Czytam w „Fakcie”, że jest sobie rolnik z Kunowa na Dolnym Śląsku, co to wyhodował kabaczki jak z bajki – krzywe, nierówne, ale zdrowe, ekologiczne, bez grama chemii, tylko ziemia, natura i słońce. Chciał je sprzedać hurtownikom z Wrocławia, a ci tylko wzruszyli ramionami – 90% powiedziało „nie”, bo „zalali się importem”, gdzie kabaczki proste jak linijka, woskowane jak buty na paradzie.

Jeden, co prawda, się zgodził, na próbę, ale klienci – ach, ci klienci – żądali ideału. Żadnych krzywizn, żadnych charakterów. „Przebieraj i segreguj” – kazali, ale to kosztowało tyle, co połowa plonu, więc biznes poszedł w diabły.

Nawet Biedronka pomachała marchewką, obiecała współpracę przy ekologicznym towarze w tej samej cenie co import, ale przedstawiciel wyparował jak mgła nad polem. I tak zdrowe kabaczki wróciły na kompost.

Czytałem o tym i pomyślałem: cholera, czas zobaczyć, co ludzie naprawdę cenią. W piątek ruszyłem na jarmark, ot tak, incognito, z ciekawością zamiast portfela. Stanąłem między straganami jak szpieg z notesem w głowie, udając, że jajka to dla mnie nowość, i nasłuchałem się takich perełek, że aż mi się ogródek przypomniał.

„Jajka? Idź do tego w okularach, bo u niego kury lotajo po ogrodzie, nie po klatkach jak w kurzej fabryce” – rzuciła mi pani z torbą kapusty, mrugając okiem.

„Ziemniaki? Nie u tamtego, przenawoził, aż się błyszczą jak plastik. Idź do drugiego, ma żółte, co się nie rozgotują na papkę” – dorzucił pan w kapeluszu, szturchając mnie łokciem.

A jarzyny? „Ta pod drzewem swoje ma, nie pryska, jak musi, to miedzian ino, albo pokrzywy kisi, czasem skrzyp ugotuje, a nie jakieś świństwa z chemii” – szepnęła sąsiadka z wózka, kiwając na staruszkę z koszem.

Powietrze pachniało ziołami, gdzieś z boku unosił się zapach świeżo krojonej cebuli, a gwar brzmiał jak rozmowy z dzieciństwa, kiedy babcia targowała się o pietruszkę. Sam mam kawałek ogrodu – plon mniejszy, bo nie pryskam, ale wiem, co jem. I widzę, że nie jestem sam. Na jarmarku ludzie nie pytają o błysk, tylko o historię warzywa. W markecie wosk z Chile leży jak trofeum, a tu pachnie latem, nawet jeśli kabaczek wygląda, jakby go ktoś zgniótł w pośpiechu.

I tu mnie zatkało, bo przypomniało mi się zdanie z artykułu:
„Ludzie chcieli proste kabaczki, nawet kosztem zdrowia”.

No i co? Woskowane jabłka z katalogu lśnią jak choinkowe bańki, a matowe z sadu sąsiada kurzą się w kącie. Pomidor z idealną skórką w super dyskoncie pachnie plastikiem, a spękany malinowy z pola – latem, co pamiętam z dzieciństwa, jak się zrywało z krzaka i jadło prosto z ręki.

Kupujemy oczami, nie sercem, nie wątrobą, nie trzustką, co potem płacą rachunek.

Raz stałem z koszykiem i pytałem sprzedawczynię pod drzewem, czy jej kabaczki są zdrowe.
„A co, pan chce na pokaz czy do gara?” – zaśmiała się, a ja kupiłem najkrzywszego, jaki znalazłem. Smakował jak zwycięstwo, nie jak reklama.

Blichtr na talerzu zostaje w nas – czasem wzdęcia, czasem coś gorszego. A światowy super dyskont, co to by go chcieli w Wilanowie, bo im pasuje do SUV-a i elewacji, tylko liczy zyski.

Ale na jarmarku wybór pada na to, co prawdziwe. W dobrym osiedlowym jarzyniaku czy sklepie bywa podobnie.

Może czas zamienić reklamę na stragan? Prosty kabaczek wygląda, ale krzywy żywi – i to nie tylko brzuch, ale i duszę. Na jarmarku kolejka rośnie po te „pogięte” skarby, a blichtr z półek blaknie jak stara ulotka. Pamiętam, jak stary dziadek na targu kiedyś mruknął:
„Panie, ładne to dla oka, ale zdrowe to dla życia”.

I miał rację.

Który ty wybierzesz?

Bo ja stawiam na krzywą autentyczność, bo ona nie kłamie, nawet jeśli nie mieści się w reklamowym szablonie.

A Ty? Może następnym razem na jarmarku lub osiedlowym czy wiejskim sklepiku rzucisz okiem na ten najdziwniejszy kabaczek – i dasz mu szansę. Bo czasem to, co krzywe, prostuje nam życie.

Prawda?

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

felieton napisany 23 sierpnia 2025 roku