Co czuli, gdy wyprowadzano ich z ziemianek? Gdy krępowano im ręce i ładowano na ciężarówki? Czy wiedzieli, że to ich ostatnia droga? Czy jeszcze wierzyli, że jadą na kolejne przesłuchanie, że może los pozostawi im choć cień nadziei? A może już po twarzach swoich oprawców rozumieli, że tej nocy nie będzie powrotu? Ci, którzy mieli być sojusznikami, stali się katami. Żołnierze, którzy mieli przynieść wolność, przynieśli kajdany. Noc. Doły śmierci. Ostatnie szeptane słowa. Ostatnie spojrzenie na niebo… Tak jak w walce ramię w ramię. Tak i tutaj leżeli później obok siebie, oddając życie za Polskę.
Być może ktoś zdążył wyszeptać modlitwę. Ktoś pomyślał o matce, żonie lub dzieciach. Ktoś ostatni raz zamknął oczy, powierzając swój los Bogu. Tego już nigdy się nie dowiemy. Las zachował ich ostatnie słowa dla siebie. To właśnie tutaj, w leśnych ostępach pomiędzy Trzebuską, Turzą i Nienadówką, spoczywają polscy bohaterowie i męczennicy. Dziś wielu nazywa to miejsce Podkarpackim Katyniem.
Latem 1944 roku front przeszedł przez Podkarpacie. Wielu mieszkańców wierzyło, że kończy się koszmar niemieckiej okupacji. Niemcy wycofywali się na zachód, a ludzie byli przekonani, że wreszcie wraca upragniona wolność. Nie wiedzieli jeszcze, że zamiast jednej okupacji nadejdzie druga.
Sowieckie NKWD rozpoczęło rozbrajanie oddziałów Armii Krajowej oraz masowe aresztowania wszystkich tych, którzy pozostali wierni Rzeczypospolitej. Jeszcze wczoraj byli bohaterami walczącymi z Niemcami. Dziś stali się wrogami nowej władzy. W połowie sierpnia 1944 roku we wsi Trzebuska NKWD utworzyło obóz przejściowy. Powstał na zwykłym pastwisku. Mieszkańcom kazano wykopać głębokie ziemianki, otoczyć teren drutem kolczastym i opuścić własne gospodarstwa, które zajęli funkcjonariusze NKWD. Obóz istniał zaledwie kilka miesięcy, ale dla tysięcy ludzi stał się miejscem cierpienia i śmierci. Do
Trzebuski trafiali nie tylko żołnierze Armii Krajowej. Przywożono tam również członków polskiego podziemia, urzędników, kurierów, łączników oraz zwykłych cywilów podejrzewanych o pomoc konspiracji. Wśród więźniów byli także Polacy z Kresów i przedstawiciele innych narodowości. Szacuje się, że przez obóz mogło przejść nawet około dwóch i pół tysiąca osób. Jednych wywożono dalej na Wschód do łagrów, z których wielu już nigdy nie wróciło. Inni kończyli życie zaledwie kilka kilometrów od obozu. Bywało również, że jedynym „aktem łaski” było przymusowe wcielenie do armii Berlinga i wysłanie na pierwszą linię frontu. Ciężarówki przyjeżdżały zazwyczaj po zmroku. Dla jednych oznaczały drogę na Sybir.Dla innych drogę bez powrotu. Skazańców prowadzono nad wcześniej przygotowane doły śmierci. Egzekucje wykonywano według schematu znanego już z Katynia, Charkowa i Tweru. Najczęściej strzałem w tył głowy. Zachowały się również relacje mówiące o podcinaniu gardła gdy brakło amunicji. Jeszcze kilka godzin wcześniej siedzieli razem w ziemiankach. Rozmawiali, dodawali sobie odwagi, dzielili się ostatnim kawałkiem chleba.
Walczyli ramię w ramię o wolną Polskę. I tak samo ramię w ramię spoczęli w jednej bezimiennej mogile. Do dziś nie wiadomo, ilu ludzi zamordowano w tych lasach. Dokumentację niszczono, świadków zastraszano, a przez dziesięciolecia nie wolno było prowadzić rzetelnych badań. Wielu mieszkańców okolicznych wsi wiedziało, że wydarzyło się tutaj coś strasznego. Słyszeli nocami odgłosy ciężarówek i pojedyncze strzały dochodzące z lasu. Widzieli świeżo usypaną ziemię. Bali się jednak mówić. Wiedzieli, że za jedno nieostrożnie wypowiedziane zdanie sami mogą podzielić los zamordowanych. Mało kto wie, że jednym z więźniów obozu był generał Władysław Filipkowski, komendant Obszaru Lwowskiego Armii Krajowej.
Przez długie lata miejsce egzekucji pozostawało praktycznie zapomniane. Dopiero w latach osiemdziesiątych ludzie związani z podziemną „Solidarnością” zaczęli odnajdywać świadków i zapisywać ich wspomnienia. Wiedzieli, że jeśli nie zrobią tego oni, prawda umrze razem z ostatnimi którzy coś pamiętają. Po upadku komunizmu rozpoczęły się pierwsze ekshumacje. Ziemia zaczęła oddawać tych, których przez tyle lat ukrywała. Odnalezione szczątki potwierdziły to, o czym mieszkańcy mówili szeptem przez dziesięciolecia. Później do pracy przystąpił Instytut Pamięci Narodowej. Archeolodzy, antropolodzy i historycy przez kolejne lata cierpliwie badali teren. Każda odnaleziona kość, każdy guzik od munduru, każdy fragment różańca stawały się niemym świadectwem tragedii. Mimo to las wciąż nie zdradził wszystkich swoich tajemnic. Do dziś wiele rodzin nie wie, gdzie spoczywają ich najbliżsi. Nie mają grobu, przy którym mogliby zapalić znicz. Nie mają nazwiska wyrytego na kamieniu. Pozostały tylko wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie i nadzieja, że pewnego dnia wszyscy odnajdą swoje miejsce. Wojna nie zawsze kończy się wtedy, gdy milkną działa. Dla wielu polskich rodzin trwała jeszcze przez dziesięciolecia.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz