Chciałbym podzielić się z Państwem sytuacją, która pokazuje, jak cienka jest granica między sprawiedliwością a bezdusznym formalizmem, i jak łatwo system może obrócić się przeciwko obywatelowi (i jego pełnomocnikowi).

​Reprezentuję Klientkę i jej syna – chłopca, który w wyniku błędu lekarskiego jest całkowicie sparaliżowany.

Po 8 latach walki (2015–2023) Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził na ich rzecz ponad 1 mln zł.

Wyrok słuszny, ale nie w pełni satysfakcjonujący, dlatego 10 stycznia 2024 r. złożyłem apelację.

​Sąd I instancji przyjął pismo, nadał mu bieg, akta pojechały do Sądu Apelacyjnego. Warto zaznaczyć, że Sąd I instancji ma obowiązek zbadania prawidłowości wniesienia apelacji i w przypadku stwierdzenia, że została ona wniesiona po terminie – odrzucić ją. Sprawa staje się wtedy prawomocna.

I tu zaczyna się „procesowy kafkizm”.
​Dzisiaj – po 2 latach i 4 miesiącach od złożenia apelacji – otrzymuję wezwanie do uzupełnienia braków formalnych, które wystosował do mnie Sąd Apelacyjny.

Sąd Apelacyjny żąda udowodnienia, że pismo zostało nadane przed 11 stycznia 2024 pod rygorem odrzucenia apelacji.

Zaznaczam, że Sąd ten otrzymał akta sprawy w lutym 2024 r. Od tamtej pory sprawa „dojrzewała”.

Dlaczego Sąd Apelacyjny tego ode mnie żąda? Bo pieczątka na kopercie w aktach sprawy jest niewyraźna. Niestety, na moim potwierdzeniu nadania również.

Można odczytać „styczeń 2024”, ale konkretna cyfra jest rozmazana. Uważne przyjrzenie się pieczątce pozwala stwierdzić, że przed „01.2024” znajduje się „0”, chociaż pracownicy mojej kancelarii dopatrują się tam „9”. Moja apelacja do sądu wpłynęła 16-go stycznia, więc odpada spekulacja, że mogłem nadać ją 19-go. W każdym razie ja jestem pewny, że nadałem pismo 10-tego.

​Gdzie leży problem?

Przede wszystkim w tym, że oto muszę się poddać uznaniowości sędziego w tak istotnej sprawie. Sąd może się nie dopatrzyć tego, co widzę ja i osoby, którym pokazuję pieczęć. I odrzucić apelację bez jej merytorycznego rozpoznania.

Poza tym problemów jest jeszcze kilka.

​Nielojalność sądu: Sąd czekał ponad dwa lata, by zakwestionować datę nadania. Gdyby zrobił to niezwłocznie, wyciągnięcie danych z systemu Poczty Polskiej byłoby formalnością.

​Brak danych: Poczta Polska nie przechowuje danych o przesyłkach tak długo. System ich już „nie widzi”. Dzisiaj dowiedziałem się, że nawet na żądanie Sądu poczta nie jest w stanie udzielić tej informacji.

​Ciężar dowodu: Sąd przerzucił dowiedzenie oczywistego faktu na mnie (przecież Sąd Okręgowy nadal zachowanie terminu wniesienia apelacji i nieprawidłowości nie stwierdził), wiedząc, że po takim czasie tradycyjne drogi weryfikacji są odcięte.

​Mówimy o sprawie o wielomilionowe zadośćuczynienie dla osoby całkowicie niesamodzielnej.

Jak na złość pech chciał, że pisanie tej apelacji skończyłem około 20.30. O 20.38 ją ostatni raz wydrukowałem (na szczęście ten pośredni dowód został w komputerze). Wtedy już nie było żadnego z pracowników kancelarii i na pocztę główną pobiegłem sam. Wysłałem i wrzuciłem dowód nadania w akta sprawy i nie przekazałem go do zarejestrowania w kancelaryjnej książce badawczej.

Jeśli teraz apelacja zostanie odrzucona przez rozmazaną pieczątkę i opieszałość urzędniczą, zamknie to drogę do pełnej sprawiedliwości, na którą rodzina czeka od dekady.

​To sytuacja, w której „bezpieczeństwo procesowe” sądu staje się pułapką na pełnomocnika i jego klienta. Jak udowodnić coś, co jest faktem, gdy jedyny „twardy” dowód zatarł się na papierze, a czas zatarł go w systemach cyfrowych?

Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem „pułapki procesowej” i rażącego naruszenia zasady lojalności państwa wobec obywatela.

​Zasada demokratycznego państwa prawnego – art. 2 Konstytucji – nakłada na organy władzy (w tym sądy) obowiązek lojalnego postępowania wobec uczestników obrotu prawnego.

Sąd, który przez 28 miesięcy nie zgłasza zastrzeżeń co do daty nadania, a następnie czyni to w momencie, gdy z obiektywnych przyczyn (terminy archiwizacji danych Poczty Polskiej) strona nie może uzyskać potwierdzenia z systemu, działa w sposób podstępny. Jest to naruszenie zaufania obywatela do państwa.

​Ponadto przewlekłość postępowania staje się tu narzędziem opresji.

​Zgodnie z Kodeksem postępowania cywilnego, badanie braków formalnych powinno nastąpić niezwłocznie po wpłynięciu pisma.

​Sąd Okręgowy (jako sąd I instancji) uznał apelację za wniesioną prawidłowo i nadał jej bieg.

​Sąd Apelacyjny, przetrzymując akta przez ponad dwa lata bez merytorycznego rozpoznania, doprowadził do sytuacji, w której dowody (dane cyfrowe poczty) uległy zatarciu.

Wykorzystywanie własnej opieszałości do przerzucenia negatywnych skutków na stronę jest w doktrynie uznawane za nadużycie prawa procesowego przez organ. Niestety, o tym zdecyduje… Sąd:-).

​Wydaje mi się także, że tak skrajny formalizm godzi w prawo obywatela do sądu (art. 45 Konstytucji).

​Sąd przedkłada „czytelność pieczątki” nad konstytucyjne prawo do dwuinstancyjnego rozpoznania sprawy. W orzecznictwie ETPCz oraz Sądu Najwyższego wielokrotnie podkreślano, że nadmierny formalizm procesowy (tzw. excessive formalism) nie może zamykać drogi do merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy, zwłaszcza gdy dotyczy to błędów niezależnych od strony (rozmazany tusz na poczcie).

​I Wreszcie – skoro Sąd Okręgowy przyjął apelację i przesłał ją wyżej, stworzył u mnie, jako pełnomocnika i moich Klientów uzasadnione przekonanie, że wymogi formalne zostały spełnione.

Kwestionowanie tego po dwóch latach przez Sąd Apelacyjny – bez uwzględnienia faktu, że to upływ czasu z winy Sądu uniemożliwił weryfikację – jest przejawem biurokratycznego bezwładu, który ignoruje nadrzędny cel procesu: sprawiedliwość społeczną.

Hasło „wolne sądy” jest jak najbardziej mi bliskie, ale w tym przypadku Sąd chyba przesadził. Poza tym – taki prosty pełnomocnik jak ja chciałby także, żeby były one jeszcze sprawne…