Na kanapie leży leń, nic nie czyta cały dzień – myślą Znajomi, zerkając na moje ostatnie wpisy. – A fe Szarku – mówią i odchodzą w inne strony. Mylą się, bo Szarek czyta wszystko i szybko, niczym skaner kodów na kasie fiskalnej w Biedronce.

Właśnie przeczytałam w Tygodniku Powszechnym, głośny felieton, w którym Stasiuk wyznaje stare grzechy. Znany pisarz przyznał się w artykule do uczestnictwa w okrucieństwach, popełnianych w dzieciństwie na zwierzętach.

Zalała go za to fala potępienia, wzniecona przez internetowych pięknoduchów, zawsze czujnych w tropieniu myślozbrodni. A przecież okrucieństwo wobec zwierząt było w latach: 50-tych i 60- tych powszechne i mało kogo wzruszało. Być może dlatego, że zalegająca w podświadomości zbiorowej pamięć o nieodległych zbrodniach Drugiej Wojny, była zbyt silna i nie zostawiała miejsca na litość dla braci mniejszych.

Pamiętam uciechę, jaką bandzie wyrostków sprawiało ciskanie kamieniami w żaby, które pompowaliśmy za pomocą słomek przez odbyt i nadmuchane wrzucaliśmy do stawu. Żaby unosiły się na powierzchni wody, jak zielone balony, niemrawo poruszając nogami, żeby uciec od gradu lecących w ich stronę kamieni.

Popularna też była zabawa w żywe zegarki. Żeby zrobić taki zegarek, trzeba było schwytać pająka kosiarza. Stawonóg posiadał mały podobny do ziarna pieprzu głowotułów, który wznosił się na cienkich, nieproporcjonalnie długich odnóżach. Po kolei odrywaliśmy pajęczakowi nogi, układając je promieniście wokół odwłoka. Z uciechą patrzyliśmy na drgające w pośmiertnych skurczach odnóża, cykające rytmicznie, niczym sekundniki zegarka.

Nagminne też było, obrywanie jaszczurkom ogonów – bo odrosną, albo smażenie dżdżownic wiązką promieni słonecznych, skupianych filatelistyczną lupą wykradzioną z szuflady ojca.
Organizowaliśmy wyścigi żgoi, bo tak nazywaliśmy małe łatwe do schwytania rybki, żerujące w płyciznach naszego jeziora. Żgoje, a właściwie cierniki, bo taka jest ich poprawna nazwa, mają na grzbiecie dwa duże kolce. Na te kolce nabijaliśmy cienkie, przylegające do grzbietów ryb trzcinki, które nie pozwalały żgojom zanurkować.
Każdy chłopak wypuszczał do jeziora swojego żgoja nabitego na trzcinkę. Wygrywał ten, którego rybka popłynęła najszybciej. Po jakimś czasie cierniki odpływały w sitowie, ginąc nam z oczu i ginąc z głodu, niezdolne zanurzyć się, żeby żerować pod wodą.

Proszę wybaczyć, że przywołuje te makabryczne obrazki ale tkwią one w mojej pamięci, jak zadry. Stasiuk napisał, że okrucieństwo dzieci wobec zwierząt jest niewinne – powodowane jeno ciekawością świata.

Mam na ten temat inne zdanie. Uważam, że te „niewinne” zabawy są pierwszymi znakami upodobania do okrucieństwa, którego ziarna wegetują na dnie ludzkiej duszy. W sprzyjających warunkach z tych ziaren wyrastają kwiaty zła. Tak było w Katyniu, Buczy, Irpieniu. A jedynym godnym pisarza komentarzem zdolnym skwitować ludzkie upodobanie do bezinteresownego okrucieństwa. Jest conradowska – zgroza.

Autor: Marek Szarek