Była już brytyjska urzędniczka państwowa Anna Stanley relacjonuje kurs antyterrorystyczny, w którym uczestniczyła, i który uznała za głęboko przygnębiające doświadczenie. Twierdzi, że „prestiżowe” instytucje edukacyjne zapewniają politycznie stronnicze i antypaństwowe szkolenia, co jest równoznaczne z indoktrynacją, i prowadzi do tego, że ekstremizm i terroryzm są źle rozumiane przez urzędników służby cywilnej do tego stopnia, że ​​stanowi to zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.
————–
Niedawno uczestniczyłam w Kings College w szkoleniu zatytułowanym „Zagadnienia zwalczania terroryzmu”. Kurs zorganizowany przez Centrum Studiów Obronnych, został zaprojektowany z myślą o urzędnikach służby cywilnej i specjalistach zajmujących się zwalczaniem terroryzmu. W spotkaniu uczestniczyli pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Sprawiedliwości, Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Prowadzenie tego stosunkowo nowego, 3-dniowego kursu objęli starsi wykładowcy z Katedry Studiów nad Bezpieczeństwem.

Wykładowcy Kings College przedstawili urzędnikom służby cywilnej kilka prezentacji, a poza prowadzącymi wypowiadali się także wizytujący starsi pracownicy naukowi i profesorowie. Niektórzy z nich, to osoby zajmujące wcześniej rządowe stanowiska, takie jak np. Stały Sekretarz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, dyrektor Służby Wywiadu Elektronicznego, Minister Obrony i dyrektor w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Kurs okazał się dla mnie doświadczeniem wybitnie przygnębiającym.

„Prestiżowe” instytucje edukacyjne przeprowadziły dla nas politycznie stronnicze i antypaństwowe szkolenie, co jest równoznaczne z indoktrynacją. Potwierdziło to moje obawy – że ekstremizm i terroryzm są powszechnie źle rozumiane przez urzędników służby cywilnej do tego stopnia, że ​​stanowi to realne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

W uzasadnieniu swoich prezentacji niektórzy wykładowcy przedstawiali typową postmodernistyczną politykę tożsamości.

Zajęcia rozpoczęły się od zagadnienia definicji. Czym jest terroryzm? Bez nikogo, kto przedstawiłby przeciwne stanowisko, nauczono nas, że: „Bojownik o wolność dla jednego człowieka jest terrorystą dla innego”.

Zadałam pytanie z sali:

„Z pewnością możemy uznać taki relatywizm, będąc jednocześnie w stanie osiągnąć zbiorowe zrozumienie tego, czym właściwie jest terroryzm?”.

Około 40 urzędników państwowych spojrzało na mnie z wyrzutem.

Czyli nie możemy.

Zaczęłam się zastanawiać, jaki właściwie był cel tego szkolenia.

Niebezpieczeństwo rozumienia terroryzmu w oparciu o relatywizm kulturowy polega na tym, że rodzi on moralną apatię; taką, która podpowiada: „Kim jesteśmy, zwykli demokratyczni, liberalni ludzie z Zachodu, żeby narzucać innym naszą moralność?” Kim jesteśmy, żeby twierdzić, że nasza kultura jest lepsza od innych?

To są luksusowe postawy. Łatwo jest siedzieć w Kings College w Londynie i mieć poczucie, że wszystkie kultury są równe, jeśli nie zostałeś zgwałcony analnie podczas festiwalu pokoju przez kogoś krzyczącego „Allahu Akbar” i nie byłaś przetrzymywana jako zakładniczka.

Już na początku kursu kursu etykietowanie organizacji jako terrorystycznych zostało opisane jako problematyczne, ponieważ „implikuje ocenę moralną”. Nie powiedziano nic na temat tego, dlaczego określony osąd moralny mógłby być niewłaściwy.

Wszystkim uczestnikom będącym urzędnikami służby cywilnej przydzielono temat do zbadania i zaprezentowania. Jedna z uczestniczek powiedziała, że ​​jej brat uległ radykalizacji i walczył w Syrii po stronie Państwa Islamskiego (ISIS). „Uff” – pomyślałam. Przynajmniej jedna osoba tutaj zrozumie problemy ekstremizmu! Ale pomyliłam się.

Jej prezentacja dotyczyła brytyjskiej strategii zwalczania terroryzmu, programu „Prevent”. Stwierdziła, że ​​program „Prevent” jest z natury rasistowski, ponieważ koncentruje się na islamskim ekstremizmie. Sama wzmianka o islamistycznym ekstremizmie sprawia, że ​​muzułmanie w Wielkiej Brytanii „czują się nieswojo” – argumentowała. Jej brat z pewnością by się zgodził.

Podniosłam kwestię, że prawie 70 procent ataków terrorystycznych w Wielkiej Brytanii ma charakter islamistyczny. Podobnie 70 procent przypadków raka płuc jest spowodowanych paleniem. Absurdem byłoby unikanie wzmianki o tym w badaniach nad rakiem, aby palacze nie czuli się niekomfortowo. Porównanie to nie zostało jednak dobrze przyjęte.

Później pokazano nam propagandowy film rekrutacyjny ISIS nakręcony w Syrii. Twarz tej samej uczestniczki rozjaśniła się. Uśmiechając się wskazała na jednego z dżihadystów na filmie: „On chodził do mojej szkoły – znam go!’ wykrzyknęła. Z otwartymi ustami rozglądałam się po sali w zaniepokojeniu, czy znajdą się kolejne przypadki osobistych powiązań z terrorystami z ISIS. Wyglądało na to, że tylko ja uznałam to za dość niezwykłe.

Ironią było przebywanie w otoczeniu urzędników państwowych, którzy zasadniczo nienawidzą naszej koncepcji państwa. Jako młodzi profesjonaliści reprezentowali całą paletę radykalnych poglądów emanujących z brytyjskich uniwersytetów: jeśli chodzi o ekstremizm i walkę z terroryzmem, państwu nie można ufać!

Kierownik Studiów nad Bezpieczeństwem w Kings College stwierdził groźnie: „Etykietowanie różnych grup jako terrorystycznych może niebezpiecznie zwiększyć siłę państwa”. Urzędnicy państwowi pokiwali głowami, zgadzając się.

Wizytującymi prelegentami byli politycy wagi ciężkiej. Ponieważ posiadali prawdziwą wiedzę fachową i ciekawe anegdoty, często odwoływali się do historycznych reakcji na kryzysy takie jak np. „Troubles” w Irlandii Północnej. Jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wiele z ich trafnych spostrzeżeń zostało po prostu zignorowane przez publiczność.

Jeden z uczestników prowokacyjnie zapytał byłego szefa Służby Wywiadu Elektronicznego, czy „czuł się źle, naruszając nasze wolności obywatelskie tropiąc terrorystów?” Naiwny i niedoinformowany pytający przytoczył tu opinię głównego nurtu, że służby bezpieczeństwa rutynowo podsłuchują rozmowy telefoniczne niewinnych, przypadkowych osób lub monitorują ich prywatną komunikację. Brakowało jakiegokolwiek uznania dla pracy antyterrorystów! Tymczasem Wielka Brytania jest pod tym względem dość wzorowa. Ustawodawstwo skupione na prawach obywatelskich twardo wymaga przestrzegania procedur co właściwie mocno przeszkadza w pracy śledczych, a tropienie przestępców i terrorystów podlega rygorystycznym kontrolom.

Przez cały kurs wspominano o Izraelu. Powiedziano nam, że wile osób uważa terrorystów Hamasu za bojowników o wolność, podczas gdy Izrael podano jako doskonały przykład przy rozważaniu kwestii, czy jakieś państwo można uznać za organizację terrorystyczną. Nagłówek jednego slajdu brzmiał: „Potępianie terroryzmu w Izraelu oznacza popieranie władzy silnych nad słabymi”. Moim zdaniem jest dość niebezpiecznym wniosek, który rodzi mocno antyizraelskie stanowisko. Z tej perspektywy Izrael jest jednoznacznie postrzegany jako potężny agresor, a Palestyńczycy jako pokrzywdzeni obrońcy w asymetrycznej wojnie. Jeśli uważa się to za bezdyskusyjne, to staje się to aksjomatem, Izrael staje się państwem terrorystycznym, a okrucieństwa Hamasu są jak najbardziej słusznie umieszczane w narodowowyzwoleńczym kontekście. Nazywanie Hamasu organizacją terrorystyczną – czemu BBC tak stanowczo się sprzeciwia – oznaczałoby zatem „popieranie władzy silnych nad słabymi”.

Na innym slajdzie można było przeczytać: „Terroryzm nie jest problemem, to raczej systemy, którym się terroryści się przeciwstawiają, są terrorystyczne”, co odzwierciedla postmodernistyczną politykę tożsamości opakowaną w edukację antyterrorystyczną. Na wszystko patrzyło się przez pryzmat władzy.

Chociaż wykładowca nie przedstawił tych slajdów jednoznacznie jako odzwierciedlających jego własne przekonania, nie powiedział nic, co by głoszonym przez nie treściom przeczyło.

Wypada się cieszyć, że uczestniczyłam w tym kursie jeszcze przed październikowymi atakami terrorystycznymi Hamasu. Nie wątpię, że pogrom zostałby uzasadniony kontekstowo jako przykład sytuacji, w której „uciskani przeciwstawiają się prześladowcom”; z reakcją Izraela opisaną jako moralnie równoważną (lub gorszą) okrucieństwom.

Okazało się później, że żaden z wykładowców kursu nie opublikował na swoim profilu w mediach społecznościowych, skądinąd informacyjnych, żadnej wzmianki o tych atakach. Spośród tych dwóch profesorów jeden napisał komentarz dla RUSI Think Tank , w którym stwierdził, że jeśli chodzi o Izrael, to „na reakcję wobec kryzysu może mieć wpływ chęć zemsty” i wyjaśniał obszernie dlaczego „powściągliwość w walce z terroryzmem jest tak ważna”.

Przez cały kurs nie wspomniano o znaczeniu imigracji dla terroryzmu w Wielkiej Brytanii, z wyjątkiem poglądu „prezentowanego przez prawicę”.

Kurs kładł nacisk przede wszystkim na to, że lęk przed islamskim ekstremizmem jest przesadzony. Prawicowemu ekstremizmowi nadano większą wagę, niż jest to proporcjonalne. Stoi to w bezpośredniej sprzeczności z ustaleniami Williama Shawcrossa zawartymi w najnowszym, zleconym przez rząd przeglądzie programu przeciwdziałania radykalizacji postaw „Prevent”.

Jeden z wykładowców ironicznie opisał Shawcrossa jako „typ osoby, która powiedziałaby, że wszyscy obecni specjaliści od walki z terroryzmem są 'woke’… On należy do tego typu osób”. To oczywiście zdyskredytowało Shawcrossa w oczach uczestników kursu.

Wykładowca argumentował kończąc, że osoby takie, jak Douglas Murray i Joe Rogan są przykładami skrajnej prawicy. „W jakim stopniu należy blokować Joe Rogana i Douglasa Murraya?” – pytał zniechęcony. „Mają niestety miliony obserwujących. Usunięcie ich z platformy spowodowałoby różne problemy… Musimy znaleźć inne sposoby, aby ich poglądy stłumić”.

Czytaj więcej.