Nie obraz, nie twarz, raczej uczucie. Jakby coś we mnie nagle zwolniło, jakby świat na moment przestał domagać się zrozumienia i odpowiedzi. Takie chwile nie wracają często, ale kiedy już przychodzą, zostają na długo.
Na końcu ulicy, tam gdzie dzień oddaje oddech nocy, stała latarnia.
Nie była już nowa. Rdza rysowała na niej swoje mapy, a światło drżało, jakby pamiętało zbyt wiele.
Każdego wieczoru ktoś przychodził.
Nie spieszył się. Zatrzymywał się dokładnie tam, gdzie cień był najłagodniejszy, i stał. Czasem zamykał oczy, jakby nasłuchiwał czyjegoś kroku, który już dawno ucichł. Nie czekał na nikogo, a jednak zawsze wyglądał tak, jakby ktoś miał zaraz nadejść.
Jednak nikt nie nadchodził.
Latarnia znała go dobrze. Widziała, jak zmienia się jego sylwetka, jak cisza osiada mu na ramionach, jak z roku na rok uczy się milczeć coraz głębiej.
Nie pytała. Świeciła przez lata. Pewnego wieczoru światło nie zapaliło się wcale. Ciemność przyszła spokojnie, bez ostrzeżenia.
Mężczyzna przystanął, nie zdziwił się. Wyjął z kieszeni małą latarkę i postawił ją u stóp tej starej, zmęczonej latarni.
Nie po to, by oświetlić drogę.
Po to, by nie była sama.
Usiadł obok i trwali tak chwilę. Dwa ciche istnienia, które wiedziały, że nie wszystko musi trwać wiecznie, by mieć sens. I nie wszystko może trwać.
Bo czasem światło nie służy temu, by rozpraszać mrok.
Czasem wystarczy, że mówi:
„Jestem. Byłem. Pamiętam.”
A czasem to właśnie pamięć świeci najdłużej, nawet wtedy, gdy wszystko inne już zgasło.
Zostaw komentarz