#Pokój_Analiz
Krótki esej o wartości własnych poszukiwań
Patrząc wstecz, polegając na pamięci w procesie identyfikacji rzeczywistości i jej przyczyn, dostrzegać wolno każdy aspekt zasługujący na miano konstruktu teraźniejszości, a także pośrednio i przyszłości. Z rzadka pojmujemy autentyzm konsekwencji naszych decyzji podejmowanych “tu i teraz”, tak jak z rzadka jesteśmy w stanie właściwie zidentyfikować prawdziwy zakres teraźniejszości. Na co dzień periodyzacja na czas przeszły, teraźniejszy i przyszły redukuje się właściwie wyłącznie do przeszłości i przyszłości, co poniekąd jest zresztą zrozumiałe. Czas teraźniejszy, czyli nasza działalność obecna jawi się jako ulotna chwila, lub krótki moment tonący w morzu tego co było dawno, lub tego co ma nastąpić. Redukcja percepcji czasu wyłącznie do przyszłości i przyszłości ma tę zaletę, że zdejmuje z nas odium swoistej odpowiedzialności za tę właśnie teraźniejszość – ma ten krótki moment “tu i teraz” nikłe znaczenie zwłaszcza, jeśli dodamy nieznoszący jakichkolwiek kompromisów element wpływu. Wszakże to, jacy jesteśmy teraz nie zależy od tego jacy będziemy wkrótce, ale z całą pewnością zależy od tego jacy byliśmy kiedyś. Mówiąc wprost – najdogodniejszą formą pielęgnacji naszej codzienności pozostaje takie ułożenie poszczególnych implantów budujących pamięć, by jednocześnie przedstawiły naszą aktualną sytuację jako zależność od wydarzeń minionych i nakierunkowały narrację o możliwości przyszłości przylegającej do oczywistych możliwości i realiów.
Wszystko to jest cechą charakterystyczną zarówno pamięci indywidualnej, jak i pamięci zbiorowej – pragnę wyraźnie to zaznaczyć, gdyż pochylić się trzeba zarówno nad jednym, jak i drugim rodzajem pamięci, tak, jak oba dotyczą każdego z nas z osobna. Marian Golka stwierdza – “Pamięć społeczna jest źródłem procesów grupotwórczych (w tym narodowych), ale też ich skutkiem – jej obecność animuje powstawanie grup i ich trwałość”. To arcyważna konkluzja, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, jaki w takiej sytuacji na funkcjonowanie grupy, lub całego społeczeństwa, w ramach wspólnej pamięci może mieć wpływ zindywidualizowane poczucie tożsamości jednostki, oparte na tejże pamięci społecznej, która ulega stałej moderacji połączonej z utrwalaniem i kotwiczeniem w charakterze aktywnego jądra systemu poglądów i wyznawanych idei. Wąż zjada własny ogon? Oczywiście – ów mentalny Uruboros jest idealną metaforą wzajemnego przenikania się masy i indywiduum. To jaki obraz nas samych jako części składowej grupy niesie nasz własny, osobisty sposób postrzegania przeszłości, teraźniejszości, a nawet przyszłości. Mimo zaznaczenia roli indywiduum pozostać należy w świadomości, że owo indywiduum kształtuje się zawsze pod wpływem, a nigdy samoistnie – zawsze, nawet wśród największych kontestatorów zbiorowości i jej w tej mierze pryncypiów musi oczywiście istnieć pewien początek, fundament. Istnieje on w każdym przypadku i w każdym czasie i jest niczym innym jak tylko wpływem zbiorowej świadomości transplantowanej na każdego z nas osobna. Zwłaszcza teraz, gdy treść pamięci zbiorowej i indywidualnej jest bardziej zdemokratyzowana niż kiedykolwiek. Z jednej strony twierdzenie o głębokiej demokratyzacji pamięci powinno jawić się jako impuls pozytywny – bardziej niż kiedykolwiek mamy prawo i możliwość do wyrażania własnego zdania. Z drugiej jednak strony, na ile jesteśmy świadomi tej możliwości? Na ile sami w sobie potrafimy dedukować konkretne elementy pamięci, a na ile po prostu mniej lub bardziej świadomie powtarzamy cudze punkty widzenia? Odpowiedź na to pytanie jest jednocześnie sensem całej mojej wypowiedzi, albowiem z natury rzeczy jako zbiorowość nie jesteśmy zdolni do rozwijania tego rodzaju zagadnień – zbyt wiele różni nas, jednostki koegzystujące zaledwie w ramach jednej wielkiej społecznej struktury. Ogromną większość z nas nie uczono nigdy pięknej sztuki stawiania pytań, tak jak nie uczono tejże większości sztuki interpretacji pojawiających się tu i ówdzie odpowiedzi na dręczące zagadki istnienia. Gdyby było inaczej, żylibyśmy w społeczeństwie fanatyków nauki, a jednak nasze społeczeństwo jawi się raczej jako dość niegościnna ziemia dla rozumu, sądząc po powszechnej niechęci żywionej do autorytetów i równie powszechnym umiłowaniu intelektualnego obskurantyzmu.
Jacques Le Goff mówi o charakterystycznej dla epoki “izmów” “Manii Upamiętniania”. To ciekawy drogowskaz dla peregrynujących ku zrozumieniu istoty utylitarności pamięci. Wprawdzie dzięki eksterioryzacji pamięci zbiorowej poprzez jej cyfryzację potrafimy odrzucić odgórne meandry w poszukiwaniu pamięci dostosowanej do potrzeb idei Państwa-Oprawcy, tworzące pożądane przez ową władzę pryncypia i zbliżać się mniej lub bardziej do struktur pamięci rzeczywistej, ale czy w efekcie własnej ułomności i braku doświadczenia w gruncie rzeczy tego właśnie chcemy? Nie bez kozery wcześniej mówiłem o dostosowaniu własnych względem pamięci zbiorowej i indywidualnej potrzeb. W przypadku większej zbiorowości łatwo dostrzec ten problem na przykładzie religii – jak zauważa Richard Dworkin, dla wielu ludzi sens wyznawania religii sprowadza się wyłącznie do odkrywania transcendentalnej wartości w czymś na pozór nietrwałym i martwym. Zatem wielu z nas – dostatecznie wielu – nie tylko nie rozumie sensu zadawania pytań i analizowania nadchodzących z czasem odpowiedzi, ale wręcz nigdy nie zamierza ich w wielu aspektach własnej egzystencji stawiać. Nie istnieje taka potrzeba, gdyż łatwiejszym jest przyporządkowanie umiejscowienia się “tutaj i teraz” a nawet w każdym możliwym czasie, w oparciu o adyskutowalny quasi-autorytet, który w rzeczywistości jest zwykłą fanaberią cudzego rozumu o dostatecznie silnie ugruntowanej tradycji znaczenia i funkcji.
Taki sposób myślenia o komunikacji ze światem za pomocą inicjatyw i bodźców zewnętrznych jest zjawiskiem powszechnym i trudno się dziwić. Wszakże trudno od piekarza oczekiwać zdolności do kompleksowej analizy heglowskiego idealizmu, a od specjalisty IT zdolności rozpoznawania szczegółów taksonomii organizmów – choć są obaj cenionymi specjalistami, nie takie mają kompetencje. Jeśli zatem zdajemy sobie sprawę z własnych ograniczeń i rozumiemy naturę pamięci jak możliwym jest, by stworzyć tak zmanipulowaną i jednocześnie zmanierowaną społeczność? To proste – nie staramy się dochodzić natury spraw, a jedynie powtarzając odpowiadające własnym uprzedzeniom, stereotypom i kompleksom szczątki informacji wytwarzamy bezpieczną otulinę rzeczywistości. Taką, która zdejmuje z nas odium konieczności właściwego przetwarzania rzeczywistości i sygnałów zeń płynącej. Taką, która swym obrazem nam odpowiada i stwarza ułudę moralnego i ideologicznego bezpieczeństwa. Problem w tym, że te szczątkowe informacje o naturze świata, które z każda sekundą życia nabywamy są immanentną częścią cudzych partykularnych interesów – ktoś nam każe coś sądzić i znaczna część z nas to robi.
Jaki jest cel świadomej narracji o rzeczywistości w każdym z trzech wymiarów czasowych? To oczywiste – bycie usłyszanym. Dotyczy to zarówno mediów wielkich, docierających do szerokich mas, jak również, do prozaicznej komunikacji pomiędzy dwoma osobami. Czai się tutaj wielki paradoks – nadrzędne znaczenie ma tutaj nie tyle sens komunikacji zawarty w konkretnej narracji, ale skłonienie za pomocą perlokucji odbiorcy do podzielenia sposobu myślenia o danym zagadnieniu. To wystarczy w zupełności – jak wielka otwarta na oścież brama do umysłu pozwala na masową transplantację dowolnych znaczeń i sensów. Ziarno jest już posiane, a rekurencja istoty transplantującej nowy wymiar egzystencji już trwa. Aby zrozumieć praktyczną stronę tej zależności posłużę się przykładami – całkiem rzeczywistymi i aktualnymi.
Od pewnego czasu, śledząc informacyjny chaos unoszący się niczym obłok nad sprawą walczącej z rosyjską inwazją Ukrainy słyszę o realności zagrożenia tejże oddaniem jej przez niestety dość dokładnie sprecyzowane państwa zachodnioeuropejskie poprzez odcięcie lub znaczne ograniczenie pomocy. Ile zręczności i finezji w tej mistyfikacji? Zero. To jedno z bardziej prymitywnych i tanich odniesień do narodowych kompleksów, a przede wszystkim do “ludowej” formy pamięci zbiorowej. Tej, która nadal nie wygrzebała się z własnej oralności, gdyż w jej strukturze antypatia, ba – nienawiść przekazywana jest przede wszystkim właśnie w formie “ludowych” przypowieści. Wyrastające na potrzebie umocowania piśmiennego stereotypów publikacje jedynie ubarwiają zakorzeniony już sens. Zatem w tym konkretnym przypadku sens tej narracji nie ma nic wspólnego ze swoją pierwociną, czyli z sytuacją walczącej Ukrainy, a jedynie realizuje konkretne utylitarne zamówienie twórców komunikatu. Ma po prostu stworzyć poczucie zagrożenia wśród zwolenników partii rządzącej i w efekcie skupić ich silniej pod tejże partii sztandarami. Finezji w tym brak, jak zauważyłem, gdyż jedyną nacja, która tak naprawdę kiedykolwiek w tak ponurej sytuacji pozostawiła samym sobie sprzymierzonych Ukraińców są sami Polacy. Czyż nie jest groteskowym obarczanie innych ciężarem własnych grzechów z przeszłości? Odpowiedź brzmi nie – bo jak widać, dotąd nikt publicznie o tło porzucenia Petlury przez władze II RP nie wspomniał. Nie musiał, bo przecież jak na zawołanie pod ręką znaleźli się Niemcy i ewentualnie Francuzi. Dla nieskomplikowanych umysłów wymagane są nieskomplikowane środki – co okazuje się działaniem wybitnie skutecznym, a powszechność dyskusji dotyczącej problemu wyimaginowanej zdrady interesów Ukrainy jest tego najlepszym dowodem, Świadomie porzucam tutaj poboczne profity w postaci naderwania zaufania do dotychczasowych sojuszników i przyjaciół, co także jest immanentną częścią całego przekazu. Do natury tego zjawiska należy podejść jednak w świetle sensu całego wywodu głębiej, dostrzec podstawy zdolności manipulacyjnej w tym i w wielu innych wymiarach komunikacji społecznej.
Pora powrócić do zjawiska demokratyzacji pamięci i jego właściwego zasięgu. Otóż, wczoraj ujrzałem reklamę publikacji traktującej o złożoności relacji polsko-rosyjskich. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ani nadzwyczajnego, gdyż ludzie publikują książki o rzeczach, które uznają za ważne, niemniej jednak, zdumiał mnie tytuł, a brzmi on tak – “Polska i Rosja Sąsiedztwo wolności i despotyzmu, X-XXI wiek”. Więc jak się okazuje można całkiem oficjalnie wydać książkę, która w tytule zawiera błędy o tak dużej sile znaczeniowej, że właściwie ów sam nieszczęsny tytuł dyskwalifikuje ową publikację. Nie wydaje mi się już więcej sensownym by śledzić na kolejnych stronach relacje Polski z nieistniejącym krajem w średniowieczu, ani by dochodzić co Autor miał na myśli uosabiając państwowość polską na przykład w dobie Rzeczpospolitej Obojga Narodów z wolnością w ogóle. Z głębokim poczuciem troski o zdrowy rozsądek pragnę zauważyć, że Polska krajem “wolnym”, czyli demokratycznym, jako możliwą do zaakceptowania formą choćby i w tytule książki konfrontacji z rosyjskim despotyzmem była raptem w latach 1918-1926, oraz od 1989 roku, po około rok 2015. Po tej dacie demokracja w Polsce jest już demokracja pozorną, choćby i z uwagi na rozpaczliwy stan standardów sądownictwa i notoryczne manipulacje wyborcze.
To jednak zjawisko szersze i bardzo frapujące – ta użyteczność pamięci. Jeśli sięgniemy w głąb pamięci bez trudu dostrzeżemy długotrwałość, bezkompromisowość i skuteczność procesu przygotowania nas – istot rozumnych – do przyjęcia odpowiednich postaw. Nie jest bowiem tak – jak każą nam sądzić dzisiejsi liberałowie i wolnomyśliciele – że to ugruntowanie intelektualnego posłuszeństwa jest wynalazkiem totalitaryzmów, z zastrzeżeniem użytku wyłącznie dla mrocznych, wymagających posłuszeństwa sił. Młodzi Niemcy kształceni przez znakomicie zorganizowany i intelektualnie wydajny system szkolnictwa niemal nie poznają przyczyn i natury Holocaustu. To takie samo spłycanie pamięci jak moje pierwsze szkolne doświadczenia z postacią Bolesława Krzywoustego. Książe ów, chory z ambicji i żądzy władzy – przypomnę – postanowił obalić władzę swego ojca i oślepić brata, czego dowiedziałem się lata później, już na studiach. Wcześniej Książę Bolesław został mi przedstawiony jako twórca prężnej struktury, jednoczyciel, reformator i odpierający najazd nikczemnych Niemców zbawca. Nigdzie w podręczniku nie znalazłem informacji o tym, że to właśnie Bolesławowa żądza władzy do tego najazdu doprowadziła. A jak z waszą pamięcią o bohaterskim Bolesławie? Zbliża się do rzeczywistości? Konsekwencją tak budowanej pamięci jest głęboko posunięty i wielotorowy relatywizm. Niestety przekształcający się w relatywizm moralny na niemal każdej niwie społecznego życia. Narracja taka konsekwentnie tworzy i umacnia mitologię budującą słodkie i przyjemne wrażenie własnej szczególności, jednocześnie obarczając odpowiedzialnością za wszelkie niepowodzenia obce, wrogie siły. Ekspansja Piastów od niewielkiego terytorium kilku złączonych przemocą (a jakże) plemion lansowanych pod zbiorczą nazwą Polan do terytorium porównywalnego z dzisiejszym zasięgiem państwa polskiego jest chwalebna i inspirująca. Jeszcze bardziej chwalebnym i inspirującym jest dalszy rozrost, aż po “wielkie mocarstwo środkowoeuropejskie” o niemal milionie kilometrów kwadratowych. Oczywiście, to samo oddziaływanie państwowotwórcze polegające, jeśli tylko przyjrzymy się bliżej, na niewoleniu w okowach radykalnej formy feudalizmu olbrzymiej większości społeczeństwa przez wyniesionych do władzy przedstawicieli szlachty jest przyjemne i słuszne tak długo, jak długo kamuflowane będzie w pamięci pod postacią dobrodusznych bohaterów sienkiewiczowskiej sagi o wiecznie prawych Wołodyjowskich i Skrzetuskich. Tutaj dostrzec powinniśmy głęboką dychotomię oczekiwań wobec pamięci, a jej rzeczywistej zawartości, ale jak się zdaje nie jesteśmy zdolni do tak dalece idącego rachunku sumienia. A przecież przetworzenie przez polską szlachtę polskiego chłopa w zaledwie zwierzę od którego wymaga się jedynie ciężkiej, darmowej pracy jest niczym innym jak tylko bardzo precyzyjnym refleksem, odbiciem natury wielkich imperiów kolonialnych wielkich mocarstw europejskich. To dokładnie to samo. Takie same też towarzyszyły zjawisku założenia ideologiczne – oto słabi i niezdolni do samodzielnej egzystencji chłopi pańszczyźniani swą podległością spłacali dług zaciągany u szlachetnie urodzonych na poczet należytej organizacji życia i obrony przed licznymi zagrożeniami. To najzupełniej w świecie to samo, co konieczność zadbania przez kolonialnych zdobywców o czystość duchową i organizację pracy podbitych ludów.
Prąd komunikacji biegnie jednak przez odmęty czasu i nic nie jest w stanie go powstrzymać – dziś narracja o “obowiązku obrony wartości” dzieli społeczeństwo na współczesny rodzaj szlachty i współczesny rodzaj poddanych. I tak jak wtedy, tak i dziś dzięki automatyzmom polegającym na świadomym pomijaniu wszelkich nie pasujących do obrazu “Za Wolność waszą i Naszą” elementów tożsamości i natury składających się razem na pamięć możemy widzieć siebie w pozycji nacji domagającej się szczególnej uwagi całego świata z uwagi na swoją prawość i (a jakże) nieskazitelny bieg dziejów. Wszystko to dziwne i niezrozumiałe, gdyż już ponad dwadzieścia lat temu wybitny badacz pamięci, Pierre Nora mówił:
“W ciągu ostatnich dwudziestu lub dwudziestu pięciu lat, wszystkie
kraje, grupy społeczne, etniczne, rodzinne przeżyły głęboką przemianę
stosunku, jaki tradycyjnie utrzymywały z przeszłością. Przemiana ta
przybrała rozmaite formy: krytyka oficjalnych wersji historii,
odkrywanie zepchniętych w niepamięć fragmentów dziejów,
rewindykowanie śladów przeszłości wymazanej lub skonfiskowanej”
Oto właściwa użyteczność pamięci, ale w naszej sferze pozostaje niedostępna – giną gdzieś w zgiełku chaosu egzystencji pytania o to, skąd wzięli się ludzie mordujący sąsiadów w Jedwabnem, czy właściwie za co przed Rzezią Wołyńską Ukraińcy (przed wojną oficjalnie Rusini – nie zasługiwali na użycie właściwej nazwy swej nacji) tak bardzo nienawidzili Polaków. W tym zbiorze odnajdziemy jednak wiele więcej funkcji, nawet nieskończenie wiele. Jest to przecież zapisane w naszej pamięci, zarówno indywidualnej, jak i społecznej. Jesteśmy społeczeństwem ofiar, których poświęcenie smakuje tym bardziej wykwintnie, że w znacznej mierze przeznaczone jest ku zbawieniu całego świata, a przynajmniej naszej jego części. Jesteśmy skazani na trwanie w najgorszego sortu nielogicznym obłędzie, zastępującym podstawową umowę społeczną znaną szerzej jako “normalnie funkcjonujące państwo o dobrze zorganizowanych podstawach prawnych”. Jesteśmy niezdolni do samodzielnego wysnucia własnych obrazów rzeczywistości, ograniczając się do łączenia w całość kilku co najwyżej stycznych ze sobą punktów na diagramie społecznego rozwoju wyprzedzającej nas o kilka długości reszty Europy Zachodniej. W gruncie rzeczy niezdolni nawet do głośnego wyartykułowania swoich własnych realnych potrzeb w codziennej egzystencji. Oto konsekwencje sakralizacji pamięci…
Uwalniając pamięć, zyskamy novum w postaci realnych punktów odniesienia względem planowania wspólnej przyszłości, jeśli jednak tego nie zrobimy musimy liczyć się z konsekwencjami dalszego betonowania kompleksów indywidualnych i zbiorowych – poczucia słabości, dependencji i niższości. Na myśl o trwaniu w takim, zdeformowanym i zmitologizowanym kształcie pamięci, podpierający zmurszały gmach gerontokracji osobnicy czujnie strzegący waszej niewiedzy uśmiechną się z dumą i z aprobata pokiwają głowami. Nie będziecie bowiem nigdy panami własnej pamięci, a oni w całości i nieodwołalnie ją zawłaszczą – i wtedy mrok ogarnie także przyszłość, która z przyrodzenia należeć powinna do was.
Drogi Czytelniku, jesli ten artykuł przypadł ci do gustu – udostępnij go i postaw Autorowi kawę, link do kawomatu: buycoffee.to/marcin_jop
Zostaw komentarz