systematycznie odsiewał „herezje”, czyli poglądy, które nie dawały się – zdaniem ojców i doktorów Kościoła – pogodzić z nauczaniem Chrystusa, oraz dokładał kolejne „dogmaty” w taki sposób, aby uzupełnić różne luki w doktrynie, chociaż nierzadko dogmaty te służyły celom czysto politycznym – takim jak niedopuszczenie do rozłamu w Kościele lub po prostu konsolidacji jego władzy. Osoby interesujące się historią Kościoła mogą poczytać o toczących się przez setki lat sporach z Arianami, Nestorianami, Monofizytami, zwolennikami monoteletyzmu, ale także z przeciwnikami poglądu na temat transubstancjacji Naświętszego Sakramentu itd.

To właśnie przyjęty u zarania Chrześcijaństwa sposób jego uporządkowania w sposób strukturalnie podobny do prawa rzymskiego powodował, że spory te były tak ostre a często wręcz gwałtowne i kończące się tragicznie dla strony przegranej. Możemy je przyrównać do współczesnych sporów o „lub czasopisma” i podobne detale w ustawach, przy czym w przypadku doktryny mamy do czynienia bardziej ze sporami o brzmienie Konstytucji a nie pomniejszych ustaw. Tutaj ważne jest każde słowo i każdy przecinek! Być może takie porównanie pozwoli Wam zrozumieć, dlaczego niezbyt dziś nawet zrozumiały spór o „filioque” zapoczątkowany zdawałoby się drobnym nieporozumieniem na Drugim Soborze Truliańskim w r. 692 r. doprowadził w 1054 r. do Wielkiej Schizmy Wschodniej.

Okres od IX do XI wieku, to okres permanentnych turbulencji, nieustannych zmian papieży i antpapieży, dwuwładzy w Kościele i wynikłego stąd sporu o inwestytuturę. Okres przedzielony paniką roku tysięcznego i pierwszymi próbami przezwyciężenia kryzysu. Do osłabienia kościelnego autorytetu przyczyniały się też pojawiające się gdzieniegdzie tłumaczenia Pisma Świętego na języki narodowe, czemu Kościół był mocno przeciwny twierdząc, jak papież Grzegorz VII iż:

„Nie bez powodu spodobało się Bogu Wszechmogącemu, aby Pismo Święte było dla niektórych ludzi pewną tajemnicą. Gdyby było łatwo dostępne dla wszystkich, być może byłoby mało cenione i mogłoby się nie spotkać z należnym mu szacunkiem a nawet być źle zrozumiane przez tych, którzy mając przeciętną wiedzę doprowadziliby się tak do błędu.”

Delikatna równowaga średniowiecznej doktryny katolickiej polegała na odpowiednim zbalansowaniu „objawionego” komponentu nauczania Chrystusa z odziedziczoną po Grekach racjonalnością. Na przełomie tysiąclecia równowaga ta zaczęła się chwiać.

Pierwszym powodem był wspomniany wyżej kryzys autorytetu, korupcja i wciąż żywo pamiętana „pornokracja” papieży i części duchowieństwa. Reakcją na to była tendencja do ascezy. To właśnie wówczas powstają zakony Kamedułów (1012) i Cystersów (1098) nawiązujące do oryginalnej reguły benedyktyńskiej z 529 r.

Z czasem zaczęła pojawiać się potrzeba mistycyzmu – odejścia od doktrynalności na rzecz „nauczania apostolskiego” i bezpośrednich odwołań do życia Jezusa, oraz w różnym stopniu nasyconych komponentem hermetycznym i gnostycznym. Znajdujemy tu Joachima de Fiore (1130-1202), Katarów, Piotra Waldo i Waldensów, Humiliatów, a w końcu Św. Franciszka z Asyżu i zapoczątkowaną przez niego nową formację katolickiej duchowości.

Drugą przyczyną było stopniowe poznawanie przez Zachód dzieł Arystotelesa i jego arabskich komentatorów, w szczególności Awicenny i Awerroesa. Tutaj słowo wyjaśnienia. Chociaż Arystoteles od czasów Św. Augustyna, czyli od IV wieku, był uważany za wielki autorytet, to jego poglądów nie znano bezpośrednio, gdyż jego pisma zaginęły, ale wyłącznie z cytatów i komentarzy późniejszych myślicieli greckich, w szczególności wywodzących się z nurtu zwanego dziś neoplatonizmem, czyli filozofów działających w III w. po Chrystusie, a nie jak Arystoteles w III w. przed naszą erą. Poglądy neoplatoników, które mocno wpłynęły na rozwój Chrześcijaństwa nie do końca pokrywały się poglądami samego Arystotelesa, więc za każdym razem, kiedy odkrywano kolejne dzieła Stagiryty wywoływało to pewien wstrząs w świecie chrześcijańskim. Był to jednak proces powolny. Pierwszych tłumaczeń fragmentów dzieł Arystotelesa na łacinę dokonał jeszcze na początku VI w. Boecjusz, ale dopiero za sprawą kontaktów z Arabami proces poznawania jego dzieł przyspieszył. W 1140 r. Zachód był już w posiadaniu wszystkich dzieł Arystotelesa z zakresu logiki. Za pośrednictwem tych pism Chrześcijaństwo zetknęło się z racjonalistyczną wizją świata odrzucającą dualizm idea-materia.

Trzecią przyczyną była wspominana przeze mnie już wcześniej ekspansja poglądu hermetycznego, proponującego odmienną niż Chrześcijaństwo wizję świata, wizję różniącą się przede wszystkim w jednym ważnym szczególe: Hermetyzm zakładał bowiem, że za pomocą odpowiednich praktyk człowiek może wpłynąć na swój los udoskonalając siebie zarówno fizycznie jak duchowo, w ten sposób zbliżając się do Absolutu. W przeciwieństwie do Chrześcijaństwa, Hermetyzm zakładał możliwość postępu niezależnego od Boga, ale będącego wyłącznie sprawą człowieka.

Te trzy czynniki zbiegły się ze sobą osiągając apogeum w XIII w. prowadząc do powstania tzw. przełomu nominalistycznego, o którym napiszę w kolejnej części. Tutaj wystarczy zapowiedzieć, że podejmowano wielki wysiłek, aby jakoś wszystko ze sobą wzajemnie podgodzić, ale lekarstwo okazało się gorsze od choroby. Najpełniejszą próbę włączenia arystotelejskiego racjonalizmu w istniejącą doktrynę podjął dominikanin Św. Tomasz z Akwinu (1224-1274) a tomizm, czyli chrześcijański racjonalizm stał się de facto oficjalną doktryną Kościoła. Jednak tomizm był nie do pogodzenia z franciszkanizmem, co szybko doprowadziło do narastających napięć między zakonem Braci Mniejszych a papieżem Janem XXII, których centralną postacią był franciszkanin William Ockham (1285-1349) a pogląd, który reprezentował nazywamy nominalizmem. Zauważam tu, że zarówno tomizm, jak nominalizm narodziły się w obrębie scholastycyzmu i konflikt między nimi miał charakter scholastyczny. Ale jego konsekwencje zmieniły świat.

O tym, skąd wziął się nominalizm, na czym polega i dlaczego stał się bliski Franciszkanom – w kolejnej części.

CDN.