Szczerze – trzeba mieć bardzo wiele dobrej woli, żeby ten „wybitny” wkład pani Yoko Ono zauważyć. W zasadzie jest jedną z wielu kontynuatorek dadaizmu, późną i wtórną. Jej „konceptualizm” był nijaki – ani wybitny ani nowatorski. Wtórny jest też aspekt performatywny jej sztuki. Muzycznie – chociaż „podwiązuje się ją” pod eksperymenty Johna Cage – jest również dalekim echem takich artystek jak Cathy Berberian, dla której Cage specjalnie napisał dedykowaną arię.

Nagroda dla Yoko Ono jest kolejnym przykładem rozkładu – uznaniem, które spotyka artystę jednie za przynależność do tego samego plemienia, z którym identyfikuje się wspólczesne magisterium krytyków uznające jedynie jedną kategorię „ważności” danego artysty: „emancypacyjny” charakter jego dokonań.
Dla mnie – chociaż nie jestem krytykiem – uważam – znam się na muzyce – „dorobek” artystyczny Yoko Ono jest bzdetem. Jest ona natomiast częścią lewackiego kompleksu decydującego obecnie o tym, co sztuką – w sensie instytucjonalnym – jest a co nie jest.
Jak się poczyta w magazynie „Szum”, który jest emanacją tego kompleksu w Polsce, co jest przezeń widziane jako „dobra” sztuka, to okaże się, że są to kryteria już wyłącznie polityczne. Inne mają znaczenie marginalne. Chodzi wyłącznie o „zaangażownie po stronie zmiany społecznej” – o nic więcej.
Sztuka – wg współczesnej miary jest wyłącznie „legendą” – notką interpretacyjną dorobioną do niej przez radykalnie lewicową krytykę. Jak coś nie jest „zaangażowane”, to samo przez się wyklucza się z obiegu artystycznego. Jest po prostu nieinteresujące.
„Zaangażowanie” zaś można narzucić na dowolną kreację – jeśli tylko artysta się zgodzi lub sam zaproponuje taką opcję.
Charakterystyczne jest, że prawica została całkowicie, ale to do imentu, wykluczona z tego obiegu. „Reakcyjność” jest sama przez się dyskwalifikująca. Liczy się wyłącznie „postępowość” – ściśle reglamentowana przez flitr krytyków gotowych zawsze w czymkolwiek „odkryć” jej kolejne, jeszcze bardziej postępowe warstwy.
Próżno szukać na obecnym „Biennale” w Wenecji, poświęconym imigracji, refleksji sceptycznej. Imigracja jest „super”! Granice są „sztucznymi konstruktami” stwarzającymi wredne bariery przez które cierpią ludzie. Żaden z zaprezentowanych artystów nie ośmielił się zakwestionować tego paradygmatu. Żaden nie pokazał niepojącego charakteru świata bez granic. Żaden nie spróbował pokazać negatywnego oblicza imigracji – widzimy jedynie „krzywdę ludzką” z perspektywy owego imigranta borykającego się z granicami i stereotypami.
Niestety – prawica nie umie grać w kulturę. Wystawa obrazów Ignacego Czwartosa została oczywiście zauważona, ale jest to kropla w morzu. Czwartos nie mieści się w temacie Biennale, jego obrazy dotyczą zupełnie innych rejestrów kultury a także – nie powalają oryginalnością artystyczną. Technicznie rzecz biorąc – są w rejestrach dobrze już znanej ekspresji. Są „poprawne”, ale nie przełomowe.
Prawica, niestety, „nie umie w sztukę” – nie umie znaleźć się w tym nader szczególnym żywiole, jakim jest kultura współczesna. Nie umie „problematyzować” i uciekać od dosłowności. Jak już coś zrobi, to „kawa na ławę”. Cepem.
I zderza się tu z legionem podobnych produkcji lewicowych, które niczym nie inspirują, ale tworzą tło, poza które trudno wyjść.
Mamy setki tematów, ale nie znajdzie się nawet jednen współczesny prawicowy Zanussi, który pokaże – bez chamskiej propagandy – jak dziś niszczy się niekonformistycznych naukowców-humanistów. Mamy jak na dłoni przykład całkowicie zideologizowanej medycyny, która nakazuje „transować” małe dzieci, ale nikt nie pokaże – jak niegdyś Zanussi – dylematów wspólczesnego młodego lekarza, który zderza się z tą machiną. Nie ma scenariuszy! Nie ma talentów zdolnych artystycznie udźwignąć temat! Prawica nie wypracowała mechanizmu, który by takie talenty rodził!
Takich tematów jest multum. One są oczywiste. Narzucają się. Sam mógłbym robić za pomysłodawcę, ale nie dam rady rozpisać postaci. Znam ludzi, którzy by temu podołali, ale są oni poza „rozdaniem”. Nikt im nie da kasy za ich pracę. Wszytko zamyka się w zaklętym kręgu obecnego imaginarium prawicy rozpiętym między religią a martyrologią. Nic innego nie wchodzi do puli. Nawet tej religii nie da się sproblematyzować, bo na jej straży stoją bigoci, którzy życzą sobie jednego konkretnego wydźwięku – Jan Paweł Drugi!
Tak się nie da – prawica musi się wyzwolić z tych ram!
Cokolwiek tworzy – musi wyjść poza to błędne koło. To nawet nie jest koło. To jest śmiertelna spirala!
Zostaw komentarz