Czyli, niech poleci na trumpowską Radę Pokoju jako obserwator.
Moim zdaniem, niech jedzie.
Wyłącznie jako obserwator.
Skoro ma takie parcie, to trudno.
Oczywiście, ta trumpowska Rada Pokoju, to kolejny pomnik Trumpa, który stawia sam sobie za cudze pieniądze.
Miliard od łebka, za trwałe członkostwo.
Na razie, niewiele o niej wiadomo, prócz tego, że Trump będzie jej dożywotnim przewodniczącym.
Może Nawrocki się czegoś dowie.
Nawrockiemu i jego otoczeniu marzą się sukcesy na polu polityki międzynarodowej.
Zwłaszcza na linii Polska-USA.
Prezydent chce ocieplić swój wizerunek w jego otoczeniu, choć może się okazać, że to bardziej mu zaszkodzi.
Po „naganie” jakiej ambasador USA urządził marszałkowi Sejmu, dramatycznie spada sympatia Polaków dla Ameryki.
A do tego dochodzą jeszcze naloty IDF na Polonię w USA, zwłaszcza w Chicago.
Jeszcze parę takich numerów pana Rose’a, a antyamerykański nastroje urosną do poziomu niespotykanego od lat.
Ta kłótnia pomiędzy rządem a Nawrockim o to czy ma jechać, czy nie, Polsce nie służy.
Ośmiesza wręcz nasz kraj.
Jeśli są jakieś rozbieżności w sprawie polskiego uczestnictwa w Radzie Pokoju, to niech obaj panowie wyjaśnią to sobie w zaciszu gabinetów, a nie publicznie.
A hunwejbini, po obu stronach, niech dadzą sobie na wstrzymanie.
Dlatego jeśli Nawrocki chce do Waszyngtonu jechać, niech jedzie.
Z precyzyjnie określonym przez rząd mandatem.
I jako obserwator.
Zostaw komentarz