Prezydent Karol Nawrocki złożył do Sejmu projekt ustawy, która wreszcie jasno penalizuje propagowanie banderyzmu. To symboliczny, ale potrzebny krok – bo ile można patrzeć, jak powstają pomniki i marsze, które gloryfikują ludzi odpowiedzialnych za rzeź Wołyńską, za mordowanie dzieci, kobiet, starców? Za zbrodnie, które krzyczą do nieba?
Odpowiedź ambasady Ukrainy była natychmiastowa – oburzenie, groźby, „ostrzeżenia” o możliwych reperkusjach. Ale pytanie brzmi: dlaczego Kijów tak nerwowo reaguje? Dlaczego Ukraina, która dziś walczy o przetrwanie, nie potrafi jednoznacznie odciąć się od dziedzictwa zbrodniarzy?
Tu nie chodzi o pamięć historyczną. Bandera i jego ludzie nie byli bohaterami narodowymi – byli fanatykami, którzy w imię chorej ideologii mordowali sąsiadów. Dla Polaków, Czechów, Żydów, Ormian – to symbol ludobójstwa. Ale dla Ukraińców stał się on wygodnym, choć kłamliwym, symbolem „walki z Moskwą”. Tylko że to fałsz: Bandera nie walczył o wolną Ukrainę, tylko o swoją, etnicznie czystą wizję państwa, w którym Polak czy Żyd mieli zostać zgładzeni.
I tu jest sedno problemu. Ukraina, zamiast budować tożsamość na prawdziwej odwadze np na obronie Kijowa w 2022 roku – wciąż ucieka do zakurzonych mitów. Bandera to dla nich „antyrosyjski totem”, nawet jeśli to totem zbudowany z krwi niewinnych.
Można zrozumieć emocje wojny. Można zrozumieć, że Ukraińcy potrzebują bohaterów. Ale nie można akceptować, że w imię tej potrzeby mają prawo pluć w twarz ofiarom Wołynia i ich potomkom. Polska ma obowiązek mówić prawdę – nawet jeśli boli. Prezydent Nawrocki zrobił to, co powinno być oczywistością już dawno temu: jasno powiedział „nie” dla banderyzmu w Polsce.
I teraz warto spojrzeć szerzej. Czy ktoś wyobraża sobie, żeby w Niemczech stawiano pomniki Hitlerowi? Żeby w Berlinie odbywały się marsze ku czci Himmlera czy Goebbelsa? To jest niewyobrażalne. Niemcy zostali zmuszeni do prawdy, do przyznania się do winy, do tego, by uczyć kolejne pokolenia o własnych zbrodniach – właśnie po to, żeby nigdy więcej podobne zło się nie powtórzyło. Tam gloryfikacja nazizmu jest karana, ścigana i społecznie nieakceptowalna.
Podobnie jest z komunizmem – w wielu krajach Europy zakazane jest propagowanie symboli totalitarnych. W Niemczech nie wolno nosić swastyki, sierpa i młota ani innych znaków reżimów, które przyniosły ludziom zbrodnię i cierpienie. We Francji gloryfikowanie zbrodni komunistycznych także spotyka się z reakcją prawa. To fundament cywilizowanej Europy: zero tolerancji dla ideologii, które opierają się na nienawiści, rasizmie i ludobójstwie.
A na Ukrainie? Wciąż widzimy ulice imienia Bandery, defilady z jego portretami, szkoły uczące, że był „ojcem narodu”. To tak, jakby Niemcy do dziś mówili, że Hitler był „patriotą walczącym z bolszewizmem”. Absurd, który w Europie nie zaistniał by nawet jeden dzień – a jednak Ukraina próbuje go narzucać jako element własnej polityki pamięci.
Jeżeli Ukraina chce być częścią Europy, jeśli chce być traktowana poważnie, musi zrozumieć jedno: Europa nie buduje swojej przyszłości na kłamstwie, na wybielaniu ludobójców. To, że dziś walczy z Rosją, nie daje jej licencji na świętowanie bandytów z UPA.
Dlatego pytam: czy Ukraina wreszcie zdobędzie się na prawdę? Czy wreszcie potrafi powiedzieć swoim obywatelom, że Bandera był zbrodniarzem, a nie bohaterem? Jeśli nie – będzie tkwić w zakłamaniu, które prędzej czy później stanie się jej własnym ciężarem i jej mocno zaszkodzi.
A Polska? Polska nie może ustąpić. Prawda o Wołyniu jest niepodważalna. I nikt – ani ambasador, ani prezydent, ani premier – nie ma prawa nam jej odebrać. Bo jeśli my przymkniemy oczy na Banderę, to czym będziemy się różnić od tych, którzy próbowaliby w Niemczech gloryfikować Hitlera, który był takim samym zbrodniarzem jak Bandera.
Zostaw komentarz